Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O.. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 lutego 2011

A tak w ogóle to fajnie jest być ciocią :-)

Naprawdę cudnie :-)

A szczególnie ciocią takiej czternastolatki!

Wspólnych parę dni minęło niczym z bicza strzelił… Na spacerach i wędrówkach. Na długich rozmowach. Pogaduchach. Wspólnych figlach i wygłupach (z M. oczywiście - tutaj na placu zabaw!). Na wieczorach kulinarnych. I filmowych maratonach…

Cudnie jest być ciocią…
Można posłuchać miliona opowieści: szkolnych i pozaszkolnych. O lekturach. O piosenkach. O krukach i poezji E.A Poe (sic!). I o książkach Saramago. O trylionie spraw ważnych i arcyważnych. O przyjaźniach. Przyjaciołach. Fascynacjach. O ważnych wyborach. I o licznym domowym zwierzyńcu albo o koncercie Leonarda Cohena. Można się też po prostu powygłupiać i poprzedrzeźniać. Podroczyć. Można piec pół nocy muffiny i smażyć stosy naleśników! Albo spędzić kawał popołudnia w  perfumerii ;-) A przedpołudnie na zasypanym śniegiem placu zabaw!
Lub w księgarni. A wieczorem pić gorącą czekoladę z mlekiem. I słabiutką latte ;-)
I z własnej półki zgarniać książki, które „musisz, musisz przeczytać!” i upychać je w plecaku O… I wyciągać z szuflad stare DVD. Te wszystkie ‘nasze’ filmy, które oglądaliśmy lat temu naście, ja i Tatuś M., będąc dokładnie w wieku O.
I oglądać je we trójkę wieczorami: Jim Jarmush, Kieślowski, Wim Wenders, Tim Burton, Coenowie, Emir Kusturica…
I przypomnieć sobie te swoje wszystkie filmowe olśnienia, te wieczory w DKFie, te dyskusje po projekcjach ;-)
I cieszyć się teraz, widząc zachwyt w oczach O. po obejrzeniu tych właśnie filmów… Prawdziwy zachwyt.
Można patrzeć z niedowierzaniem na te 180 cm wzrostu, piękne oczy młodej Liv Ulmann i ogromne zielone martensy (rozmiar 42 chyba!)… I zachodzić w głowę, kiedy to minęło… Bo jeszcze tak niedawno O. była w wieku naszego M. Jak dobrze Ją taką pamiętam… Nawet jeszcze młodszą…
I można, a nawet trzeba przypomnieć sobie siebie z tamtych czasów. Z czasów, kiedy O. była małą dziewczynką. A ja miałam dokładnie tyle lat co O. teraz… I też nosiłam martensy (a jakże!) i nieodłączne słuchawki w uszach… I nawet te samy płyty w plecaku (OK, ja miałam płyty i discmana, O. ma empeczwórkę, hihi): Led Zeppelin, The Doors, Nirvana, te klimaty… ;-)

Fajna sprawa… Naprawdę fajnie być ciocią… 
PS Myślę, że o jednym z obejrzanych wspólnie z O. filmie powinnam napisać więcej. O Arizona Dream. Bo to jeden z takich made-me-movies. Kto wie, czy nie najważniejszy… Obejrzany z milion razy. Ale najbardziej pamiętam ten pierwszy seans. W kinie Rialto ;-) Na wieczornym, poniedziałkowym DKFie… Maj’94 bodaj…
Ten film jest dla mnie pewnym punktem odniesienia. I pewnie w jakimś stopniu zainspirował mnie do takich, a nie innych wyborów życiowych… Których czasem zdarza mi się żałować – bo może łatwiej. wygodniej byłoby pójść inną drogą. Ale to tylko czasem tak pomyślę. I chyba nigdy naprawdę. Ten film i ta ścieżka dźwiękowa. Film o człowieku i o rybie, między innymi… Kawałek mojego życia… Ciekawa jestem, czy Waszego również?

Na dobranoc więc piosenka…
Taka.

niedziela, 13 lutego 2011

Pan Chopin... I o serduszkach :-)



W Muzeum Chopina udało mi się zrobić ze sto niezamierzonych zdjęć – z aparatem na szyi biegałam za rozhasanym M. i nieopatrznie pstrykałam fotkę za fotką… Chciałam je wszystkie wyrzucić (te bardzo nieudane), ale pomyślałam, że one same opowiadają jakąś tam historię o tym niesamowitym miejscu… Alternatywną dla wypieszczonych fotosów z muzealnych prospektów  ;-)
Na samym dole wrzucam więc kilka takich przypadkowych migawek ;-) Moim zdaniem niektóre są bajeczne!

W sumie zdjęcia z muzeum nie są udane. Wcale. Z wielu powodów. Bo ciemno. Bo cały czas w pędzie za M. Bo zamiast pstrykać, chciałam to miejsce poznać... Bo...
Ale nie o zdjęcia tutaj chodzi.
O opowieść.
O muzyce...
O Chopinie...
Do powtórzenia. Koniecznie...
Wybierzcie się tam!!!

Przez zaparowany obiektyw ;-)







W którejś sal M. spotkał Marysię. Bardzo się cieszył za każdym razem kiedy dziewczynka pojawiała się w kolejnych! W ostatniej sali zachowywali się już jak starzy dobrzy kumple - częstowali nawzajem różnymi smakołykami, biegali wokół eksponatów i skakali po pufach!!!


Jeszcze tylko dodam, że ulubionym rekwizytem M. w każdej sali okazała się...gaśnica ;-)))
Ach, no i na sam koniec wspomnę o niebezpiecznie czystych szybach, przez które to M. nabił sobie porządnego guza! Bądźcie więc ostrożni i nie dajcie się zmylić ;-)

No i seria zdjęć nieudanych. To po lewej jest dla mnie prawdziwą zagadką. Intrygujące, prawda?


M. w ruchu ;-) Nieustannym!!!


***

Odnośnie akcji serduszkowo-walentynkowej - nie zdążę, nie dam rady :-( a chętnie bym w niej wzięła udział!
Znowu zapomniałam o kablu, ech... Nie mam jak zgrać zdjęć.
Ale jak tylko wrócimy wrzucę tu parę serc.
Niezwykłych, bo będą to serca origami. Które w ilości hurtowej produkowaliśmy przez ostatnie trzy dni z moim ulubionym ośmiolatkiem - starszym braciszkiem naszego M.
Serc poskładaliśmy mnóstwo, bo i mnóstwo jest osób, które kochamy :-)
Każdy dostanie po jednym takim! Jutro!!!
A niełatwo takie papierowe serduszka wykonać, niełatwo ;-) Trochę są kanciaste, ale naprawdę piękne...

Z góry więc przepraszam za to opóźnienie. Z poślizgiem wywnętrzę też moją torebkę ;-)
Wszystko to za tydzień.
Teraz jeszcze zaległości...

Bo teraz to za dużo się dzieje :-) Każdego dnia. Będzie więc o czym opowiadać!

Pozdrawiam Was najserdeczniej :-)
Tutaj cały czas obłędne słońce! Obłędne!!!

środa, 9 lutego 2011

Spacerkiem... I legenda o Złotej Kaczce. I coś o krokusach :-)

Mały spacer po warszawskich ulicach…
Na przekór niesprzyjającej aurze…
Bardzo lubię ten widok... To okno. Często przy nim przesiaduję. Przesiadywałam. Jedna z fajniej umiejscowionych kawiarni w Śródmieściu. I pyszny żółw na sojowym - mój jedyny kaprys w czasie ciąży ;-) Lubiłam czekać na Tatusia M. właśnie przy tym oknie, z dwoma kubkami kawy - stąd mogłam zobaczyć jak wychodzi z pracy i podbiega w moją stronę... Lubiłam tam czekać już z M. Najpierw po jednej, potem po drugiej stronie brzucha... Teraz Tatuś M. pracuje w innym, równie zresztą malowniczy miejscu... I również tam nieopodal mamy kawiarenkę, w której można na siebie czekać :-)

I Hoża.
Sentyment mam do tej ulicy z jednego powodu.
Blisko rogu z Kruczą znajduje się Odeon. Mała, kameralna księgarnia. Pełna rozmaitych książek. Oraz nut. Kiedyś w drugiej jej części znajdował się sklep z płytami. Ze znakomita muzyką.
Uwielbialiśmy tam zaglądać z Tatusiem M. jeszcze w studenckich czasach.
Przesiadywaliśmy przy odsłuchu i jeśli nam zostało coś w portfelach po wizycie w Słodkim ;-) (wycieczka Mokotowską przed nami – obiecuję wczesną wiosną przeprowadzić Was moim szlakiem po Śródmieściu Południowym z Mokotowską na czele!) kupowaliśmy jakąś płytę legendarnej wytwórni Winter &Winter. Płytę cacko. Bo płyty W&W to zarówno muzyczny, jak i edytorski rarytas… Pięknie pakowane w tekturowe, charakterystyczne pudełka z przecudną książeczką… Muzyka z pogranicza klasyki i jazzu. Wyjątkowa. W swoim rodzaju jedyna.
Idąc Hożą zawsze słyszę którąś z tych płyt…

Tym razem w Odeonie upolowaliśmy coś dla M.
Zresztą nie tylko dla M.
Poczytamy przecież razem ;-) I to z największą przyjemnością... Również dlatego, że współautorem Esterhazy'ego jest Hans Magnus Enzensberger - którego ogromnie cenię i lubię.

***

A potem wycieczka w pewno miejsce niezwykłe.





Okólnik i skwer Wodiczki na tyłach Akademii Muzycznej.
Bardzo moje miejsce.
Również zimą.
Ale zdecydowanie bardziej wiosną, jesienią i latem ;-) Ze zrozumiałych względów
Kiedyś trochę miejsce może zapyziałe, za to dzisiaj wypiękniało wprost niesłychanie!
Uwielbiałam przychodzić tam jesienią i wiosną z maleńkim jeszcze M. w wózeczku :-)
W październiku, kwietniu, maju przy pootwieranych oknach konserwatorium można posłuchać tych wszystkich prób i ćwiczeń… Waltornie, fortepiany, skrzypce i klarnety… Uwielbiam… Takie czary.
Dokładnie taka atmosfera panowała w majowe popołudnia przed moją szkołą muzyczną… W moim pięknym Mieście.
Uwielbiałam wylegiwać się na wielkich cokołach pod ogromnymi, starymi drzewami kwitnących magnolii i nasłuchiwać gry kolegów… Moje magiczne, czarowne miejsce…
W Warszawie podobną rolę pełni właśnie ów skwer. Na tyłach hałaśliwego Nowego Światu.

Mój Okólnik.
I przepiękny Pałac Ostrogskich.
W którym obecnie mieści się niesamowite, ultranowoczesne Muzeum Chopina.
Bardzo kameralne.
Bardzo niezwykłe.
Nie sposób opisać tych wszystkich, towarzyszących zwiedzaniu wrażeń. Również jeśli chodzi o sam projekt i jego realizację.
Świetne miejsce także dla rodziców z dziećmi.
Bo twórcy muzeum pomyśleli również o najmłodszych – nie tylko przegotowali świetną salę dla maluchów, ale też we wszystkich pozostałych pomieszczeniach dzieci mogą poczuć się bardzo swobodnie! W każdym razie M. był zachwycony!

Duszę cieszy, że Pałac Ostrogskich tak wypiękniał…

Zatem kilka migawek z wycieczki z Okólnika… M. zasnął w wózku, zima rozszalała się na dobre, a skwer Wodiczki przemierzał czarny pudel w różowym wdzianku…







Fragment Pałacu Ostrogskich, śpiący w wózku M. i nuty na murze przed Konserwatorium. I niedomknięty obiektyw, przez który przypadkowo pstryknęłam takie zdjęcie (poniżej po prawej) ;-)



A zdjęcia z samego muzeum – jutro! Albo jeszcze za chwilę... Nie dam już rady ich wrzucić tu dzisiaj...
Za to jeśli ktoś ma ochotę niechaj zajrzy tutaj - z Pałacem Ostrogskich związana jest jedna z najpiękniejszych legend warszawskich, ta o Złotej Kaczce

Miłego, pięknego dnia!!!
Tu, gdzie jestem, słońce świeci nieprzytomnie... Trzeci już dzień!
Popijam kawę na tarasie...
W ogrodzie krokusy (powoli, powoli wydostają się na drugą stronę...) i parę kępek przebiśniegów!
A mój Syn biega jak szalony między jabłonkami (nie, nie kwitną jeszcze!) :-)
Dobry czas...
Dobry dzień...

I to słońce, za którym tak bardzo tęskniłam...





piątek, 4 lutego 2011

Piknik w CSW, czyli mała pomarańczowa alternatywa ;-)


Wobec braku słońca alternatywa.
Alternatywny piknik.
Obowiązkowo kraciaste obrusy ;-)
Rozgrzewająca herbata w termosie i pomarańczowy zastrzyk energii na tarasie QA – jednego z tych moich magicznych miejsc w Warszawie…
M. zasnął w wózku, a my spacerowałyśmy po Agrykoli, Ujazdowie, po Parku Łazienkowskim…
Wędrowałyśmy, gawędziły i pstrykały zdjęcie za zdjęciem!
Ja i moja O.
Moja czternastoletnia (no prawie już piętnastoletnia) chrzestna córka :-)
Nastolatka.
Fantastyczna Dziewczyna!


I taki sobie mały piknik urządziłyśmy na zakończenie wędrówki po śródmiejskich parkach Warszawy:-)

A tu nasz w szybie portret poczwórny :-) Kto policzy do czterech?
I jeden z tych 'moich' widoków...



A jeszcze tego samego popołudnia…

Odwiedziłyśmy to fantastyczne miejsce bliziutko Placu Zbawiciela. M. po porządnej drzemce szalał w sali zabaw. Zresztą jeśli kogoś zmylił wzrost O., w tymże miejscu mógł się przekonać, że czternaście lat to nadal dobry wiek na harce i zjeżdżalnie ;-) Tunele, drabiny, statek na biegunach (sic!), całe mnóstwo zabawek i dużo schodów - raj dla mojego Dziecka!
I jeszcze kolega-równieśnik, niemal z tego samego dnia co M. :-)

M. w tunelu. Dla odwagi wrzucał w tunel balonik - i za tym balonikiem ruszał przed siebie :-) Przeszczęśliwy już po drugiej stronie! Brawo!
Dla mnie kawa, dla O. najpyszniejsza czekolada. Taka. Czekolada z miętą. Dla M. owsiane ciacho i herbatka ziołowa - bez rewelacji ;-)

I tablica/fragment ściany pomalowany farbą tablicową... Pomyślimy o tym przy urządzaniu pokoju M. :-) Bo to super sprawa!!!