No i pojawił się Przyjaciel. Przytulny. I nieodłączny. |
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawki. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 10 marca 2011
piątek, 4 marca 2011
Z ciastoliną mamy problem.
M. karmi nią psa ;-)))
A psu, owszem, ciastolina smakuje! I to nawet bardzo. Wszystko, co spadnie na ziemię – jego!
Zresztą i M. skusił się na mały kawałeczek. Tej apetycznie pomarańczowej.
Tfu!!!
Malowanie, rysowanie, tańce, śpiewy i wygłupy :-) Okolice dwóch lat, mimo że pod pewnymi względami niełatwe, niosą tyle nowego, tyle radości z odkrywania, z poznawania. Fajnie przeżywać to wszystko razem! Fajnie, że nic mi nie umyka…
Ostatnio ulubioną zabawą jest ta w chowanego. M. ją uwielbia! Z zapałem szuka kryjówek, po czym natychmiast (oczywiście) zdradza się chichotem ;-)
Nas natomiast zdradza pies, który psuje M. poszukiwania! Musimy więc zamykać Filipa za drzwiami... Ale wówczas jęczy ;-)
M. bardzo też lubi grę w poszukiwania – kiedy był jeszcze maleńki, Tatuś kupił Mu przytulankę z bijącym serduszkiem (sic!) – trick polega na tym, że w brzuchu zabawki znajduje się moduł naśladujący bicie (rytm i odgłos) ludzkiego serca – miał się uaktywniać na dźwięk płaczu Dziecka i samoistnie wyłączać po jakiejś chwili. Zabawka miała okazać się pomocna na przykład w nocy, kiedy Dziecko obudziłoby się z płaczem – jak rozumiem, dzięki temu modułowi Rodzice mieli się lepiej wyspać ;-) U nas się to nie sprawdziło – raz, że M. noce przesypiał, z rzadka tylko budził się, jeszcze rzadziej z płaczem, a dwa – moduł uaktywniał się przy każdym szczeknięciu psa ;-))) Co zresztą ciekawe, M. szczekanie psa ze snu nie wybudzało – chyba oswoił się z tym dźwiękiem jeszcze w życiu prenatalnym ;-) Możliwe.
Moduł-serce został więc szybko przez nas usunięty, za to sama przytulanka (żółwik) okazała się wielkim przyjacielem M.
W każdym razie teraz ów moduł sprawdza się w zabawie w poszukiwania. Zabawa polega bowiem na tym, że M. znika za drzwiami, a my w tym czasie ukrywamy ‘bijące serce’ w jakimś miejscu (musimy się naprawdę wysilić, bo nasz Syn zna już wszystkie kryjówki) – a M. po samym dźwięku próbuje odnaleźć schowany moduł. Niezły jest w tym. Naprawdę!
I robi się już taaaki samodzielny - sam zakłada buty, skarpetki, rajstopki, koszulki. Sam ubiera sobie kurtkę i czapkę. Wczoraj sam założył rękawiczki!
Kiedy zgłodnieje, biegnie do kuchni, zakłada śliniak (sic!) i wdrapuje się na swoje czerwone krzesełko gotowy na smaczne co nieco ;-)
Uwielbia zabawy w wodzie – wieczorami długie kąpiele, podczas których animuje zabawki w taki sposób, że oboje z Tatusiem M. umieramy ze śmiechu :-) W ciągu dnia nie przegapi żadnej okazji, żeby popluskać chociaż rączki w umywalce – ostatnio z uporem wrzucał różne przedmioty do kosza na śmieci. Ku naszemu niezadowoleniu, bo co chwilka trzeba było w związku z tym myć Dziecku ręce. Dopiero po jakiejś chwili zorientowaliśmy, że to był właśnie cel M. Wycieczki do łazienki i chlapanie łapek w wodzie ;-))) Spryciarz!
Do łask wrócił rowerek – pierwsze przymiarki do jazdy na nim M. poczynił już w listopadzie, jednak potem wyraźnie preferował swoje jeździdełko. Teraz rowerek jak najbardziej – kiedy tylko zrobi się cieplej, wybierzemy się na dłuższą przejeżdżkę, a raczej ‘przechadzkę’, bo to taki drewnainy laufrad, bez pedałów. Nie możemy się tez doczekać wspólnych wycieczek rowerowych – M. już w zeszłym sezonie jeździł z nami, przypięty do fotelika przy tatusinym rowerze (ja wciąż nie mam odwagi!). M. najbardziej zachwyca jazda po korzeniach albo krawężnikach, no i w żadnym wypadku nie należy się zatrzymywać ;-) Bo wtedy to rozpacz…
Och, ale to wszystko chyba jeszcze nie w ten weekend… Choć pogoda baaardzo zachęcająca do wszelkiej rekreacji. Jednak póki co, pozostaniemy przy spacerach ;-)
OK, tyle na dziś… Takie małe podsumowanie.
A o dzisiejszym przedpołudniowym spotkaniu z Krzysiem i Jego Mamą to może trochę później… Spotkaniu po dłuuugim niewidzeniu ;-) Z racji tego nie zdążyłam pstryknąć nawet ćwierć zdjęcia… Poza tym takie maleństwa jak Krzyś (ma dwa miesiące dopiero!) bardzo mnie onieśmielają – przynajmniej w sensie fotograficznym :-)
Udanego weekendu!!!
środa, 2 marca 2011
Nit, gantz, halb i sztell, czyli zapraszam do gry :-)
![]() |
Trochę kolorów. Jeszcze z lutego. |
To po prawej to słoń! Gdyby ktoś miał wątpliwości ;-)
Udanego popołudnia!
My właśnie wróciliśmy z długiego spaceru :-) Pięknie jest! Mam wrażenie, że tym razem wiosna się naprawdę budzi!!!
Dziś może namówię Tatusia M. na pojedynek w scrabble, ale nie wiem, czy się uda… Uhh! Takie wieczory planszowe to zdecydowanie bardziej ja lubię ;-)
A jutro czeka mnie ważne spotkanie. Punkt 13.00! Trzymajcie kciuki, bo wiele od niego zależy ;-)
PS I jeszcze mały update - mała wymiana SMSów z Delie przypomniała mi o pchełkach! Znacie? Lubicie? Mam na myśli taką grę ;-)
U nas wyglądało to tak: duży, okrągły stół, na stole gruby koc, na kocu mały pojemniczek, do którego mają trafiać okrągłe, drewniane 'pchełki', którymi strzelamy jedna o drugą! Ojejku! Jakie to było fajne! Ile przy tym śmiechu było! Uwielbiałam!
Ostatnio próbowałam kupić zestaw pchełek, ale wszędzie tylko plastikowe, brrr... Czy ktoś widział gdzieś takie klasyczne, drewniane? Jeśli tak - proszę o pilna wiadomość w tej sprawie :-)
Z pchełkami wiąże się jedna, przezabawna opowieść mojej Cioci. Mianowicie kiedy była dzieckiem, razem z braćmi przez zasłony podglądali dyrektora swojej szkoły (mieszkał w willi naprzeciwko!) :-) - krążącego wokół stołu podczas gry w pchełki właśnie! Nie wiem czy to fragment opowieści, czy już moja wyobraźnia, ale ja tego dyrektora widzę w rozciągniętych, brudnobiałych kalesonach ;-))) Oj, umarłabym ze śmichu... Klimat jak z Makuszyńskiego :-)
wtorek, 25 stycznia 2011
Wtorek. Rano. A drzewo z niedzieli :-)
Jedna migawka z niedzielnego spaceru…
Leniwy poranek. Próbuję dobudzić się filiżanką espresso.
Ta pogoda trochę rozleniwia…
Zadanie na dziś: bukiet tulipanów albo donica hiacyntów. Albo i jedno, i drugie!
Nie jedyne to zadanie na dzisiaj oczywiście ;-)
Prezent od cioci Karoliny zdetronizował wszystkie zabawki ;-) Nawet ulubiony ostatnio przez nasze Dziecko spryskiwacz do kwiatów!!!
Bo M. dostał samochód zdalnie sterowany!!!
I jak się okazuje, nie tylko M. taki uradowany!
Również (a może przede wszystkim) Tatuś M. ;-)
Marzył ponoć o takiej zabawce w dzieciństwie…
Ja marzyłam o domu dla lalek. Takim dużym, najlepiej w stylu wiktoriańskim…
Ale marne szanse na to, żeby to moje marzenie się spełniło ;-)
Chociaż…
Mamy takie deal: umówiliśmy się z Tatusiem Hani, że może wpadać kiedy chce pobawić się samochodem naszego M., za to ja będę odwiedzać Hanię i bawić się jej zestawem mebelków dla lalek ;-)
Jakoś trzeba sobie radzić…
Choć szczerze się przyznam, że za każdym razem, kiedy w sklepach z zabawkami mijam całe różowe sektory przeznaczone dla dziewczynek, gdzieś w głębi duszy odczuwam lekką ulgę ;-) Że Syn!
Tatuś M. podobnie…
Za to na stoiskach z dziewczęcymi ubrankami bardzo lubię się zatrzymywać – o czym dobrze wiedzą zaprzyjaźnione z nami mamy małych dziewczynek :-)
Za lalkami w dzieciństwie nie przepadałam. Zdecydowanie wolałam pluszowe miśki. I książeczki o niedźwiadkach zamiast baśni o księżniczkach. No, z jednym wyjątkiem. Jedną z ulubionych bajek mojego dzieciństwa była ‘Apolejka i jej osiołek’ Marii Kruger z cudownymi ilustracjami Zdzisława Witwickiego. Ale chyba przez tego osiołka lubiłam tę książkę ;-) Osiołka, w którego zamienił się książę… Pamiętacie tę bajkę?

A jeśli chodzi o przepis na owsiane ciasteczka bez jaj, mleka i masła, to podaję (wyszperany gdzieś w sieci z licznymi modyfikacjami).
400 g płatków owsianych (mogą być mieszane: owsiane, pszenne, 4 zboża, etc.)
1/2 szklanki mąki razowej lub otrębów
1/3 szklanki oleju roślinnego
1/3 szklanki ziaren słonecznika (mogą być ziarna dyni albo kokos)
plus
mała paczka rodzynek
kilka suszonych daktyli
parę suszonych fig
garść suszonych moreli - takich bio, ciemnych, brzydkich ;-)
(opcjonalnie można dodać rozgniecionego banana)
Rodzynki i suszone owoce zalewam gorącą wodą, odstawiam na chwilę aż zmiękną i napęcznieją, po czym miksuję.
Tę owocową papkę mieszam z płatkami, mąką, olejem i ziarnami.
W razie konieczności dolewam wody, oleju albo dosypuję mąki.
Masa musi mieć odpowiednią konsystencję, żeby uformować z niej płaskie placuszki.
Piekę kilka minut (aż się ładnie przyrumienią).
Nie są to najsmaczniejsze ciasteczka owsiane (zazwyczaj piekę zupełnie inne), jednak z konieczności sięgnęłam po ten przepis. Są zdrowe. I pyszne. I naprawdę znikają prędko ;-)
Częstujcie się!
czwartek, 20 stycznia 2011

Przeplatanki. Nawijanki. Młotek i przebijak. Dziurawy ser szwajcarski – i drewniany mysz na sznurku ;-) M. radzi sobie z nimi znakomicie… Coraz lepiej. Każdego dnia.
Układanki. Małe drewniane puzzle.
Piramidy z klocków.
Wytrwale. W skupieniu. Z zapałem.
Brawo, Synku!!!
***
Ta zieleń wydała mi się tutaj mocno nieadekwatna wobec bieli za oknem…
Bo sypnęło w nocy :-)
Bezlistne gałęzie pod zimowym cukrem-pudrem…
Niestety pochmurno…
Ale może i to się zmieni?
No to do zobaczenia!
Do poniedziałku :-)
poniedziałek, 6 grudnia 2010
Fred Astaire i inne prezenty od Świętego Mikołaja :-)
No i nie zawiódł Święty Mikołaj…
Dotarł do nas bladym świtem i przyniósł dla M. pozytywkę!
M. zachwycony.
Kiedy wstał raniutko, wisiała już nad Jego łóżeczkiem.
Od razu zauważył!
Zajęła miejsce tuż obok pozytywki-przytulanki. Tej z misiem łakomczuchem :-)
Pozytywka – niespodzianka.
I to podwójna!
Bo nie wiedział o niej również Tatuś M. :-)
Do pozytywek mamy wielką słabość.
Moja ukochana to okrągła, drewniana, mocno Bożonarodzeniowa. Ma wiele, wiele lat i dostałam ją na którąś Gwiazdkę od mojej Cioci… Gra przepiękną Wiegenlied Mozarta. Może zagra i tutaj na przykład w noc wigilijną...
Wisi nad naszym łóżkiem.
Kolejna pojawiła się dopiero, kiedy czekaliśmy na M.
Mały niedźwiadek. I cudowna kołysanka La Le Lu.
Pamiętam, że przykładaliśmy ją do mojego coraz to większego brzucha, żeby i M. posłuchał.
La Le Lu.
Potem pojawił się pewien Kot. Z zabawnym, malinowym pyszczkiem.
Pierwsza pozytywka M.
W dodatku migocząca kolorowymi diodami zamontowanymi w kocim brzuchu (wygląda to tak, jakby kocur połknął kilka robaczków świętojańskich!). To była pierwsza ukochana przytulanka M. I też grała La Le Lu.
Potem jeszcze pojawiła się grająca Brahmsa ośmiornica, następnie mięciutki zajączek z Ah! Vous dirai-je maman, czyli z francuską wersją mozartowskich Kurek Trzech :-)
Ale zdecydowanie największą miłością cieszą się te grające cuda znad łóżeczka.
Nasz rytuał dobranocny.
Któregoś razu zapomnieliśmy o pozytywce, jadąc do mojej Mamy.
Ponieważ w Domu został Tatuś, codziennie wieczorem przykładał grającego Kota do słuchawki, którą kładłam na stoliku przy łóżeczku M. kiedy zasypiał…
Szaleństwo ;-)
Ale w Mikołajowym worku znalazły się i inne prezenty.
Między innymi autobus.
Duży i żółty.
Ucieszył M. bardzo!
Za chwilę M. obudzi się z drzemki i wtedy pójdziemy z Mikołajowymi prezentami dla kaczek nad pobliski, zamarznięty staw.
Myślę, że się ucieszą z kilku bułeczek ;-)
No i piosenka.
Z kalendarza adwentowego :-)
Może coś takiego?
Wraz z kawałkiem animacji.
Dla tych wszystkich, którzy tak jak ja nadal wierzą w Świętego Mikołaja :-)
Dobrego dnia!
Dotarł do nas bladym świtem i przyniósł dla M. pozytywkę!
M. zachwycony.
Kiedy wstał raniutko, wisiała już nad Jego łóżeczkiem.
Od razu zauważył!
Zajęła miejsce tuż obok pozytywki-przytulanki. Tej z misiem łakomczuchem :-)
Pozytywka – niespodzianka.
I to podwójna!
Bo nie wiedział o niej również Tatuś M. :-)
Do pozytywek mamy wielką słabość.
Moja ukochana to okrągła, drewniana, mocno Bożonarodzeniowa. Ma wiele, wiele lat i dostałam ją na którąś Gwiazdkę od mojej Cioci… Gra przepiękną Wiegenlied Mozarta. Może zagra i tutaj na przykład w noc wigilijną...
Wisi nad naszym łóżkiem.
Kolejna pojawiła się dopiero, kiedy czekaliśmy na M.
Mały niedźwiadek. I cudowna kołysanka La Le Lu.
Pamiętam, że przykładaliśmy ją do mojego coraz to większego brzucha, żeby i M. posłuchał.
La Le Lu.
Potem pojawił się pewien Kot. Z zabawnym, malinowym pyszczkiem.
Pierwsza pozytywka M.
W dodatku migocząca kolorowymi diodami zamontowanymi w kocim brzuchu (wygląda to tak, jakby kocur połknął kilka robaczków świętojańskich!). To była pierwsza ukochana przytulanka M. I też grała La Le Lu.
Potem jeszcze pojawiła się grająca Brahmsa ośmiornica, następnie mięciutki zajączek z Ah! Vous dirai-je maman, czyli z francuską wersją mozartowskich Kurek Trzech :-)
Ale zdecydowanie największą miłością cieszą się te grające cuda znad łóżeczka.
Nasz rytuał dobranocny.
Któregoś razu zapomnieliśmy o pozytywce, jadąc do mojej Mamy.
Ponieważ w Domu został Tatuś, codziennie wieczorem przykładał grającego Kota do słuchawki, którą kładłam na stoliku przy łóżeczku M. kiedy zasypiał…
Szaleństwo ;-)
Ale w Mikołajowym worku znalazły się i inne prezenty.
Między innymi autobus.
Duży i żółty.
Ucieszył M. bardzo!
Za chwilę M. obudzi się z drzemki i wtedy pójdziemy z Mikołajowymi prezentami dla kaczek nad pobliski, zamarznięty staw.
Myślę, że się ucieszą z kilku bułeczek ;-)
No i piosenka.
Z kalendarza adwentowego :-)
Może coś takiego?
Wraz z kawałkiem animacji.
Dla tych wszystkich, którzy tak jak ja nadal wierzą w Świętego Mikołaja :-)
Dobrego dnia!
Etykiety:
Adwentowy Kalendarz Muzyczny,
dźwięki,
Gwiazdka,
M.,
zabawki
Subskrybuj:
Posty (Atom)














