Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 marca 2011

Pies. Przyjaciel.

No i pojawił się Przyjaciel.
Przytulny.
I nieodłączny.
Piesek.
Należy do Hani… I w tym największy problem ;-)
No nic, może uda się go przehandlować za jakąś lalę, hihi! No chyba, że uda nam się dostać podobnego! Na razie został nam jedynie wypożyczony ;-)
Ten piesek ma smycz. I chyba dlatego M. go tak bardzo lubi… Bo na każdym spacerze M. usilnie próbuwał przytrzymać Filipa na smyczy – zadanie jest oczywiście niewykonalne, wszak Filip jest niemal trzydziestokilogramowym myśliwcem ;-) I to o dużym temperamencie!  Za to ten piesek nie stwarza podobnych trudności ;-) I jak grzecznie idzie przy nodze!
Do tej pory M. nie wyrażał wielkiej miłości wobec przytulanek. Kosz pełen pluszowych zabawek (każda jedna cudna!) zamieszkał pod łóżeczkiem i czeka na lepsze czasy. Od czasu do czasu M. robił w nim 'przegląd'. ale jakoś żadna nie przykuła Jego szczególnej uwagi.
Ale piesek to piesek.
Przyjaciel i już…
Towarzyszy nam wszędzie. Również na spacerach.
M. demonstruje nawet jak piesek podnosi nogę w wiadomym celu ;-) I jak merda ogonkiem! Piesek z nami nawet je (ten, dla miłej odmiany, nie żebrze pod stołem!). Z własnej miseczki! Ostatnio M. postawił przed nim aż dwie! No tak, Filip również ma jedną na wodę, drugą na pokarm… Ech, nic nie umknie uwadze mojego Syna…

Teraz się zastanawiam, czy ja miałam w dzieciństwie pieska - przytulankę... Ten to chyba jakiś pasterski pies, prawda? Coś jakby berneński ;-)


piątek, 4 marca 2011



Z ciastoliną mamy problem.
M. karmi nią psa ;-)))
A psu, owszem, ciastolina smakuje! I to nawet bardzo. Wszystko, co spadnie na ziemię – jego!
Zresztą i M. skusił się na mały kawałeczek. Tej apetycznie pomarańczowej. 
Tfu!!!

Malowanie, rysowanie, tańce, śpiewy i wygłupy :-) Okolice dwóch lat, mimo że pod pewnymi względami niełatwe, niosą tyle nowego, tyle radości z odkrywania, z poznawania. Fajnie przeżywać to wszystko razem! Fajnie, że nic mi nie umyka… 

Ostatnio ulubioną zabawą jest ta w chowanego. M. ją uwielbia! Z zapałem szuka kryjówek, po czym natychmiast (oczywiście) zdradza się chichotem  ;-)
Nas natomiast zdradza pies, który psuje M. poszukiwania! Musimy więc zamykać Filipa za drzwiami... Ale wówczas jęczy ;-)
M. bardzo też lubi grę w poszukiwania – kiedy był jeszcze maleńki, Tatuś kupił Mu przytulankę z bijącym serduszkiem (sic!) – trick polega na tym, że w brzuchu zabawki znajduje się moduł naśladujący bicie (rytm i odgłos) ludzkiego serca – miał się uaktywniać na dźwięk płaczu Dziecka i samoistnie wyłączać po jakiejś chwili. Zabawka miała okazać się pomocna na przykład w nocy, kiedy Dziecko obudziłoby się z płaczem – jak rozumiem, dzięki temu modułowi Rodzice mieli się lepiej wyspać ;-) U nas się to nie sprawdziło – raz, że M. noce przesypiał, z rzadka tylko budził się, jeszcze rzadziej z płaczem, a dwa – moduł uaktywniał się przy każdym szczeknięciu psa ;-))) Co zresztą ciekawe, M. szczekanie psa ze snu nie wybudzało – chyba oswoił się z tym dźwiękiem jeszcze w życiu prenatalnym ;-) Możliwe.
Moduł-serce został więc szybko przez nas usunięty, za to sama przytulanka (żółwik) okazała się wielkim przyjacielem M.
W każdym razie teraz ów moduł  sprawdza się w zabawie w poszukiwania. Zabawa polega bowiem na tym, że M. znika za drzwiami, a my w tym czasie ukrywamy ‘bijące serce’ w jakimś miejscu (musimy się naprawdę wysilić, bo nasz Syn zna już wszystkie kryjówki) – a M. po samym dźwięku próbuje odnaleźć schowany moduł. Niezły jest w tym. Naprawdę! 

I robi się już taaaki samodzielny - sam zakłada buty, skarpetki, rajstopki, koszulki. Sam ubiera sobie kurtkę i czapkę. Wczoraj sam założył rękawiczki!
Kiedy zgłodnieje, biegnie do kuchni, zakłada śliniak (sic!) i wdrapuje się na swoje czerwone krzesełko gotowy na smaczne co nieco ;-)
Uwielbia zabawy w wodzie – wieczorami długie kąpiele, podczas których animuje zabawki w taki sposób, że oboje z Tatusiem M. umieramy ze śmiechu :-) W ciągu dnia nie przegapi żadnej okazji, żeby popluskać chociaż rączki w umywalce – ostatnio z uporem wrzucał różne przedmioty do kosza na śmieci. Ku naszemu niezadowoleniu, bo co chwilka trzeba było w związku z tym myć Dziecku ręce. Dopiero po jakiejś chwili zorientowaliśmy, że to był właśnie cel M. Wycieczki do łazienki i chlapanie łapek w wodzie ;-))) Spryciarz!

Do łask wrócił rowerek – pierwsze przymiarki do jazdy na nim M. poczynił już w listopadzie, jednak potem wyraźnie preferował swoje jeździdełko. Teraz rowerek jak najbardziej – kiedy tylko zrobi się cieplej, wybierzemy się na dłuższą przejeżdżkę, a raczej ‘przechadzkę’, bo to taki drewnainy laufrad, bez pedałów. Nie możemy się tez doczekać wspólnych wycieczek rowerowych – M. już w zeszłym sezonie jeździł z nami, przypięty do fotelika przy tatusinym rowerze (ja wciąż nie mam odwagi!). M. najbardziej zachwyca jazda po korzeniach albo krawężnikach, no i w żadnym wypadku nie należy się zatrzymywać ;-) Bo wtedy to rozpacz…

Och, ale to wszystko chyba jeszcze nie w ten weekend… Choć pogoda baaardzo zachęcająca do wszelkiej  rekreacji. Jednak póki co, pozostaniemy przy spacerach ;-)

OK, tyle na dziś… Takie małe podsumowanie.

A o dzisiejszym przedpołudniowym spotkaniu z Krzysiem i Jego Mamą to może trochę później… Spotkaniu po dłuuugim niewidzeniu ;-) Z racji tego nie zdążyłam pstryknąć nawet ćwierć zdjęcia… Poza tym takie maleństwa jak Krzyś (ma dwa miesiące dopiero!) bardzo mnie onieśmielają – przynajmniej w sensie fotograficznym :-)

Udanego weekendu!!!



środa, 2 marca 2011

Nit, gantz, halb i sztell, czyli zapraszam do gry :-)



Trochę kolorów. Jeszcze z lutego.
Gry i zabawy towarzyskie. Ferie z M. i z Mikołajem. Zamiast nart - plansze :-)
Tutaj chanukowy dreidel. I Labirynt. Jedna z najulubieńszych gier mojego dzieciństwa. Oj, jak chętnie grał w nią teraz Miki!
I wieczory z origami.
 Ach, muszę się pochwalić naszymi rzeźbami z papieru... Jakoś niedługo :-) Bo trochę ich zrobiliśmy...


 To po prawej to słoń! Gdyby ktoś miał wątpliwości ;-)

Udanego popołudnia!

My właśnie wróciliśmy z długiego spaceru :-) Pięknie jest! Mam wrażenie, że tym razem wiosna się naprawdę budzi!!!

Dziś może namówię Tatusia M. na pojedynek w scrabble, ale nie wiem, czy się uda… Uhh! Takie wieczory planszowe to zdecydowanie bardziej ja lubię ;-)

A jutro czeka mnie ważne spotkanie. Punkt 13.00! Trzymajcie kciuki, bo wiele od niego zależy ;-)

PS I jeszcze mały update - mała wymiana SMSów z Delie przypomniała mi o pchełkach! Znacie? Lubicie? Mam na myśli taką grę ;-)
U nas wyglądało to tak: duży, okrągły stół, na stole gruby koc, na kocu mały pojemniczek, do którego mają trafiać okrągłe, drewniane 'pchełki', którymi strzelamy jedna o drugą! Ojejku! Jakie to było fajne! Ile przy tym śmiechu było! Uwielbiałam!
Ostatnio próbowałam kupić zestaw pchełek, ale wszędzie tylko plastikowe, brrr... Czy ktoś widział gdzieś takie klasyczne, drewniane? Jeśli tak - proszę o pilna wiadomość w tej sprawie :-)

Z pchełkami wiąże się jedna, przezabawna opowieść mojej Cioci. Mianowicie kiedy była dzieckiem, razem z braćmi przez zasłony podglądali dyrektora swojej szkoły (mieszkał w willi naprzeciwko!) :-) - krążącego wokół stołu podczas gry w pchełki właśnie! Nie wiem czy to fragment opowieści, czy już moja wyobraźnia, ale ja tego dyrektora widzę w rozciągniętych, brudnobiałych kalesonach ;-))) Oj, umarłabym ze śmichu... Klimat jak z Makuszyńskiego :-)



wtorek, 25 stycznia 2011

Wtorek. Rano. A drzewo z niedzieli :-)


Jedna migawka z niedzielnego spaceru…

Leniwy poranek. Próbuję dobudzić się filiżanką espresso.
Ta pogoda trochę rozleniwia…
Zadanie na dziś: bukiet tulipanów albo donica hiacyntów. Albo i jedno, i drugie!
Nie jedyne to zadanie na dzisiaj oczywiście ;-)
 

Prezent od cioci Karoliny zdetronizował wszystkie zabawki ;-) Nawet ulubiony ostatnio przez nasze Dziecko spryskiwacz do kwiatów!!!
Bo M. dostał samochód zdalnie sterowany!!!
I jak się okazuje, nie tylko M. taki uradowany!
Również (a może przede wszystkim) Tatuś M. ;-)
Marzył ponoć o takiej zabawce w dzieciństwie…

Ja marzyłam o domu dla lalek. Takim dużym, najlepiej w stylu wiktoriańskim…
Ale marne szanse na to, żeby to moje marzenie się spełniło ;-)
Chociaż…

Mamy takie deal: umówiliśmy się z Tatusiem Hani, że może wpadać kiedy chce pobawić się samochodem naszego M., za to ja będę odwiedzać Hanię i bawić się jej zestawem mebelków dla lalek ;-)
Jakoś trzeba sobie radzić…

Choć szczerze się przyznam, że za każdym razem, kiedy w sklepach z zabawkami mijam całe różowe sektory przeznaczone dla dziewczynek, gdzieś w głębi duszy odczuwam lekką ulgę ;-) Że Syn!
Tatuś M. podobnie…
Za to na stoiskach z dziewczęcymi ubrankami bardzo lubię się zatrzymywać – o czym dobrze wiedzą zaprzyjaźnione z nami mamy małych dziewczynek :-)

Za lalkami w dzieciństwie nie przepadałam. Zdecydowanie wolałam pluszowe miśki. I książeczki o niedźwiadkach zamiast baśni o księżniczkach. No, z jednym wyjątkiem. Jedną z ulubionych bajek mojego dzieciństwa była ‘Apolejka i jej osiołek’ Marii Kruger z cudownymi ilustracjami Zdzisława Witwickiego. Ale chyba przez tego osiołka lubiłam tę książkę ;-) Osiołka, w którego zamienił się książę… Pamiętacie tę bajkę?


A jeśli chodzi o przepis na owsiane ciasteczka bez jaj, mleka i masła, to podaję (wyszperany gdzieś w sieci z licznymi modyfikacjami).

400 g płatków owsianych (mogą być mieszane: owsiane, pszenne, 4 zboża, etc.)
1/2 szklanki mąki razowej lub otrębów
1/3 szklanki oleju roślinnego
1/3 szklanki ziaren słonecznika (mogą być ziarna dyni albo kokos)
plus
mała paczka rodzynek
kilka suszonych daktyli
parę suszonych fig
garść suszonych moreli - takich bio, ciemnych, brzydkich ;-)
(opcjonalnie można dodać rozgniecionego banana)

Rodzynki i suszone owoce zalewam gorącą wodą, odstawiam na chwilę aż zmiękną i napęcznieją, po czym miksuję.
Tę owocową papkę mieszam z płatkami, mąką, olejem i ziarnami.
W razie konieczności dolewam wody, oleju albo dosypuję mąki.
Masa musi mieć odpowiednią konsystencję, żeby uformować z niej płaskie placuszki.
Piekę kilka minut (aż się ładnie przyrumienią).

Nie są to najsmaczniejsze ciasteczka owsiane (zazwyczaj piekę zupełnie inne), jednak z konieczności sięgnęłam po ten przepis. Są zdrowe. I pyszne. I naprawdę znikają prędko ;-)

Częstujcie się!

czwartek, 20 stycznia 2011




Przeplatanki. Nawijanki. Młotek i przebijak. Dziurawy ser szwajcarski – i drewniany mysz na sznurku ;-) M. radzi sobie z nimi znakomicie… Coraz lepiej. Każdego dnia.
Układanki. Małe drewniane puzzle.
Piramidy z klocków.
Wytrwale. W skupieniu. Z zapałem.

Brawo, Synku!!!

***

Ta zieleń wydała mi się tutaj mocno nieadekwatna wobec bieli za oknem…
Bo sypnęło w nocy :-)
Bezlistne gałęzie pod zimowym cukrem-pudrem…
Niestety pochmurno…
Ale może i to się zmieni?

No to do zobaczenia!
Do poniedziałku :-)

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Fred Astaire i inne prezenty od Świętego Mikołaja :-)

No i nie zawiódł Święty Mikołaj…
Dotarł do nas bladym świtem i przyniósł dla M. pozytywkę!

M. zachwycony.
Kiedy wstał raniutko, wisiała już nad Jego łóżeczkiem.
Od razu zauważył!
Zajęła miejsce tuż obok pozytywki-przytulanki. Tej z misiem łakomczuchem :-)
Pozytywka – niespodzianka.
I to podwójna!
Bo nie wiedział o niej również Tatuś M. :-)



Do pozytywek mamy wielką słabość.
Moja ukochana to okrągła, drewniana, mocno Bożonarodzeniowa. Ma wiele, wiele lat i dostałam ją na którąś Gwiazdkę od mojej Cioci… Gra przepiękną Wiegenlied Mozarta. Może zagra i tutaj na przykład w noc wigilijną...
Wisi nad naszym łóżkiem.

Kolejna pojawiła się dopiero, kiedy czekaliśmy na M.
Mały niedźwiadek. I cudowna kołysanka La Le Lu.
Pamiętam, że przykładaliśmy ją do mojego coraz to większego brzucha, żeby i M. posłuchał.
La Le Lu.
Potem pojawił się pewien Kot. Z zabawnym, malinowym pyszczkiem.
Pierwsza pozytywka M.
W dodatku migocząca kolorowymi diodami zamontowanymi w kocim brzuchu (wygląda to tak, jakby kocur połknął kilka robaczków świętojańskich!). To była pierwsza ukochana przytulanka M. I też grała La Le Lu.
Potem jeszcze pojawiła się grająca Brahmsa ośmiornica, następnie mięciutki zajączek z Ah! Vous dirai-je maman, czyli z francuską wersją mozartowskich Kurek Trzech :-)


Ale zdecydowanie największą miłością cieszą się te grające cuda znad łóżeczka.
Nasz rytuał dobranocny.
Któregoś razu zapomnieliśmy o pozytywce, jadąc do mojej Mamy.
Ponieważ w Domu został Tatuś, codziennie wieczorem przykładał grającego Kota do słuchawki, którą kładłam na stoliku przy łóżeczku M. kiedy zasypiał…
Szaleństwo ;-)

Ale w Mikołajowym worku znalazły się i inne prezenty.
Między innymi autobus.
Duży i żółty.
Ucieszył M. bardzo!

Za chwilę M. obudzi się z drzemki i wtedy pójdziemy z Mikołajowymi prezentami dla kaczek nad pobliski, zamarznięty staw.
Myślę, że się ucieszą z kilku bułeczek ;-)

No i piosenka.
Z kalendarza adwentowego :-)
Może coś takiego?
Wraz z kawałkiem animacji.
Dla tych wszystkich, którzy tak jak ja nadal wierzą w Świętego Mikołaja :-)

Dobrego dnia!