Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwiazdka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwiazdka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 stycznia 2011

Zaległości...



Odrobinę jeszcze świąteczności.
Skoro za oknami biało…

Świąteczności. Zaległości. 





(De)montaż choinki u BeBe, czyli Babci B. 


Trochę światełek Nocy Wigilijnej...








A za konika pięknie dziękujemy Enchocolatte… Prezentował się cudnie! A choinka na okrągło to od E. Kochana, wszystkich kuszą te ‘pierniczki’ z solnej masy ;-) Jak prawdziwe!!!




I anioły z makaronów. Dość niezwykły upominek… I stareńki anioł z wełnianego runa. Od Ciotki Paszczaka…

***

Tort noworoczny nie wyszedł taki jak powinien. Jakiś mizerny i niewysoki... Ale smaczny :-) Sama upiekłam!
Dziś zapakowałam pierwszą porcyjkę na wynos. Bo tradycja taka, że trzeba go rozdać Przyjaciołom! Co do okruszka...

Miłego wieczoru...

piątek, 24 grudnia 2010


Wielkanoc.
Przynajmniej sądząc po tym, co za oknem ;-)
Jednak zapachy wskazują na Gwiazdkę.
Barszcz grzybowy z uszkami.
Pierogi z kapustą – słodką. Kresowe.
Makowce.
Kutia. Lwowsko-rudecka.
Karpie, amury, śledzie, sandacze. Na milion sposobów.
Piernik przyszykowany przez Ciotkę Paszczaka :-)
Sernik.
Opłatek przekładany miodem. Obowiązkowo.

I choinka.

I to, o czym pisałam parę tygodni temu.
Że to już?
Że to wszystko?
Że ostatnia już piosenka?

Zatem dwie.
Taka.
I taka.
Myślę, że zarówno jedna, jak i druga przynoszą nam to dobre, świąteczne wzruszenie.

Nie spędzam tych Świąt ze wszystkim, z którymi bym chciała.
Niektórych dziś tylko usłyszę.
Spędzamy je w dość kameralnym gronie, ale jestem przekonana, ze będą dobre.
I piękne.
Przede wszystkim dlatego, że to takie jednak pierwsze, bardziej świadome Święta naszego M.

Może będzie mnie tu więcej przez najbliższe dni.
Zdjęć.
Choinki.
Światełek.
Kulinariów.
Wszystkiego, czego nie zdążyłam zaprezentować przed.

A teraz już uciekam, korzystając z okazji, że M. razem z Tatusiem na chwilę zniknęli – biegnę pakować ostatnie prezenty.
W moim rodzinnym Domu przynosił je Aniołek – Święty Mikołaj pracuje tylko 6 grudnia!
W naszym Domu chyba muszą działać wspólnie ;-)

Dobrych Świąt!
I dobrze spędzonego czasu z tymi, którzy dla Was najważniejsi. Najbliżsi.
Wszystkiego wspaniałego na te dni!
I niech będzie biało!!!

I jeszcze mały bonus… Dobrze tego posłuchać już tak pod makowczyk... Przesiadając się od stołu na wygodną kanapę...
A ja już się zaczynam zastanawiać, co znajdzie się w pierwszej szufladce mojego muzycznego kalendarza adwentowego za rok ;-)

wtorek, 21 grudnia 2010

Ze spotkań przedświątecznych... Pasiaste rajtuzy, garnek pełen maku i zmiana DJ'a :-)


 
Lubicie zapach świątecznego, gotowanego w mleku maku? Słodki. Rozkoszny…

Niedługo przyjeżdża moja Mama.
Szykuję właśnie mak – za chwilę będziemy go mleć, a już z Mamą jutro przygotujemy kutię. Pojutrze makowce.
Mak jest bardzo świąteczny, prawda? Bożonarodzeniowy…
Choć nie wszyscy za nim przepadają. Mój Mąż na przykład…
To i nawet dobrze ;-) bo ja makowce uwielbiam. I kutię…

Bałam się już, że Święta jednak nie będą mocno białe. Bo tak po trosze już ten śnieg wywiewało. Trochę stopniał. Brudny jakiś się zrobił.
Ale dzisiaj późnym popołudniem – niespodzianka!
Śniegu znowu całe mnóstwo – sypie i sypie! Fajnie!

Dzisiejsze przedpołudnie spędziliśmy w przeuroczym towarzystwie. Szczegóły ze spotkania tu i tu (ja nie wzięłam aparatu-gapa!). 
Mnie pozostaje tylko przyłączyć się do apelu Enchocolatte! Więcej takich aut dla facetów w rajtuzach!!!
:-)))
Było przemiło (jak zwykle z E. i J.). Kawa i gorąca czekolada. I przedświąteczne pogawędki :-)
I gwiazdkowe upominki, za które pięknie dziękujemy!!! Pochwalę się: ten konik mieszka już u mnie!!! Cudny jest! Cudny! Dziękuję!!!
 
No i tak – opróżniamy dziś kolejną, 21 już szufladkę muzycznego kalendarza adwentowego. 
Dziś zmiana DJ'a :-) 
Chwilowa!
Gwiazdkową piosenkę przygotował dzisiaj Tatuś M.
I powiem Wam szczerze, że w związku z tym wszystkim dopadła Go jakaś niesłychana trema! Nawet chciał już się wycofać z tego projektu, hehe!
Od razu mam zaznaczyć, że piosenka nie do końca jest w Jego stylu (no ale w tym moim kalendarzu wiele jest piosenek „nie do końca”) – w każdym razie zaśpiewa Bob Dylan. W dość nietypowym utworze! Cała zresztą świąteczna płyta Dylana okazała się trochę niezwykła i mocno zwariowana – w dodatku całkowity dochód z jej sprzedaży trafia na szczytny cel.
A ja od siebie dodam, że szczególnie zachwycił mnie teledysk do tego utworu ;-)
I jeśli Delie wspomniała, że jako mała dziewczynka była przekonana, że w wieku lat dwudziestu kilku Gwiazdkę będzie spędzać zupełnie jak w kultowym teledysku Wham!, hihi, to mnie się marzą Święta jak w tym dzisiejszym  ;-) ale to za jakieś, ja wiem, trzydzieści lat na przykład ;-) No i może niekoniecznie z podobnym finałem!
Bob Dylan zatem!

Z przymrużeniem oka ;-)

A gdyby jednak ktoś był w nastroju mniej rozrywkowym dzisiaj - coś jeszcze od Taty M.
Na przedświąteczne wyciszenie. I bardziej w Jego stylu. Twierdzi, że to też piosenka gwiazdkowa… Hmmmm… Nie jestem przekonana, ale skoro to on dzisiaj jest DJ'em... ;-)

Spokojnego wieczoru!!!

Mnie jutro czeka iście wariacki dzień – kompletnie nie mam pojęcia, jak uporam się z tymi wszystkimi sprawami, które sobie zaplanowałam… W dodatku powinnam dotrzeć jeszcze na spotkanie opłatkowe w mojej pracy. I odebrać kilka prezentów. Nie wiem, czy się uda… Ech…

PS A dzisiejsze zdjęcia też autorstwa Taty M.

piątek, 17 grudnia 2010

O różnych moich niekoniecznie genialnych pomysłach ;-) O bombkach!


A z bombkami to było tak…

Rok temu, w okolicach Pierwszej Gwiazdki Naszego Syna, wpadłam na genialny pomysł.
Jako matka sentymentalna, z wielkim wręcz nabożeństwem gromadząca tony skarbów i rozmaitych ‘rupieci’ do czarnej skrzynki* M., pomyślałam, że każdego roku będę kupować M. jakąś wyjątkową bombkę – każdego roku jedną. Każdą będę podpisywać – zaznaczać kolejną Gwiazdkę Jego życia.
A kiedy któregoś dnia będzie ubierał swoją pierwszą WŁASNĄ choinkę w swoim już Domu ze swoją przyszłą Rodziną – ja wręczę mu te wszystkie bombki w prezencie… W wielkim, przewiązanym czerwoną kokardą pudle!
Pomysł wydał mi się iście genialny i równo rok temu z miną triumfatorki ogłosiłam go mojemu Mężowi… Ten spojrzał na mnie z typową dla siebie, pełną troski o stan mojego umysłu i równocześnie lekko powątpiewającą w mój ‘geniusz’, miną i polecił zastanowić się raz jeszcze, czy aby pomysł jest tak wspaniały jak mi się wydaje.
I spróbować wyobrazić sobie mojego Syna za lat parę(dzieści). I wyobrazić sobie Jego rodzinę. Pewnie jakąś żonę, narzeczoną, kto to wie… I wyobrazić sobie tę właśnie sytuację, w której jako matka wręczam im to wielkie, przepasane czerwoną kokardą pudło…
Hmm…
Może faktycznie mój pomysł nie jest tak ‘genialny’?
No bo czy mnie tak naprawdę ucieszyłoby takie pudło wręczone przez Mamę mojego Męża przy okazji NASZEJ pierwszej Gwiazdki? Czy ozdoby skrupulatnie przez nią przechowywane i perspektywa ich zawieszania na NASZYM drzewku, spotkałaby się z moim wielkim uznaniem i entuzjazmem (przy wszystkich serdecznych i ciepłych uczuciach, jakimi darzę Mamę mojego Męża)?
Wiem, że nie!
Mój Mąż śmieje się nawet, że znając ‘życie’, zawartość pudła zostałaby w jakiś ‘zagadkowy’ sposób unicestwiona… Mogłaby wypaść z najwyższej półki albo zostać stłuczona przez psa na przykład… Możliwości jest wiele ;-)

Hmm, święta to racja…

Bombki jednak kupować będę. Co roku inną, co roku wyjątkową… Każdą podpiszę. Ale wszystkie zostaną ze mną. Z nami. Nawet kiedy M. któregoś dnia się wyprowadzi, opuści Dom, założy Dom… I kiedy przyniesie do tamtego Domu swoje pierwsze WŁASNE drzewko…
Bombki zostaną u mnie.
I będą przypominać mi o każdej Gwiazdce, którą celebrowaliśmy z naszych Synem...
I może kiedyś, dużo, dużo później będą stanowić dla Niego jakąś wartość. Może dla moich wnuków? Kto to wie?

A mojemu M. pod Jego pierwszą WŁASNĄ choinkę podaruję duże, przewiązane czerwoną kokardą pudło. Ale zamiast bombek, znajdą się w nim Jego książki z dzieciństwa. Bo taki prezent od Mamy mojego Męża cenię sobie najbardziej…

Dlatego dziś książki na zdjęciach. Te stare. Niektóre moje, niektóre Taty M. Z naszego dzieciństwa. Do zdjęć wybrałam te na ‘teraz’, te, które czytujemy dziś i które bardzo wszyscy lubimy. Te mniej znane może…
I parę książeczek z kolekcji M.
Naszych ulubionych.
Jego ulubionych.





*) To po prostu metalowy memory box, w którym znajdują się wszelkie pamiątki w rodzaju szpitalnej bransolety, pierwszych śpioszków, łapek-niedrapek, a także kartek z kalendarza oraz upominków i cennych pamiątek, jakimi obdarowali nas i naszego Synka bliscy kiedy się narodził. Jednak w owej skrzyni znajdują się również tak kuriozalne ‘skarby’ jak korki od szampanów i win, którymi oblewano narodziny M. oraz na przykład suszone i zamknięte w słoju kwiaty kasztanowców i bzów z pamiętnego maja!

czwartek, 16 grudnia 2010

Dziś o choince.

I o światełku. Choć miało być o książkach. Ale o tym jednak później…


Zacznę od choinki. Wczoraj przeczytałam w kulinarnym dodatku do jednego z tygodników wypowiedź pani Magdy Gessler (mojego kulinarnego guru – kulinarnego, niekoniecznie telewizyjnego!) o choince właśnie.
Że musi być kolorowa.
Że nawet odrobinę kiczowata być musi.
I ja się z tym zgadzam.
Bardzo.
I nie znoszę eleganckiej choinkowej konfekcji rodem z Elle Deco (choć sam magazyn swoją drogą lubię bardzo i podczytuję!)
Choinkowego chilloutu.
Choinkowej monochromii.
Stonowanej.
Lubię choinki kolorowe. Bajeczne. Pełne ozdób. Takich – każda z innej bajki.
Lubię choinki takie trochę rustykalne.
Wielobarwne.
Pachnące oczywiście.
Lubię kiedy choinka ma charakter. Osobowość. Kiedy opowiada historię…
Kiedy w niczym, absolutnie w niczym nie przypomina choinek z centrów handlowych ani studiów telewizyjnych.
Choinka to też opowieść o Domu, o Rodzinie. To ładne, kiedy każda bombka, każdy dzwoneczek, łańcuch, cacuszko mają jakąś swoją historię.
Mój wuj przechowuje na przykład przedwojenne jeszcze bańki (tak je nazywa), które to kupił jego ojciec tuż przed narodzinami syna. Wuja ojciec zginął w czasie wojny, bombki (bańki) przetrwały…
My też mamy kilka takich choinkowych precjozów.
Drewniane, strugane ptaszki, gwiazdki z wosku, aniołki z białego runa, maleńkie witrażyki, dzwoneczki, złocone orzechy, a także kolorowe, błyszczące lwowskie ozdoby – takie same, które zdobiły choinkę moich pradziadków jeszcze przed wojną, a które wykonała ręcznie pewna wiekowa, pamiętająca jeszcze tamten Lwów, pani - ciocia mojej koleżanki z pracy :-)





Magda Gessler napisała też, że choinkę powinni ubierać dorośli.
Dzieciom.
Że ona z dzieciństwa pamięta, jak razem z bratem czekała zamknięta w osobnym pokoju i nie mogła się doczekać kiedy usłyszy głośne JUŻ!
Bo wtedy Rodzice uroczyście otworzą przed nimi drzwi do oświetlonego blaskiem wystrojonej choinki pokoju…
Tak się tworzy magia Świąt…

Ze swojego Domu pamiętam, że to ja ubierałam choinkę.
W Wigilię rano.
I myślę, że warto utrwalić ten zwyczaj ;-)
W tym roku też ją ubiorę.
I w następnym też…
I za każdym razem niech to M. ma niespodziankę!



Jutro Wam opowiem na jaki ‘genialny’ pomysł wpadłam rok temu.
Pomysł dotyczył bombek na choinkę i wcale tak ‘genialny’ jednak się nie okazał…
I sama z siebie się śmieję teraz…
Ale to jutro.

A nasza pierwsza tegoroczna choinka została narysowana przeze mnie i ‘ozdobiona’ przez M. naszymi ulubionym kredkami!
Przykleiłam ją w kuchennym oknie!
A wokół powiesiłam światełka!
Podczas ‘dekorowania’ choinki w użyciu był cateye.
Światełko - nowa ulubiona zabawka M.
Efekty można podziwiać na zdjęciach :-)
A z tym światełkiem to cudna historia – kiedy buduję M. tunel-norkę z materaca, od razu biegnie po latareczkę i w tunelu natychmiast robi się jaśniej!

Dziś siadam do pierniczków.
Miały być serduszka, ale zgubiły mi się gdzieś serduszkowe foremki. Tzn. odłożyłam je gdzieś, ‘żeby się nie zapodziały’ :-))) Pewnie razem ze świątecznymi kartkami, których nie mogę znaleźć, hehe!
Gwiazdki więc będą z foremki, a serca wytnę nożem ;-)
Ot co!

Dziś Christmas Jig :-)
Z płyty, której słuchamy, słuchamy i słuchamy!
I przy której nawet tańczymy!
Ach, bo przy tym utworze nogi same rwą się do tańca!
Kto nie wierzy, niech posłucha jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz…
I może jeszcze głośniej!!!
A płytę wszystkim polecamy na Święta! I na cały rok! Bo słuchamy jej od jesieni! Nieprzerwanie!

A tak BTW powiedzcie mi, co u Was mieści się na czubku choinki?
Gwiazda?
Szpic?
A może anioł?

Spokojnego wieczoru!!!

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Święta Łucja i kolędy polskie. I o latarce ;-)


Wczoraj, buszując po mojej ulubionej księgarni przy Brackiej, ucieszyłam się ogromnie na widok kolejnego wznowienia pewnej literacko-muzycznej perełki.
To „Kolędy” w cudownym opracowaniu graficznym Jana Marcina Szancera.
Ja w Domu mam stare, mocno wysłużone wydanie, takie z pozaginanymi kartkami, wielokrotnie sklejane, kilku stron nawet brakuje…
Poza tymi najpopularniejszymi, znajduje się w tym zbiorze sporo mniej znanych kolęd i pastorałek (wraz z nutami)…
Teraz sama czuję się trochę winna, bo ja tu co i rusz proponuję jakieś obce brzmienia w moim muzycznym kalendarzu adwentowym, ale bierze się to głównie stąd, że naprawdę ciężko znaleźć w sieci te cudne staropolskie świąteczne perełki w dobrych wykonaniach… Szukam i szukam i nic…

My podczas Wigilii żadnych kolęd nie śpiewamy. Niestety… Jakoś zanikła ta tradycja.
Nie do końca na szczęście, bo w okresie świąteczno-noworocznym siostra mojego Taty urządza takie świąteczne muzykowanie. W domu rodzinnym, w wielkim półokrągłym salonie, przy kominku spotykają się przyjaciele, krewni, znajomi i sąsiedzi. Skład się zmienia – raz jest tych osób więcej, raz mniej, ale zawsze udaje się stworzyć cudowną, świąteczną atmosferę. I są głośne śpiewy. I muzykowanie. Pianino, skrzypce, wiolonczela, gitary, flety, akordeon, bębny i bębenki, harmonijki, głosy żeńskie, głosy męskie… Ci mniej umuzykalnieni otrzymują (każdy) po jakiejś drobnej przeszkadzajce – marakasy, kastaniety, trójkąty, tamburyna… No i gramy!
Czasem nawet trafi się prawdziwy turoń z obrotową gwiazdą :-)



Taki więc apel: śpiewajmy i grajmy w te Święta. I we wszystkie następne. To jest moje postanowienie - jeszcze tegoroczne. Bo ja też uwielbiam kiedy z głośników sączy się sympatyczny świąteczny, nieszkodliwy jazzik, kiedy moje ulubione White Christmas śpiewa mi Frank albo Ella… Rzadko sięgam po płyty z polskimi kolędami.
Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Może w polskiej muzyce rozrywkowej brakuje neutralnych piosenek okołoświątecznych, takich niekoniecznie religijnych, może bardziej współczesnych? Są stareńkie, cudne pastorałki, ale może one są po prostu zbyt retro? I brzmią dobrze tylko pod bacówką w Zakopanem…
Nie wiem, pewnie tak…
Ale myślę, że warto dać Dzieciom wybór. Chciałabym, żeby mój Syn poznał zarówno te wszystkie polskie tradycyjne utwory świąteczne, jak i te ze Skandynawii, z Niemiec, z Francji, kilka celtyckich, angolsaskie Christmas carrols… Różne.
Bo przecież 'Wśród nocnej ciszy' to rzecz przepiękna…
A 'Gdy śliczna panna' jest chyba najcudowniejszą ze znanych mi kołysanek…
Z kolei 'Triumfy Króla Niebieskiego' moim zdaniem biją na głowę dostojne Hark the Herald Angels…
A 'Lulajże Jezuniu' składa się z miliona zwrotek, z których znamy może pierwsze trzy… A pamiętam jak śpiewała mi tę kolędę przyjaciółka mojej Babci, wielce już wiekowa, elegancka pani, emerytowana polonistka – pamiętam, ze zachwycały mnie kolejne zwrotki.
Niektóre pamiętam do dziś:
Dam ja Jezuskowi słodkich jagódek
pójdę z nim w Matuli serca ogródek.
Dam ja Jezuskowi z chlebem masełka,
włożę ja kukiełkę w jego jasełka.
Dam ja Ci słodkiego, Jezu, cukierka
rodzynków, migdałów z mego pudełka.
Cyt, cyt, cyt niech zaśnie małe Dzieciątko
oto już zasnęło niby kurczątko.

Cudne, prawda?
Pamiętam, jak pani W. wspominała, ze podczas wojny rodzina cierpiała wielką biedę i przy skromnej wieczerzy wigilijnej Jej matka, śpiewając tę właśnie kolędę, patrzyła na swoje Dzieci i płakała przy zwrotce o rodzynkach i migdałach… To zrobiło na mnie, małej dziewczynce, ogromne wrażenie...



Och, sama nie wiem… Tak mnie dzisiaj naszło z tymi kolędami. Jakoś mi ich szkoda. Bo znikają… Bo długo stałam wczoraj przy półce i patrzyłam ile osób sięgnie po ten zbiór.
Nikt.
Szkoda. Sama je kupiłam. Trzy egzemplarze. Mam nadzieję, że ucieszą tych, którzy je znajdą pod choinką. I mam nadzieję, że będzie to oznaczało wspólne świąteczne muzykowanie :-)

Dziś Dzień Świętej Łucji – przepięknie w Szwecji celebrowany (czekam na relacje Mamsan!).
Zrobimy więc tak.
Bo przygotowałam na dzisiaj coś stamtąd. Najpierw będzie więc po szwedzku… Uwielbiam ten utwór!
Ale ponieważ mamy jedną zaległą piosenkę świąteczną, może posłuchajmy i tego… Nie znalazłam niestety żadnego lepszego wykonania – ale to też nienajgorsze… Chciałam wrzucić też fragment scherza b-moll Chopina i wplecione w nie frazy Lulajże Jezuniu właśnie, ale nie udało mi się niestety…


A M. odkrył dziś latarkę :-) Dzień to idealny, jak widać ;-) Święta Łucja i nasze prywatne domowe Święto Światła! A odkrył ją dzięki uprzejmości panów hydraulików ;-) bo mieliśmy rano awarię i zostali panowie wezwani. M. jak zaczarowany przyglądał się ich pracy – głównie latarkom – zatem kiedy już poszli, pozwoliłam Mu się taką pobawić! Latarką, a raczej rowerowym cateye’em – M. oszołomiony, bo w zależności, ile razy naciśnie przycisk, światło pulsuje albo jest stałe. Wędruje więc po mieszkaniu, świeci po ścianach, po meblach i we wszystkie zakamarki. Czekam aż przyjdzie zmrok – wtedy dopiero będzie zabawa! W dodatku przy piosence 'Tanie dranie' ;-) bo to ulubiony ostatnio kawałem mojego M.
W wykonaniu Mamusi, oczywiście ;-)
I gramy, gramy, gramy! M. sam wdrapuje się na fotel i gra! Zauważył już, że ja nie uderzam w klawiaturę całą dłonią i sam teraz próbuje grać paluszkami... Najsłodszy widok.

Udanego popołudnia!

czwartek, 9 grudnia 2010

Noc mandarynkowych lampionów. I coś specjalnego na ten wieczór...



Noc mandarynkowych lampionów to cudowna inicjatywa i pomysł Delie oraz Ewy. Ale podziękowania i ukłony nalezą się też dla Nany :-)

Na tę noc, na tę okazję mam coś specjalnego.
Prosto z mojego wyjątkowego muzycznego kalendarza adwentowego.
Dziś szufladka nr 9 :-)
Miała się w niej znaleźć zupełnie inna, mocno rozrywkowa piosenka świąteczna ;-) a będzie lirycznie.
Znowu.
Ale ten wieczór, ta noc mandarynkowych lampionów nastraja lirycznie...

Jeden z najpiękniejszych tematów Heandla.
Dla mnie jak najbardziej świąteczny.
Ponieważ nie mogłam się zdecydować na wersję, posłuchajcie proszę i jednej, i drugiej...
Pierwsza - w wykonaniu zjawiskowej francuskiej sopranistki Patricii Petibon...
Druga - zaskakująca. Paolo Fresu i Uri Caine. Trąbka i fortepian. Równie znakomite...

Ten temat brzmi bardzo znajomo, prawda?

Spokojnego wieczoru i dobrej nocy!
Ewo, Delie - wspaniały to był pomysł...







A tak lampiony powstawały:


Usilnie próbowałam pozbawić te zdjęcia białych ramek - tak, aby uzyskać efekt jak w pierwszym zdjęciu. Bezskutecznie. To pierwsze okazało się dziełem przypadku ;-)

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Giddy yap! Giddy yap!


Giddy yap, giddy yap, giddy yap,
Let's go, let's look at the show,
We're riding in a wonderland of snow.
Giddy yap, giddy yap, giddy yap,
It's grand, just holding your hand,
We're riding along with a song
Of a wintry fairy land.


Giddy yap! Giddy yap!
Podśpiewywaliśmy we trójkę – Mama, Tata i M. – wracając z późnopopołudniowego spotkania ze Świętym Mikołajem!
No, może niezupełnie we trójkę podśpiewywaliśmy… M. się przysłuchiwał jedynie ;-)
Wracaliśmy naszą aleją kasztanową, ciągnąc sanie (my w roli reniferów!) – M. wychylał się to w prawo, to w lewo – i – hops! – mały człowiek za burtą! Zaliczył swoje pierwsze, mięciutkie w śniegu lądowanie ;-)
A potem ziuuuu! Zjeżdżaliśmy z górki :-) Najpierw M. z Tatą. Potem (po długich namowach) odważyłam się zjechać ja. A potem wzięłam M. na kolana i ruszyliśmy we dwójkę!

Ależ było śmiechu! I okrzyków! Trochę ze strachu (ja!), głównie ze szczęścia (M.)!
W nagrodę dostałam od Taty M. lizaka. Takiego z kwiatkiem! Barwiącego na pomarańczowo język!
Wiecie kiedy ostatnio takim się posilałam? Chyba dokładnie wtedy, kiedy ostatni raz zjeżdżałam z górki na sankach! Wieki temu…
Wow!
Ale dzień!!!
Jutro powtórka!!!

Mikołajem M. nie był wcale zachwycony. Przyglądał się z uwagą. Nie bał się. Podszedł, prowadzony za rączkę. Po prezent jednak nie sięgnął ;-) Wpatrywał się za to w siwą, Mikołajową brodę.
A potem zaczął buszować pomiędzy półkami – Mikołajki odbywały się w pobliskiej, zaprzyjaźnionej księgarni…
Było fajnie! Tłumy dzieciaków, wór pełen książek…




I jeszcze jedna piosenka świąteczna. Taki prezent od Świętego Mikołaja!
Czyli rachunek się powinien zgadzać.
Sześć dni grudnia i sześć zimowych piosenek za nami.
Od jutra tylko po jednej ;-)

Dobrej nocy!

Giddy yap! Giddy yap!

Fred Astaire i inne prezenty od Świętego Mikołaja :-)

No i nie zawiódł Święty Mikołaj…
Dotarł do nas bladym świtem i przyniósł dla M. pozytywkę!

M. zachwycony.
Kiedy wstał raniutko, wisiała już nad Jego łóżeczkiem.
Od razu zauważył!
Zajęła miejsce tuż obok pozytywki-przytulanki. Tej z misiem łakomczuchem :-)
Pozytywka – niespodzianka.
I to podwójna!
Bo nie wiedział o niej również Tatuś M. :-)



Do pozytywek mamy wielką słabość.
Moja ukochana to okrągła, drewniana, mocno Bożonarodzeniowa. Ma wiele, wiele lat i dostałam ją na którąś Gwiazdkę od mojej Cioci… Gra przepiękną Wiegenlied Mozarta. Może zagra i tutaj na przykład w noc wigilijną...
Wisi nad naszym łóżkiem.

Kolejna pojawiła się dopiero, kiedy czekaliśmy na M.
Mały niedźwiadek. I cudowna kołysanka La Le Lu.
Pamiętam, że przykładaliśmy ją do mojego coraz to większego brzucha, żeby i M. posłuchał.
La Le Lu.
Potem pojawił się pewien Kot. Z zabawnym, malinowym pyszczkiem.
Pierwsza pozytywka M.
W dodatku migocząca kolorowymi diodami zamontowanymi w kocim brzuchu (wygląda to tak, jakby kocur połknął kilka robaczków świętojańskich!). To była pierwsza ukochana przytulanka M. I też grała La Le Lu.
Potem jeszcze pojawiła się grająca Brahmsa ośmiornica, następnie mięciutki zajączek z Ah! Vous dirai-je maman, czyli z francuską wersją mozartowskich Kurek Trzech :-)


Ale zdecydowanie największą miłością cieszą się te grające cuda znad łóżeczka.
Nasz rytuał dobranocny.
Któregoś razu zapomnieliśmy o pozytywce, jadąc do mojej Mamy.
Ponieważ w Domu został Tatuś, codziennie wieczorem przykładał grającego Kota do słuchawki, którą kładłam na stoliku przy łóżeczku M. kiedy zasypiał…
Szaleństwo ;-)

Ale w Mikołajowym worku znalazły się i inne prezenty.
Między innymi autobus.
Duży i żółty.
Ucieszył M. bardzo!

Za chwilę M. obudzi się z drzemki i wtedy pójdziemy z Mikołajowymi prezentami dla kaczek nad pobliski, zamarznięty staw.
Myślę, że się ucieszą z kilku bułeczek ;-)

No i piosenka.
Z kalendarza adwentowego :-)
Może coś takiego?
Wraz z kawałkiem animacji.
Dla tych wszystkich, którzy tak jak ja nadal wierzą w Świętego Mikołaja :-)

Dobrego dnia!