Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 stycznia 2012




No to zgodnie z obietnicą - literacki stosik z nocnej szafki.
Żeby było jasne - nie wszystkie z nich pożarłam ;-) Niektóre czekają jeszcze na swój dzień, haha, a raczej noc ;-)
Zatem po kolei (od góry):

Tony Judt Pensjonat pamięci - tę akurat porwałam ze stosika Tatusia M. :-) Bo on jest wielkim miłośnikiem Tony'ego Judta. Ja - przyznam szczerze - niczego z tytułów 'poważniejszych' Judta nie czytałam. Za to 'Pensjonat...' ma zupełnie inny ciężar literacki. Uwielbiam ten gatunek pióra :-) Trochę przywodzący na myśl 'W ogóle i w szczególe' Anny Fadiman - zbiór esejów 'poufałych' - ładne to i celne określenie. Tony Judt zmarł dwa lata temu. Odszedł w pełni sił twórczych. Od lat zmagał się z chorobą Lou Gehriga i książka ta - po części - jest również opowieścią o jego walce z nieuchronnym. Ale nie tylko...

Zeruya Shalev Po rozstaniu - dawno temu czytałam 'Męża i żonę', więc mniej więcej wiem, czego się spodziewać po tym tytule... I trochę się w związku z tym boję... Na razie się przymierzam i coś ostatnio spada i spada ten tytuł w kolejce...

Agata Tuszyńska Oskarżona Wiera Gran - nie muszę chyba szczególnie zachęcać d tej lektury. Bardzo, bardzo cenię Agatę Tuszyńską - biografie jej pióra są absolutnie doskonałe! Choć dla mnie i tak najważniejszym tytułem Tuszyńskiej pozostaje 'Rodzinna historia lęku'. No i 'Singer'.

Julian Barnes Puls - nawet mi się zdaje, że już wspominałam o tej książce Barnesa. JB jest moim całkiem niedawnym odkryciem. Zmierzyłam się już z 'Nie ma się czego bać', 'Arthurem i Georgem' i z 'Papugą Flauberta'. A tu mi zalegają dwa opowiadania jeszcze ;-) Dwa ostatnie.

Hanna Krall Co się stało z nasza bajką - ten tytuł chyba nie potrzebuje żadnej rekomendacji.

Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller Guamardżos!  A ta książka to chyba z miłości do kuchni gruzińskiej, którą - za sprawą mojej Przyjaciółki - niedawno odkryłam. I którą się zachwyciłam. Tylu pomysłów na zagospodarowanie orzechów włoskich w żadnej kuchni nie widziałam :-) W dodatku tak zaskakujących! Ale to nie jest tytuł kulinarny, choć o kuchni tam sporo. Nie jest to też klasyczny reportaż z podróży. Ale czyta się przyjemnie :-) a że Gruzja to dla mnie terra incognita - z tym większą pasją książkę chłonę. Poza tym bardzo lubię pióro Anny Dziewit.
Dziewit-Meller od jakiegoś czasu :-)

Tadeusz Konwicki / Przemysław Kaniecki W pośpiechu  - też mi się zdaje, że już o tej książce tu pisałam. Nie taguję postów i trudno mi odszukać ten wpis ;-) W każdym razie czytam te książkę po plasterku... W dawkach wręcz homeopatycznych ;-) Lektura bardzo, bardzo ważna... I wymagająca. Myślę nawet, że obowiązkowa. Więc koniecznie!

Ian McEwan Na plaży Chesil - a to z półki Delie :-) Uwielbiam McEwana i poza 'Plażą Chesil' zostało mi ledwie parę tytułów (z tych przełożonych na PL) do przeczytania. Sama nie wiem, który zrobił na mnie największe wrażenie. Czasem myślę, że 'Sobota'. Ale to chyba dlatego, że czytałam w bardzo szczególnym momencie i jakoś mnie mocno wtedy dotkneła ta lektura. Za chwilę zabiorę się za 'Solar' - ponoć gwarantuje liczne, niekontrolowane reakcje ;-)

Kazuo Ishiguro Kiedy byliśmy sierotami - kolejne moje podejście do tego autora. Trochę mi się 'rwie' ta książka momentami, ale czytam z rozkoszą, a lektura pochłania dogłębnie.

Umknęła mi ze zdjęcia Alice Munro :-(
Więc jeszcze dodam ten tytuł: Kocha, lubi, szanuje.
Ech, inni recenzuję lepiej, więc pozwolę sobie zamieścić poniżej fragment recenzji autorstwa Juliusza Kurkiewicza z grudniowego numeru DF:

Choć nie znam nikogo, kto raz przeczytawszy książkę Alice Munro, nie czułby przymusu, by sięgnąć po kolejną, nie jest łatwo wyjaśnić fenomen jej twórczości. Czy jest pisarką zaangażowaną, jak jej największa rywalka Margaret Atwood? Tak, bo kibicując swym bohaterkom, w nieskończenie wielu wariantach opowiada wciąż tę samą historię emancypacyjną o kobiecie, która chce, dosłownie i w przenośni, uciec z prowincji do metropolii. Prowincja to zamknięty, wciąż klasowo wyrazisty świat kanadyjskich miasteczek Ontario (miejsce urodzin autorki), gdzie należy się liczyć z opinią rodziny i sąsiadów. Metropolia to najczęściej Vancouver, gdzie nikt nie pyta, jak żyjesz i skąd przychodzisz. Akcja większości opowiadań Munro - również tych z tomu "Kocha, lubi, szanuje" (Dwie Siostry, przeł. Jadwiga Jędryas, Tina Oziewicz) - rozgrywa się w latach 60. i 70., czyli w czasie rewolucji obyczajowej i feministycznej. Choć Munro nie mówi o tym wprost, jej bohaterowie żyją jednak rozdarci między dawnym światem patriarchalno-religijnym a nowym światem post-religijnym. W jednym z opowiadań konflikt ten przybiera namacalną formę: nauczyciel ateista zostaje zmuszony do odejścia ze szkoły, bo odmawia omawiania biblijnej koncepcji stworzenia jako alternatywnej do nauk Darwina.

Ale Munro nie jest utopistką. Pyta, na jakich zasadach odbywa się emancypacja i jaką cenę trzeba za nią zapłacić. Szansą emancypacji dla jej bohaterek jest małżeństwo z mężczyzną o wyższym społecznym statusie, a to kończy się zerwaniem więzi z własną przeszłością i zamknięciem w złotej klatce, czyli innym rodzajem zniewolenia. Jedna z bohaterek poślubia profesora matematyki i z góry patrzy na przyjeżdżającą do niej w odwiedziny z rodzinnych stron zahukaną kuzynkę, ale to ta ostatnia, zrządzeniem losu, osiągnie prawdziwe szczęście. Inna, już po rozwodzie, pozostawiwszy córki mężowi, mieszka samotnie, odczuwając radość z wolności pomieszaną ze smutkiem. Kolejna odreagowuje rutynę małżeńskiej codzienności, rzucając się w romans, ale choć jest gotowa porzucić męża, kochanek daje do zrozumienia, że to była tylko jednonocna przygoda. Pisarka nie karze bohaterek za ich aspiracje. Jest zbyt uważną obserwatorką uczuć, by popadać w stereotypy. Składa dyskretny ukłon przed mistrzami tradycji realistycznej (jedna z bohaterek utożsamia się z Anną Siergiejewną z "Ojców i dzieci" Turgieniewa) i chce, tak jak oni, opowiadać o cierpieniu, które jest nieodłączną częścią życia. Jonathan Franzen, wybitny realistyczny pisarz amerykański, składając Munro hołd w "New York Timesie", napisał, że w jej "pisarstwie chodzi przede wszystkim o samą przyjemność opowiadania". Bo pisarka jest mistrzynią narracji, współczesną Szeherezadą. Jej bohaterowie wciąż okazują się kimś innym, niż się nam wydawało. Dlatego jej opowieści o zwykłych sprawach zwykłych ludzi osiągają suspens thrillera.


Uwielbiam Alice Munro!

No to do jutra!

PS Ach, no i widziałam 'Szpiega'. i 'Rozstanie'. Ale o tym może innym razem, OK?

niedziela, 4 grudnia 2011

4/24 * I coś o książkach! [update]


Uff... Już się obawiałam, że nie zdążę przed północą... Ale jednak chyba się uda :-)
Długi to był dzień - przedpołudnie jeszcze z Babcią, potem krótka wizyta u drugiej, chwilę później w naszym Domu odbył się niemalże bal sylwestrowy :-) Z pieczeniem pierników, malowaniem lampionów i kolędami na pianinie w wykonaniu pewnego pięciolatka! Były i tańce, i śpiewy, i szalone gonitwy po mieszkaniu oraz rozsypywanie mąki po całej kuchni ;-) A potem gaszenie wszystkich świateł i zbiorowe achy i ochy na widok zapalonych lampionów :-) I z nimi wyścigi! Szczęśliwie obyło się bez wizyty straży pożarnej ;-)

No nic, to teraz może w końcu na temat ;-)

Zwlekałam z tym książkowym wpisem... Nie miałam najwyraźniej pomysłu.*  
I - co tu dużo mówić - jakoś mniej ostatnio czytam...
Więc będzie odrobinę inaczej. Coś zamiast stosika literackich olśnień i nowości.
Inaczej, bo o literaturze na zimę. I o zimie (oraz Świętach Bożego Narodzenia) w literaturze.
Podobnie jak z muzyką - bo w naszym Domu słucha się zupełnie innych płyt latem, innych zimą - tak samo z książkami - w grudniu szukamy w nich czegoś innego niż w połowie lipca. Przynajmniej ja ;-)
Tak jak w upalne popołudnia dobrze smakuje mi na przykład Omara Portuondo albo Nadżib Mahfuz, tak zimą sięgamy po całkiem inne nutki i literki...

Zatem o książkach na zimę :-)
Na jedną z tych najważniejszych trafiłam przypadkiem... Wydaje mi się, że kupiłam ją w moim ulubionym Odeonie przy Hożej, bo pierwsze rozdziały nieodmiennie kojarzą mi się z tramwajami i zaśnieżoną Marszałkowską ;-) Tam rozpoczęłam lekturę... Często wracam do tej książki. Do fragmentów... 'Oratorium na Boże Narodzenie' Görana Tunströma. To chyba mój najważniejszy ze wszystkich zimowych tytułów... Długo by opowiadać o tej książce... Niezwykła jest, bo tak pięknie się w niej plotą wątki literackie i muzyczne. Czyli coś bardzo dla mnie :-)
Ale pójdźmy dalej.

Muminki :-)
I Karen Blixen 'Zimowe opowieści'. Wspaniałości. Bardzo lubię Blixen, tak w ogóle...
David Guterson 'Cedry pod śniegiem' - czytałam już jakiś czas temu. Pamiętam, że zrobiła na mnie duże wrażenie.
Kilka tytułów Agathy Ch. :-) W Święta zawsze po którąś Agathę sięgam - to taki mój rytuał okołochoinkowy :-)
Co jeszcze...
'Dzieci z Bullerbyn' oczywiście! Opis zimy i świątecznej atmosfery w Bullerbyn ukształtował moje wyobrażenie Świąt idealnych (ex aequo z teledyskiem Last Christmas, hahaha!).
Czechow, Puszkin, Dostojewski... Że nie wspomnę o Sołżenicynie...
'Czarodziejska góra' Manna. Naturalnie... Ech, nasz pies, szczenięciem będąc, pożarł nam pierwsze polskie wydanie CzG :-((( Z Prababcinej biblioteczki... Na szczęście tylko pierwszy tom!
Brodskiego 'Wiersze Bożonarodzeniowe' - och, jak bardzo przygnębiająca to lektura. Choć jednocześnie piękna...
Któryś Murakami. Teraz nie mogę sobie przypomnieć który... 'Koniec świata...' chyba?
I 'Chatka Puchatka' ofkors :-) Właśnie 'przerabiamy' ;-)

Niezła mieszanka, co?

Małgorzaty Musierowicz 'Opium w rosole'. I 'Noelka'. Lubicie MM? Ja uwielbiałam... I chyba wciąż uwielbiam! Lektura idealna na BN :-) Zresztą niedawno ukazał się nawet taki specjalny świąteczny tomik 'Musierowicz na Gwiazdkę' - pełen świątecznych fragmentów z książek MM.
No i nie oddalając się zbytnio - Barańczaka 'Podróż zimowa'. Wspaniały jest ten tomik...
I jeszcze 'Kot Prot' w jego (St.B.) genialnym przekładzie! Ta część o odśnieżaniu ;-) Czciła Dr. Seussa moja pani profesor z angielskiego w LO - stąd też mój sentyment.
No dobra, to jeszcze 'Śnieg' Orhana Pamuka :-) Pamiętam, że po lekturze zamarzył mi się Stambuł zimową porą właśnie... Bo taki w wersji +45 st. C poznałam i trochę dziękuję ;-)
I taki jeszcze japoński drobiazg - 'Płatek śniegu' - Maxence Fermine. Ktoś mi tę książkę pożyczył, pamiętam... Przyjemna... I kolejny japoński tytuł - bardzo mnie zawsze intrygowała okładka tej książki - 'Kraina śniegu' Kawabata Yasunari. Czytałam ją bodaj w liceum i dziwna dosyć to była lektura ;-)
I dużo jest śniegu w tomie 'Haiku' - w cudownym przekładzie Czesława Miłosza.
Ach, no i Dickens oczywiście! Z 'Wigilijną opowieścią' na czele!
I Andersen!
Szalałam w dzieciństwie za 'Królową śniegu' - jej lekturze towarzyszyły potężne emocje, pamiętam. I czytano mi ją z tego wydania 'Baśni' z ilustracją Szancera na okładce - z Królową Śniegu właśnie.
A przy 'Dziewczynce z zapałkami' płaczę do dziś...

Josteina Gaardera 'Tajemnica Bożego Narodzenia' - w zeszłe Święta podczytywałam egzemplarz pożyczony od Delie :-) No i potem wyszperałam w sieci jeden na własność.
Co jeszcze? 'Nigella for Christmas' :-) Do poczytania, niekoniecznie nawet celem inspiracji kulinarnych... Choć ja akurat z paru przepisów skorzystałam :-)

Poza tym Jamesa Saltera 'Lata świetlne' - z jedną zaledwie sceną okołoświąteczną... Mam potężny sentyment do tej książki - kiedyś tu nawet o niej pisałam.
I Agnety Pleijel (tej od 'Lorda Nevermore') 'Zima w Sztokholmie'.  Nie pamiętam jej zbyt dobrze, ale tytuł nie pozostawia wątpliwości, że o śniegu będzie mowa ;-)
I jeszcze cudowne, cudowne opowiadanie Pawła Huelle z tomu 'Opowieści chłodnego morza' - opowiadanie nosi tytuł 'Franz Carl Weber'. Wspaniałe jest! Długo jeszcze żyło we mnie po lekturze!
Tytuły dla dzieci pominę - wszystkie godne polecenia książeczki znajdziecie np. tutaj, tutaj lub na kilku zaprzyjaźnionych blogach. Ja tylko wspomnę o kilku dla mnie (i dla M.) najważniejszych... Dlaczego najważniejszych - napiszę za jakiś czas... To Zimowe popołudnie oraz Aksamitny Królik.

Ach, i jeszcze może polecę Wam takie coś: z dużym rozdziałem poświęconym celebrowaniu BN. Zresztą cała seria godna jest uwagi! W dodatku przepięknie wydana... Mamy wiele z niej tytułów! Uwielbiam :oraz . Obydwie są zachwycające!!!

 Uff, to może na dziś wystarczy już o tych książkach, co?


A na zdjęciu pozycja wysoce obowiązkowa - wydana pięknie przez Dwie Siostry i zilustrowana przez Mistrza Wilkonia. Kto się pospieszy z zakupem, może zdąży jeszcze zamówić przed Gwiazdką!


A zaraz po Gwiazdce obiecuję tradycyjny stosik z aktualnościami. Pewnie trochę tytułów po Świętach przybędzie! Taką mam przynajmniej nadzieję, Święty Mikołaju :-) Tylko nie zapomnij też o tych innych, nieksiążkowych prezentach ;-)


Uff, napracowałam się...

A może Wam przychodzą do głowy jakieś jeszcze inne zimowe tytuły? Co lubicie w ogóle czytać w Święta? Do czego wracacie? Ja się jeszcze tylko przyznam, że kocham, ubóstwiam wręcz, wszystkie te świąteczne, podwójne wydania tygodników :-) Kubek kawy z kardamonem, kawałek sernika, wełniane skarpety, koc...
Komu, Dziecko, komu? Odstąpię na dwa popołudnia ;-) i poczytam sobie z przyjemnością (i w spokoju, hehe!)

*) A pomysł trochę zaczerpnięty z zeszłorocznego wpisu Kemotki... Tego o filmach pod choinkę :-)



Bym z tego wszystkiego zapomniała!
Mojego kalendarza adwentowego odsłona czwarta! Ze specjalną, urodzinową dedykacją :-)


Ech, no ten śnieg to musicie sobie jakoś wyobrazić... Za moim oknem deszczowo, niestety...

Update: Zapomniałam o mistrzu Jeremim Przyborze!!! Jak mogłam? Kiedyś pod choinką mnie ucieszył zbiorek 'Piosenki prawie wszystkie'. Kocham zimę Pana Jeremiego! Jego 'Na całej połaci śnieg' albo 'W zimowym parku' na przykład. No, mistrzostwo! Więc nie sposób pominąć!

wtorek, 8 marca 2011

Jeszcze do wczorajszego... I piosenka.

Teraz widzę. Że zjadło mi wczoraj kawałek tekstu. Puentę ;-)

Bo najbardziej mnie rozbawił Tatuś M,. kiedy przejęta czytałam Mu fragmenty obydwu felietonów Vargi.
- Hmm, największy problem to będą miały służby wywiadowcze jak już znikną papierowe wydania gazet – mówi.
- Służby wywiadowcze?
- No a za czym będą się chować szpiedzy na parkowych ławkach? Za tabletem? E-bookiem? Ipadem?

;-)

No tak, będzie im ciężko…

***

Oj, miałam wczoraj trudny dzień.
I trudnych będzie kilka następnych.

Dziś Dzień Kobiet :-) Zatem najlepszego - wszystkim!

I piosenka. Chyba bardzo adekwatna :-)
Zamiast kwiatka.


poniedziałek, 7 marca 2011

O czytaniu...



Zatem o książkach.
I o czytaniu.
O literkach. I o papierze.
Trochę inaczej, bo dziś głównie cytuję... Ale lepiej bym tego wszystkiego nie ujęła ;-)
W ostatnim DF felieton K. Vargi – garść uwag po lekturze tej książki
Ja lekturę Pouleta będę ze strachu odkładać i odkładać… Dobrze wiem, czego się po niej spodziewać. Zresztą pamiętam, że głośno już o niej było kiedy ukazała się we Francji.
Bo dla książek pożeraczy, pochłaniaczy, dla miłośników książki papierowej, tradycyjnej – podobna lektura jest torturą…

Zatem najpierw coś dla pokrzepienia. Od Umberto Eco.
Pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment z felietonu Krzysztofa Vargi, który to ukazał się w DF we wrześniu 2010 (po lekturze tego tytułu z kolei) oraz większą część tego, który ukazał się w numerze niedawnym.

Przeczytajcie. Warto. Ja się obiema rękami podpisuję pod każdym słowem KV :-)
Już od dawna słyszę, że książki się kończą, że za chwilę nie będzie książek papierowych, będą tylko e-booki czytane na tabletach, a tymczasem książki wciąż są i jest ich coraz więcej. Oczywiste jest, że mamy do czynienia z kryzysem czytelnictwa, z pewnością jednak nie mamy do czynienia z kryzysem wydawania książek. Im mniej książek ludzie czytają, tym więcej ich się wydaje - niebrzydki paradoks.

Bo drukowane książki są jak Belgia- od kiedy pamiętam, Belgia nieustannie się rozpada, od kiedy nauczyłem się czytać, książki nieodwołalnie wymierały, tymczasem Belgia trwa uparcie i trwają też książki. A co się stało, dajmy na to, z dyskietką? Gdzie jest kaseta VHS? A kaseta magnetofonowa? Wszystkie te rewolucyjne wynalazki po krótkim, choć burzliwym życiu znalazły się na śmietniku historii myśli ludzkiej. Drukowana książka trwa od ponad 550 lat. Kto pamięta - oprócz maniaków oczywiście - nazwisko wynalazcy kasety magnetofonowej? Każdy zaś - prócz milionów zatwardziałych analfabetów, ma się rozumieć - pamięta doskonale nazwisko faceta, który wypuścił pierwszą drukowaną książkę, w tamtych czasach dość duży bestseller swoją drogą. Bo doskonałość książki, powiadają Carierre i Eco, polega na tym, że nic lepszego wymyślić się nie da, nic doskonalszego służącego do czytania, oczywiście. Książka jest bowiem jak koło - lepszego koła, jeśli chodzi o kształt, wymyślić się nie da. A bez koła żyć nie potrafimy, tak jak bez pisma i książek.

Właściwie to jedyny, choć monstrualny problem z książkami polega na tym, że jest ich zdecydowanie za dużo. Żyjemy w zdumiewającym świecie, w którym co prawda wszyscy odwracają się od tradycyjnych drukowanych książek, a jednocześnie książek wciąż przybywa. W średniowieczu, jak podaje Eco, wybitnie zaopatrzona biblioteka składała się maksymalnie z czterystu woluminów. Dziś to jest śmieszna liczba, pokażcie mi bibliotekę, która ma czterysta książek, tyle to ja powinienem usunąć z mieszkania, bo nie mam miejsca na nowe. Ale o ile średniowiecznemu mądrali wystarczało przeczytać te czterysta ksiąg, żeby być największym erudytą w królestwie, dziś przeczytanie choćby czterech tysięcy książek nie załatwia sprawy. (…)Tylko tyle, że dziś po prostu nie można być erudytą, nie ma na to szans. Można być erudytą w wąskiej dziedzinie, erudytą w ogóle - nie sposób. O ile kiedyś całego życia wystarczyło na to, by przeczytać wszystkie istniejące na świecie książki, i to po kilkakroć, jeśli się miało szczęście nie zostać ofiarą czarnej ospy, to dziś, nawet gdybyśmy odżywiali się wyłącznie rybami gotowanymi na parze i warzywami, nie pili, nie palili i uprawiali jogging dla zdrowia - nijak nie zdążymy przeczytać nawet setnej części książek, jakie napisano. Mam tu na myśli jedynie książki, które warto przeczytać, nie liczę tych niewartych lektury.


I ja, rozkoszując się książką przekonującą, że książki nie znikną, mam jednocześnie dojmująca świadomość, że coraz szybciej znika czas, który powinien być nam dany na te lektury. Im bardziej książek przybywa, tym szybciej życia ubywa, jakoś mi się ta zależność nie podoba.


Oto moje wstrząsające wyznanie: kocham papier. Jego fakturę, zapach, zarówno ten świeżego druku, książki, która dopiero co trafiła na księgarską półkę, a stamtąd na moją, domową, jak i lekką woń pleśni ze starego tomu o pożółkłych stronach, znalezionego w antykwariacie czy u warszawskich bukinistów na placu Wilsona, gdzie już samo powietrze nie wpływa pozytywnie na układ oddechowy. Lubię też zapach świeżej gazety przyniesionej z kiosku i rozkładanej uważnie na stole, gdy zabieram się do śniadania. Uwielbiam przewracać ostrożnie strony powieści i płachty dzienników oraz strony tygodników. Robię to uważnie, by przypadkiem nie przedrzeć kartki, właściwie to sam temat artykułu lub komentarza w pewnym momencie wydaje mi się sprawą drugorzędną, sprawą pierwszorzędną jest bowiem kontakt z papierem i wydrukowanymi na nim literami.

Kocham papier tak jak kocham płyty w pudełkach, a nie pliki mp3, jak kocham filmy DVD w ładnie wydanych boksach, a nie ściągnięte z sieci. Kocham papier i nie umiem bez niego żyć, tak jak nie umiem czytać dłuższych tekstów w internecie. Newsy, komentarz, felieton, owszem, fora dyskusyjne, czemu nie, ale coś dłuższego, recenzję, artykuł, esej nie daj Boże? Nie da rady, tu sieć nie ma szans, musi być papier.
Kiedy myślę o mojej miłości do papieru, to jest to jedyny moment, gdy cieszę się, że mam już tyle lat, ile mam, i że przyszło mi spędzać dzieciństwo na początku lat 80. bez kablówki i internetu, za to z dobrze zaopatrzoną biblioteką, moim prawdziwym darkroomem, w którym doznawałem perwersyjnych rozkoszy pośród regałów wypełnionych tomami obłożonymi w szary gruby papier.

Być może to, co napisałem powyżej, to jest ryk zdychającego mamuta, to jest charkot padającego dinozaura, ale ja bez czytania zadrukowanego papieru nie funkcjonuję. Owszem, wiele głupot i bredni dzięki temu w życiu przeczytałem, tysiące godzin zmitrężyłem na nieistotne lektury, ale gdybym nie zmitrężył ich w ten sposób, z pewnością zmarnowałbym je w inny, być może jeszcze bardziej jałowy i szkodliwy. Człowiek musi co jakiś czas zmarnować trochę czasu na głupoty, dzięki późniejszej refleksji, że oto przechlapał pół dnia na bzdury, wyostrzają mu się myśli na temat sensu, względnie raczej bezsensu jego życia.


Piszę to wszystko nie po to, by epatować swoimi niszowym potrzebami, ale dlatego, że przeczytałem właśnie najbardziej ponurą książkę, jaką miałem w rękach w ciągu ostatnich kilku miesięcy. I nie jest to bynajmniej horror, thriller, czarny kryminał ani Franz Kafka, jest to książka napisana przez Francuza o nazwisku Bernard Poulet i nosząca mrożący krew w żyłach tytuł "Śmierć gazet i przyszłość informacji".

Poulet zajmuje się tematem schyłku prasy drukowanej, przenoszeniem się świata informacji i komentarzy do internetu, daje drastyczne przykłady z Francji, Wielkiej Brytanii i Ameryki, gdzie nawet zasłużone tytuły z długoletnią tradycją cienko śpiewają, o ile nie zeszły już ze świata, przywołuje legendarne gazety, które tną brutalnie koszta, żeby przetrwać, i te, które nie przetrwały bądź wegetują jedynie w sieci, podaje niknące procenty i malejące liczby sprzedanych egzemplarzy, ujawnia prawdziwą grozę, że na miejsce jednego zmarłego czytelnika gazet nie przychodzi żaden nowy, że za niedługo gazety będą już tylko dla ludzi starych, a kiedy ci zejdą z tego świata, prasa pójdzie za nimi. A wreszcie zadaje fundamentalne pytanie: czy możliwa w ogóle jest demokracja bez gazet?

Wydawałoby się, że sieć jest tu najlepszym wytłumaczeniem, sieć czy szerzej media elektroniczne, zasypujące nas tonami świeżych, jędrnych informacji, które wszak dopiero następnego dnia mogłyby się znaleźć na szpaltach gazet - następnego dnia, a więc tak jakby ukazały się za sto lat. Poulet akcentuje jednak rzecz kluczową, jak mi się wydaje, to mianowicie, że tak naprawdę informacji w sieci jest coraz mniej, prawdziwych doniosłych informacji, a nie z jelita grubego wyciągniętych od czapy newsów. Błędne koło sieci polega na tym, że im więcej badziewnych informacji, które mają przyciągnąć i zmusić do klikania użytkowników sieci, tym mniej ich one interesują, z nadmiaru rodzi się przesyt i znużenie, młodzi użytkownicy sieci coraz głębiej mają wszelkie informacje, ponieważ rzeczywistość społeczna i polityczna coraz mniej ich interesuje, świat przyszłości może być nie tylko światem bez gazet, bez analiz i opinii, ale światem bez informacji w ogóle. I to może być prawdziwy koniec demokracji, koniec ery nowożytnej, powiada Poulet.

Stanie się tak, ponieważ ludzkość zmierza nie tylko ku temu, żeby przestać kupować i czytać gazety, ale żeby przestać czytać w ogóle, przestać czytać cokolwiek, nie tylko w Polsce, o ile to nas może pocieszyć. Nie tylko Polacy bowiem już niczego nie czytają, choć trzeba Polakom przyznać, że nie czytają jeszcze bardziej niż inni, nie czytają intensywnie i z pełną determinacją, można powiedzieć, że w tej dyscyplinie jesteśmy w awangardzie światowego postępu. Odwrót od czytania papieru jest trendem masowym, ogólnoświatowym i wygląda na to, że ludzkość świetnie się z tym czuje, dryfując powoli i beztrosko ku spektakularnej zapaści cywilizacyjnej. U Pouleta znalazłem najbardziej przerażające zdanie, na jakie natknąłem się w ostatnich miesiącach, jak nie latach, jest to zdanie wypowiedziane przez Steve'a Jobsa, jak sądzę zadowolonego z siebie założyciela Apple'a, który powiedział, że nie ma co w ogóle zawracać sobie głowy nawet e-bookami czy elektronicznymi czytnikami książek, bo "niebawem nikt już nie będzie czytał, ani książek, ani gazet".

"Niebawem" jest mało precyzyjne, moment, gdy ostatni czytelnik gazety wraz z ostatnim czytelnikiem książek opuszczą ten świat, nie jest jeszcze określony, ale zbliża się jak wielka asteroida.

Ja wiem, że będę czytał do końca, i to czytał na papierze, nie spodziewam się bowiem aż tak długiego życia, żebym przeżył ostatnią gazetę i ostatnią książkę. Bo gdybym już w małolactwie nie pokochał papieru, grubego i o niejednorodnej fakturze, o makulaturowej proweniencji, na którym drukowano powieści, które rozświetlały mi drogę przez szare dni peerelowskiego dzieciństwa, dziś bym nie umiał sklecić ani jednego zdania tego felietonu, a i z werbalizacją myśli nie byłoby najlepiej, być może zresztą i tak nie byłoby czego werbalizować, ponieważ moją głowę wypełniałaby rozkoszna bezbrzeżna pustka. Naturalnie czytałem, bo nic lepszego do roboty nie było, książki były jedynym wyjściem awaryjnym z rzeczywistości w tamtych czasach, jak będzie wyglądało wyjście awaryjne z rzeczywistości nadchodzącej - nie mam pojęcia, być może nie będzie żadnego. Na razie trzyma mnie w pionie to, że o końcu świata gazet i książek czytam w gazetach i książkach. 
 
Bardzo gorąco Was zachęcam do lektury obu tych książek. W ogóle do lektury ;-)

A najbardziej mnie rozbawił Tatuś M. kiedy wczoraj, przejęta, czytałam Mu fragmenty obydwu felietonów K.Vargi.
– Hmm, największy problem będą miały służby wywiadowcze jak już znikną papierowe wydania gazet.
- Służby wywiadowcze????
- No, a za czym wówczas będą się chować szpiedzy na parkowych ławkach? Albo w kawiarnianych ogródkach? Za tabletami? E-bookami? Ipadem?

No tak… Będzie ciężko…

***

Oj, miałam dziś trudny dzień.
Zatem dobranoc.





piątek, 25 lutego 2011

Po prawej z nocnego stolika (zakolejkowane), po lewej z parapetu. Szczególnej uwadze polecam (z tych po lewej) Kiran Desai - choć zdaje się, że wszystkie jej wydane w PL tytuły są już niedostępne - nakład wyczerpany! - oraz Dina Buzzati'ego - tom niezwykłych opowiadań (Bu, ogromne dzięki - muuusimy się w końcu spotkać - mam je do zwrotu!). Ten Ishiguro z kolei mnie rozczarował i - przyznaję bez bicia - nie dobrnęłam nawet do połowy. Odłożyłam lekturę w trakcie - co czynię niezmiernie rzadko... Samego Ishiguro bardzo cenię (ktoś może czytał 'Nie opuszczaj mnie'? Film na podstawie tej książki (z Keirą Knigtley między innymi) w kinach w  marcu). Ach, jeszcze odnośnie Buzzatiego - koniecznie przeczytajcie 'Słynny najazd niedźwiedzi na Sycylię' :-) Można czytać dzieciom (troszkę starszym), ale i samemu się pysznie bawić! Rzecz znakomita! I bardzo mądra. Chyba jeszcze można kupić... Chwina czytam 'po kawałku' - przynajmniej jego Dziennik. Teraz czekam na nową powieść zatytułowaną 'Panna Ferbelin' - coś czuję, ze będzie to wielka uczta literacka (fragment usłyszałam już w radiu)... Ze współczesnych polskich pisarzy chyba wskazałabym Chwina właśnie jako ulubionego... A jego 'Dolinę radości' czytałam pod sam koniec ciąży i w pierwszych dniach po urodzeniu M. I te 500 przeszło stron naprawdę niesłychanie cudownej lektury zapamiętam do końca życia. Z wielu powodów!

A w kolejce Kostioukovitch o kuchni włoskiej (już trochę tę książkę liznęłam latem, ale chcę ją skończyć przed wiosną!). Paul Theroux (do którego zachęca mnie bardzo Tatuś M.) - to najwyższej próby literatura podróżnicza - teraz kolejne tytuły P.T. ukazują się nakładem wyd. Czarne - co jeden ciekawszy! Ten akurat o podróży przez Azję. Koleją!), poza tym DeBotton o architekturze (o podróżowaniu po lewej), Nigella na słodko (żadna to nowość - How to Be a Domestic Goddess oraz How to Cook to dwa niewydane dotąd w PL jej tytuły - absolutny basic! Bardzo lubię kartkować je do snu, hihi) i Alice Munro 'Zbyt wiele szczęścia' - jakiś czas temu czytałam jej 'Uciekinierkę' i byłam pod wielkim wrażeniem! Ach, no a na sam koniec (nomen omen) 'Prawdziwy koniec wojny...' czyli zbiór tekstów/opowiadań wielu znakomitych autorów (polskoch i niemieckich - to wydanie dwujęzyczne) dotyczących wojny i przemocy - z autorów polskich O.Tokarczuk, W.Tochman, M. Tulli... Między innymi.

No i jeszcze kawałek słońca. Zachodzącego. Za naszym oknem kuchennym... Niedawno był tu księżyc w paski ;-)


Miłego popołudnia!

***

M. już po szczepieniu. Dzielny mały człowiek z Niego! Jedna ledwie łza przy drugim ukłuciu. No, pękam z dumy :-) Jeszcze tylko jedno szczepienie przed nami, a potem dopiero jak skończy 5 lat (uff...) :-)
Mam wrażenie, że M. stał się ulubieńcem naszej pani doktor ;-) ale może każda mama czuje podobnie w gabinecie tej niezwykle ciepłej pediatry!
Teraz M. śpi, a ja gotuję rosół. Moim sekretem są dwa małe goździki wrzucane do każdej rozgrzewającej zupy! Czyli żaden już to sekret ;-)

PS. Ach, i Zadie Smith też polecam. I Updike'a. I Virginii Woolf książkę niezwykłą, bo to psia biografia jest :-) Bajeczna po prostu!

środa, 23 lutego 2011

O książeczkach mojego dzieciństwa. Tom I :-)

Będąc u Mamy, za każdym razem zaglądam do mojej zaczarowanej biblioteczki.
Na dolnej półce, za kryształową szybką znajdują się moje książeczki dzieciństwa.
Część z nich.
Książek w niej ciągle ubywa, bo przy każdej wizycie kilka tytułów zabieram ze sobą. Dla M.
Postanowiłam sfotografować te, które jeszcze tam zostały…
Niektóre z nich.
Te przeze mnie ogromnie lubiane. Te, do których mam szalony sentyment. Te, które jeszcze pobędą jakiś czas na tamtej półce… Bo tym razem zabrałam ze sobą inne tytuły.
Niektórych książek z dzieciństwa nie mogę znaleźć – prawdopodobnie zostały rozdane…
Nie mogłam przeżałować jednego tytułu szczególnie – 'Bajek Samograjek' Brzechwy, z cudownymi ilustracjami Danuty Imielskiej-Gebethner. Oraz z nutami :-)
Chyba moja najulubieńsza z książeczek (ex equo z Apolejką!)
Szczęśliwie, udało mi się ją znaleźć na półce Tatusia M. :-)
W doskonałym stanie w dodatku – widać nie był to jego ulubiony tytuł w dzieciństwie!
Bo ta moja to w strzępach już była…

 
Zrobimy tak: postaram się wrzucić tu wszystkie moje ukochane tytuły.
Będę to robić na raty…
Na razie 'klasykę-klasykę' zostawiam na później – Andersena, Braci Grimm, Muminki, Astrid Lindgren, Kubusia Puchatka… Te zresztą przywiozłam ze sobą już wiele lat temu.
Dziś wrzucam ledwie cząstkę z tych, które zostały w domowej biblioteczce Mamy.
Tytułów przeróżnych, czytanych przeze mnie w różnym wieku.
Tytułów również mniej znanych – ale może niektóre z nich były i Waszymi ulubionymi? Może ‘Wesołe lato’ Bechlerowej? Może ‘TaśTaś’ Hertza? A może ‘Opowieści starego zegara’ Altay? Ta ostatnia – jedna z najbardziej niezwykłych książeczek dla młodych dam :-)
O dawnym CK Budapeszcie między innymi…

Czekam też na Wasze opowieści o lekturach z dzieciństwa. Ciekawa jestem ile z moich tytułów okaże się Waszymi i na odwrót?

Na samym dole znajduje się cenny kwartet – książeczki z dzieciństwa moich Rodziców. Moje najpiękniejsze pamiątki…

A pod koniec tygodnia obiecuję grzbiety książek z nocnego stolika :-) Tych zakolejkowanych! I grzbiety tych z sypialnianego parapetu (dopiero co przeczytanych) - które jeszcze nie trafiły z powrotem na półkę...
Ech, lubię tu pisać o książkach. I lubię o książkach czytać :-)

Miłej lektury!
I miłego dnia!

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Trochę o muzyce... I filmie. I o ciasteczkach owsianych ;-)



Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, skąd u licha biorą się miłośnicy i bywalcy festiwalu Warszawska Jesień – odpowiedź jest prosta. Wszystko zaczyna się w dziecięcym pokoju ;-)
Nasz M. uparcie sobie życzy na dobranoc małej kakofonii brzmień, mianowicie prosi o włączenie wszystkich  pozytywek. I to na raz! Dodam, że każda odtwarza inną melodię, w innej tonacji i innym tempie… Jest Mozarta Wiegenlied, i Brahms, i kołysanka LaLeLu. I jeszcze coś... Brzmienie, hmm, osobliwe… Ale M. urzeczony, kładzie głowę na poduszce i przy takim akompaniamencie zasypia… I śpi dobrze. Śni podobnie…
Już wiem, gdzie będzie spędzał wrześniowe wieczory za lat kilka… Na Jasnej 5 ;-)

A drążąc ten temat, nie należymy do rodziców, którzy Dziecko skazują na muzykę przeznaczoną dla małych uszu ;-) czyli taką tworzoną specjalnie dla dzieci… Zatem nie znajdzie nikt u nas składanek z piosenkami dla maluchów. No, może kilka… Choć swoją drogą ja kompilacji muzycznych nie znoszę – szczególnie odnosi się to do muzyki klasycznej (to mój bzik – dla mnie album jest pewną ‘całością’ i nie zwykłam go szatkować – z tego też powodu nie cierpię stacji muzycznych grających muzykę klasyczną ‘na kawałki’, wg jakiejś kompletnie dla mnie niepojętej top listy – ale jak mówię, to mój bzik!) - tak na marginesie.
M. słucha muzyki dużo i od samego początku… Nie wiem, czy to dobrze. Oczywiście trochę ciszy w ciągu dnia również staramy się Mu zapewnić, hehe!
Ale dziś mogę już powiedzieć co nieco na temat Jego muzycznych upodobań.
Lubi folk. Zarówno nasz, słowiański – staram się, żeby osłuchał się w tych przecudnych, jakże charakterystycznych brzmieniach - jaki i taki  z najbardziej odległych zakątków świata…   Ponoć właśnie w folklorze odnajduje się to najbardziej podstawowe źródło uwrażliwienia na muzykę. Jako że mózg mam skrojony na modłę słowiańską i dobrze się w tej przestrzeni muzycznej czuję, uważam, że i moje Dziecko powinno znać muzykę regionalną.
Ale oczywiście nie tylko. Mnóstwo więc proponujemy M. tzw. world music. Kołysanki lubi najbardziej afrykańskie, celtyckie i te z Azji (mam wrażenie, że bardzo mu odpowiada skala pentatoniczna – charakterystyczna przecież także dla polskiej muzyki ludowej!).
Poza tym muzyka klasyczna. Z wielu proponowanych tematów, M. najbardziej ukochał sobie Peer Gynta E. Griega (dlaczego mnie to nie dziwi?) oraz Bolero Ravela. Ale również klasyczne wykonania Amerykanina w Paryżu czy Porgy and Bess, czyli Gershwin :-) 
Tzw. miniatur dziecięcych natomiast za bardzo nie lubi. Również Piotrusia i Wilka (to ciekawe) ani Debussy’ego (a wydawało mi się, ze Debussy będzie idealny dla Dziecka!). Słuchamy za to dużo Mozarta oraz muzyki dawnej – i tu nikt nie przebije Jordiego Savalla i jego Hesperionu XXI. 
I M. tańczy przy tych wszystkich dźwiękach! Drobny impuls muzyczny wprawia naszego Syna w ruch!
No i oczywiście brawa! Obowiązkowe jeśli słuchamy koncertów - M. mógłby zostać zawodowym klakierem ;-) Bije brawo z takim zaangażowaniem, że głowa mała ;-)  

No i odkryciem jest Piwnica od Baranami, którą M. zdaje się ubóstwiać. Tatuś M. nie podziela naszego zachwytu, ale ja w ciągu dnia często włączam mój Piwniczny ‘sześciopak’, z którego piosenki znam na pamięć. No i słuchamy i śpiewamy z M. Głośno! Tzn. ja śpiewam, M. słucha ;-)

Natomiast z utworów przeznaczonych dla Dzieci bardzo wszystkim polecam świetną składankę Simply Kids (wiem, że odkryło ją wiele Mam!) – naprawdę bardzo udane wykonania głównie tzw. nursery rhymes (w języku angielskim) - nasze typy w tej chwili to Row Row Row Your Boat oraz London's Burning. Świetna jest ta płyta! Poza tym polecam gorąco całą serię Putumayo Kids (muzyka etniczna w fantastycznych wykonaniach – wydawana przez kultową wytwórnię world music) – M. często zasypiał przy dźwiękach z kołysankowej serii Dreamland.
Pewnym odkryciem jest dla mnie również seria RockaBye Baby, czyli całe kompilacje znanych wszystkim Rodzicom tematów rockowych (sic!), ale w wersji instrumentalnej, idealnej dla maleńkich uszu (brzmienie pozytywki!). Ciekawa rzecz.

Och, mogłabym tu pisać i pisać na ten temat. Ale jak to ktoś ładnie ujął (Frank Zappa?) ‘mówić/pisać o muzyce, to jak tańczyć o architekturze’ – choć znam takich, którzy podjęli by się tej odważnej próby ;-)

Ostatnio M. wyraźnie pod wrażeniem pewnego tematu muzycznego pochodzącego z filmu Requiem dla snu (‘Lux Aeterna’ Chrisa Mansella). Fragment niesłychanie chwytliwy… Mój Syn opracował nawet do niego dość szczególny układ choreograficzny ;-)
Tutaj ten utwór w niezrównanym wykonaniu Kronos Quartet. Bardziej na wieczór. Choć niekoniecznie na dobranoc… Ten utwór niepokoi.

***

Kiedy M. był jeszcze maleńki próbował muzykę zlokalizować. Ogromnie mnie wzruszało, kiedy wyciągał rączkę w kierunku źródła dźwięku. Jakby chciał jej dotknąć... Muzyki...


 ***

Weekend wspaniały. Wyjątkowo długi…
Choć zaczął się niepomyślnie, bo katarem M.
Ale katar szczęśliwie minął (uff…) i wygląda na to, że nie był zapowiedzią groźniejszej infekcji.
Więc były i spacery długie, i sanki. I mili goście. I dużo łakoci… I dobre, wyjątkowo dobre nastroje…
Relacja wkrótce ;-)

I filmowy akcent na sam koniec weekendu. Późnowieczorne kino z Delie. I długi, wspólny spacer z kina do Domu…
‘Czarny łabędź’ – do obejrzenia koniecznie! Duszne, mroczne kino – momentami przywołujące na myśl ‘Pianistkę’ wg prozy Elfride Jedlinek w reż. Michaela Haneke (swoją drogą jednego z moich ulubionych twórców filmowych). I mistrzowska kreacja Natalie Portman (ale o tym już chyba napisano już wszystko w recenzjach!).
Wyszłam z kina cała obolała – obrazami, treścią, grą aktorów (naprawdę brawa!). Obolała, bo przez te niemal dwie godziny trwałam w bezruchu i (niemal) bezdechu…
Doskonałe, porażające kino. Bardzo polecam.

Dzisiejszy temat muzyczny więc bardzo a’propos. Co prawda nie widziałam ‘Requiem dla snu’, ale to się zmieni. Niedługo.
A w temacie łakoci to muszę się pochwalić swoimi owsianymi ciasteczkami. Jak przystało na Mamę małego alergika, sztukę pieczenia ciastek bez mleka, jaj i masła opanowałam do perfekcji ;-) Te były nawet bez cukru!!! I boskie wyszły! Dosłownie - bo śladu już po nich nie ma!

PS A książeczka, nad którą duma M. to 'Mój pierwszy alfabet' z ilustracjami Elżbiety Wasiuczyńskiej... I gdybym tylko z jedną obrazkową książeczką miała się wyprawić z M. na wyspę bezludną, byłaby to właśnie ta. Mało słów, za to miliony opowieści wokół ilustracji. I literki poukrywane w obrazkach... Piękna książka. 'Zaczytana' przez M. na amen ;-)


poniedziałek, 10 stycznia 2011


Taka książka.
Król i morze.
O tym, co król może… Tak naprawdę…

Znakomite, oszczędne ilustracje Wolfa Erlbrucha.
I mnóstwo treści w maleńkich historiach.

Ta moja ulubiona jest o psie.
Pozwolę sobie zacytować. Autorem tekstu książeczki jest Heine Janisch.

Król i pies.

- Siad! Na miejsce! Do mnie! – krzyczy Król. – Jestem twoim królem!
- Do nogi! Stój! Smycz! – krzyknął Król. A potem sam pobiegł za psem.

Król i trąbka.

- Jestem królem – rzekł Król do trąbki. – Zagraj dla mnie!
Trąbka nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
- Rozkazuję ci! – powtórzył Król.
Trąbka nadal milczała.
Wtedy Król wziął trąbkę do ręki i leciutko w nią dmuchnął.
Trąbka wydała z siebie cichy dźwięk.
- No tak – powiedział Król.
Przyjrzał się trąbce uważnie.
- Ty nie chcesz po prostu sama zagrać – rzekł.
Pomyślał chwilę.
- No, niech i tak będzie – powiedział i zrobił głęboki
wdech.


Dla mnie ta książka traktuje również o rodzicielstwie. O relacji pomiędzy Dzieckiem a rodzicami. Chyba szukałam takiej właśnie książki. Nie kolejnego poradnika.
Znalazłam.





Król i noc

- Jesteś czarniutka – powiedział Król do nocy. – Czy nie możesz być kapkę jaśniejsza?
- O tym musisz porozmawiać z dniem – odparła noc. – On jest tu od jasności, a ja od ciemności.
Król poszukał zapałek.
- A ja jestem tu od jednego i drugiego – powiedział Król i zapalił świecę.

Król i gwiazda

- Jaki jest z ciebie pożytek? – zapytał Król gwiazdę. – Jesteś bardzo daleko. Nie mogę cie dotknąć. Co można z tobą począć?
Wtedy gwiazda nagle zniknęła.
- O, jakże wszystko jest ciemne! – Wracaj! Brak mi ciebie!
- A jednak! – odparła gwiazda i zesłała swoje najpiękniejsze promienie.




Heinz Janisch, Wolf Erlbruch, Król i morze. 21 krótkich opowiastek, wyd. Hokus-Pokus



***

Wczoraj jednak się udało.
Zamiast wina – spacer.
Z Delie.
I z psem.
Dwugodzinny, późną porą…
Oblodzona droga pod lasem okazała się zdecydowanie złym pomysłem – Filip co i rusz znikał nam z oczu w zupełnej ciemności…
Potem już było lepiej :-)
Spotkałyśmy się na południowym krańcu Warszawy, by po dwóch godzinach dotrzeć do Bukaresztu ;-)
Myślę, że to powtórzymy.
Taki spacer…

A kiedy wróciłam do Domu – a był to kawałek przed 23 – M. I Tatuś M. oglądali w najlepsze berliński koncert Stinga ;-)
Serio!
Na podłodze LEGO chaos, a oni pochłonięci muzyką :-)
Bawili się w najlepsze ;-)
Najwyraźniej!
Też jakiś sposób na ząbkowanie i nocne przebudzenia…
Trochę mi to zajęło, żeby położyć M. z powrotem do łóżeczka…
Ale potem wieczór ciągnął się jeszcze przez chwilę. Ze Stingiem, czerwonym winem i jednym odcinkiem Californication na dobranoc ;-)
O matko… Jaki dzień!

Może więc dzisiaj to
Bo jakoś tak wczoraj Sting na powrót wkradł się w moje łaski... A dawno go nie słuchałam, bo mi trącił konfekcją odrobinę ;-)
Ten drugi utwór to chyba mój zdecydowanie najulubieńszy... W tej toskańskiej wersji z 2001 właśnie...