Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 grudnia 2011

9/24 * Lirycznie

No to może jeszcze tak...

Śniegu,
Baranku Boży!
Gładzisz grzechy świata
I białymi lokami brzydotę rozmiatasz…

(fragm. wiersza Do śniegu M. Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej)


Śniegu, przybądź!!!
Odrobinkę chociaż naprósz... Dla urody miast...

Zaklinajcie ten śnieg, zaklinajcie!
Bo ten deszcz za oknem to jakieś nieporozumienie...
Żeby 9 grudnia paradować w kaloszach? No dajcie spokój...

Zapowiedziałam, ze będzie lirycznie, więc słowa dotrzymam.
Bożonarodzeniowa Kołysanka Arvo Pärta.
We wspaniałej aranżacji i wykonaniu zespołu Jordiego Savalla.
Parę tygodni temu zmarła przepiękna Montserrat Figueras - jego ukochana żona, muza i wybitna katalońska sopranistka. Najważniejszy głos niezwykłej (częściowo rodzinnej) formacji Hesperion XXI. Zerknijcie tutaj, jeśli interesuje Was muzyka dawna. Zerknijcie też, jeśli do tej pory muzykę dawną omijaliście szerokim łukiem. Bo warto to zmienić! Są fenomenalni! A sama muzyka dawna ma w sobie niesłychaną moc i urodę. I wydaje mi się wprost idealna na Święta... Mamy sporą kolekcję płyt Savalla - znakomite są te z muzyką Orientu, z muzyką celtycką, z muzyką z Nowego Świata, z pieśniami katalońskimi... Jedną z pierwszych w naszej kolekcji była ta z kołysankami. Często słuchałam tej płyty kiedy byłam w ciąży, pamiętam :-)
I jakoś tak przykro ogromnie mi się zrobiło, kiedy usłyszałam o śmierci Figueras...

Posłuchajcie zatem dziś kolędy...
Najlepiej na słuchawkach!



Ten wspaniały głos to oczywiście nieodżałowana Montserrat Figueras.
Gdyby ktoś chciał poczytać więcej na Jej temat - odsyłam tu i tu.

Do jutra!
Co robicie w weekend? Pieczecie pierniki? Malujecie bombki? Szukacie prezentów? My pewnie wszystko po kolei i jeszcze dużo więcej...  I musimy sanki kupić! Dla M. :-) Bo z poprzednich wyrósł! Polecacie jakieś? Dla 2,5-latka: metalowe czy drewniane?

czwartek, 8 grudnia 2011

8/24 * Taki dzień...

Jak ładnie z moich okien potrafi zima czasami wyglądać...
No nie dzisiaj, niestety.
Dzisiaj obraz makabryczny. Bury i deszczowy...
Mimo to wybraliśmy się na długi spacer.
I zmokliśmy.
Same takie wspaniałości dziś ;-) Od świtu...

Przed chwilą zawiesiliśmy z M. kolejne światełka - tym razem na naszym mocno obeschłym fikusie ;-)
Lichy ten fikus, aż patrzeć przykro - od lat wydobrzeć nie może... Miejsce chyba mu nie służy, sama nie wiem...
M. ozdobił go girlandą i kilkoma szyszkami...
I tak marne to drzewko, nic mu chyba nie pomoże :-(

O nowych wyrazach miałam coś napisać...
Nawet prowadzę specjalny zeszycik, w którym zapisuję wszystkie te zabawne słówka :-)
Teraz absolutnym hitem jest 'fo' (czyli foka), 'klauna' (czyli klaun oraz... krasnoludek!), oraz piknik (czyli piknik) ;-)
No i 'pimpin', czyli pingwin :-)
Wydłużają się też zdania. 
To jest moja Mama. To jest mója Tata. To jest mója haua. I moja Babcia/Ciocia/itp.
Generalnie wszystko jest 'móje' ostatnio. Albo moje. Tzn. Jego ;-) I wkurza się niemiłosiernie, kiedy próbuję Mu tłumaczyć (i zaprezentować), na czym polega współwłasność ;-)

Z tym mówieniem to jest tak, że czasem wprost zalewam się łzami, bo wciąż tego niewiele... Tzn. M. wszystko rozumie, komunikuje się z nami (i nie tylko z nami) bezbłędnie, ale...
Ale...

OK, wiem, wiem, wiem... Więc już nie marudzę ;-)

No dobra, taki dzień.
Mętny pod każdym niemal względem.
Od rana jak w slapsticku ;-)
No bo kiedy M. pociągnął za sznur ze światełkami, to lampa wylądowała na podłodze... Kiedy ją podnosiłam, M. zabrał się za przesuwanie doniczki. Z której oczywiście wysypała się ziemia. Na naszą sofę, naturalnie ;-) A kiedy zabrałam się za usuwanie (czyt.: rozmazywanie) plam, M.wybrał się z wizytą do kuchni. Niby szczytny był cel tej wizyty, bo chciał odnieść swój kubeczek i (na to wygląda) dolać sobie wody... No więc powódź ;-)
I tak dalej, i tak dalej...

W tej chwili udaje niewiniątko i układa swoje pluszowe zabawki w szeregu - do snu je szykuje najwyraźniej... Mam wielką nadzieję, że niedługo sam zamarzy o spoczynku ;-)
A wtedy ja będę mogła... nie, nie odpocząć. Niestety nie :-(
Ale OK, miałam nie marudzić.
Może jutro będzie lepiej?
Na razie życie mi ratują lampiony, które W NAGRODĘ zapalam (i pozwalam M. zdmuchiwać!) - tylko dla lampionów M. jest w stanie bez awantur posprzątać z podłogi zabawki, założyć rajstopy albo dokończyć zupę jarzynową...
Och, jakie ja mam ciężkie życie...

;-) 

PS 'Szpiega' jeszcze nie widziałam, za to obejrzeliśmy 'Dług' z Helen Mirren i z Jessicą Chastain (grała główną żeńską rolę w 'Drzewie życia' Terrence'a Malicka). Może nie jest to film wybitny, ale kawał porządnego kina. Więc w sumie polecam.

Ach, i jeszcze piosenka świąteczna. Ech, no aura kompletnie temu mojemu Kalendarzowi Adwentowemu nie sprzyja :-(  No ale próbujmy. Takie coś znacie?


Idealna płyta na ten okres tuż po Świętach :-) Kiedy mocno rozluźnieni przyjmujemy miłych gości. Do słuchania pod makowczyk. I pod koniak ;-) Albo sherry, jak kto woli!

Miłego wieczoru! I do jutra!
Będzie odrobinę lirycznie :-)

czwartek, 10 marca 2011

O resztkach zimy. I o Muminkach...

Ostatnie już takie…
Ostatnie z plamami śniegu…
Ostatnie zimowe...

Miejmy nadzieję przynajmniej ;-)
Po tyyylu słonecznych dniach deszczowy poranek aż mnie zabolał… Naprawdę. Potem było lepiej, ale ‘rozbieg’ mieliśmy dzisiaj wyjątkowo długi…

To aż dziwne, bo wczorajsze popołudnie i wieczór dały mi porządnego, energetycznego kopa :-)
Wracałam do Domu późną porą, z głową pełną NOWYCH planów i projektów, podekscytowana :-) Oj, zdaje się, że przyszedł czas na DUŻE decyzje. Na zmiany może? Bardzo lubię to uczucie i – mimo że jestem dość pogodną z natury osobą – wcale nie zdarza mi się to zbyt często – szłam sobie mianowicie ulicą Żurawią, uśmiechnięta szeroko, podskakując co pięć kroków ;-) Serio! W dodatku z wysoka, wysoka mrugał do mnie przyjaźnie cieniutki plasterek księżyca :-) a ze Studia Buffo wybiegła grupa młodych-pięknych-rozśpiewanych, prosto z próby - i tak jakoś wpasowali się w mój nastrój!
Poczucie MOCY – i jakieś takie szczęście bezbrzeżne, które trwać może tylko ułamek sekundy i tylko wtedy, kiedy odczuwamy RÓWNOWAGĘ… Wczoraj ją poczułam właśnie. Po dłuższej przerwie. I bardzo miłe to było uczucie!
A dzisiejsze popołudnie z M.
I z małym Krzysiem.
I z Muminkami (baaardzo się miło uśmiechamy!) - czy wiecie, że Paszczak to po angielsku Hemulen?
I puzzle też mamy nowe :-)

M. w nowym, granatowym płaszczyku. Wiosennym już! I dwurzędowym :-)
Patrzę na Niego z podziwem, jak sobie świetnie radzi wśród rówieśników… Jak lekko najpierw onieśmielony próbuje nawiązać z nimi kontakt. Wydaje się taki odważny. Nie staram się Go integrować na siłę… I widzę, że to dobra metoda – potrzebuje odrobiny czasu, żeby się oswoić z nowym miejscem i nowymi twarzami, ale chwilkę potem odzyskuje pewność siebie. Przysiada się do innych dzieci. Zagaduje. Dołącza do zabaw. Od czasu do czasu tylko zerka czujnie w moją stronę, sprawdza, czy jestem w pobliżu :-) 
Jestem…

***
Jutrzejszy wieczór z A. Miało być OUT. Nie będzie. Cóż… W Domu serwuję zresztą równie dobry makaron ;-) 

*** 

Na dobranoc kołysanka. Muminkowa! Ze specjalną dedykacją :-)
Pamiętacie ją może? Było kiedyś takie słuchowisko / adaptacja ‘Lata Muminków’. Śmiało mogę chyba określić je mianem ‘kultowe’! Ja miałam je na winylowej płycie… I nie zliczę, ile razy przy dźwiękach tej kołysanki zasypiałam… A ‘Jak dobrze być poziomką’ czy ktoś pamięta? Albo 'Niestety, w teatrze'? Ależ się bałam tej piosenki ;-) I 'Muminu Makuku' - ta była super! Uwielbiałam te płytę!
Ponoć można ją dostać teraz na CD :-)

sobota, 5 marca 2011




Spacerujemy…

Po bliższej i dalszej okolicy.
Po parkach śródmiejskich.
Po lesie…
Po łąkach…


Czekamy na wiosnę.
Czekamy.
I czekamy.
I czekamy.
Cze-ka-my!!!

Póki co, deszcz rozmywa resztki śniegu. Tego ze zdjęć…
Weekend marny jeśli chodzi o pogodę…
Znów.
Dokładnie o tym pisałam tydzień temu… Że w weekendy zawsze gorzej. Bo pada, wieje i zimno.

Wieczór solo.
I ze śpiącym M.
Oraz z Solveig Slettahjel.
I z Feist.
I z Susi Hyldgaard.
Z Cat Power.
I z Joni M.


Przed południem tatuś M. próbował nauczyć Syna grać w kręgle. Z umiarkowanie zadowalającym skutkiem… Drewniana kula (kręgle mamy w wersji mini) zamiast toczyć się, odbijała się od mebli i rozlicznych sprzętów ;-) Tatuś tłumaczył i tłumaczył… Jednak M. uparcie kuli nie chciał pchnąć – wolał rzucać z całych sił. W końcu Tatuś wyszperał DVD i razem z M. obejrzeli początek filmu Big Lebowski ;-) Pamiętacie scenę otwierająca ten film? Tę z kręgielni. Z Boba Dylana ‘The Man in Me’ w tle…
Chyba nie musze dodawać, że od razu poszło lepiej ;-) 



Zamiast zaplanowanego spaceru (brr, że też musiało się rozpadać?) – miłe odwiedziny. I Tłusty Czwartek na bis, bo goście przyszli z pudłem maleńkich pączków ;-)
Za to M. mógł do woli poszaleć z Hanią na rowerze!

A potem odwiedził nas jeszcze ukochany wujek Tomek! Oj, dzień pełen emocji! Nic więc dziwnego, że zasypianie zajęło dziś M. mniej więcej 25 sekund ;-)))


Och, jak ja lubię takie dylematy: książka czy film… Kieliszek sherry czy filiżanka dobrej herbaty…
Zasłużony wieczór wypoczynkowy :-) O tak…

I jeszcze telefon do mojej drogiej A. - dziś jej imieniny...
Czyli jednak kieliszek sherry ;-)
Nie będę przecież toastu herbatą wznosić...
Ach, droga A., dlaczego mieszkasz taaak daleko??? To jeszcze dalej niż z czasów licealnych do naszego dziś...

***

Słonecznej niedzieli!

Mam nadzieję, ze naszych (ani Waszych) planów nie pokrzyżuje deszcz...

PS A w poniedziałek coś o literkach :-)


niedziela, 30 stycznia 2011

Rozdział o zabawkach :-) i o sannie z Delie... Sannie na dwie Mamy, dwóch Tatusiów, dwoje Dzieci i dwie pary sanek :-)



Muszę napisać więcej o nowej i najulubieńszej zabawce naszego Syna, czyli zdalnie sterowanym autku.
Bo to jest niesłychana sprawa - M. zupełnie zwariował na jego punkcie!
Pierwsze kroki rano kieruje w stronę pojazdu! I natychmiast go uruchamia!
Wow!
Sterowanie nie do końca Mu jeszcze wychodzi – ale radzi sobie całkiem świetnie jak na 20-miesięcznego malucha!
W każdym razie potrafi (raczej intuicyjnie) kierować autkiem do przodu i do tyłu. Ze skręcaniem gorzej.
Najfajniej jest kiedy stery przejmuje Tatuś :-)
M. za samochodem biega wtedy po całym mieszkaniu. Ucieka kiedy autko rusza za nim…
Jest odważny, ale kiedy samochód się zbliża do Jego nóżek – odrobinkę wystraszony przyspiesza i najchętniej wskakuje na sofę!
Albo kiedy Tatuś zaparkuje autko pod komodą, wówczas M. podskakuje na sofie, niecierpliwi się, zagląda, podbiega sprawdzić, czy autko wciąż tam stoi… I czeka...
Pojazd rusza – wtedy słychać pisk radości albo brawa!
I rajd rusza od początku…

Coś czuję, że z autkiem zaprzyjaźnimy się na dłużej :-)






Ale żeby nie było wyłącznie o motoryzacji, wróciły do nas po akcji WYMIANA dawno nie widziane zabawki M.
Na przykład drewniana gąsienica na sznurku.
Albo żaba-klekotka.
W ogóle zabawki do pchania czy ciągnięcia cieszą się wielką popularnością w naszym Domu.
Niedawno M. dostał taki obrotowy pchacz z terkoczącymi kulkami w środku.
Ponieważ wciąż odpadał z niego kij, uszczelniłam otwór kawałkiem papieru.
Chwilę później kijek znowu wypadł i M. z wielkim skupieniem próbował zamocować go z powrotem. Nie wychodziło. W pewnym momencie sięgnął po papierek, klasnął ze szczęścia i począł mocować kij z ‘uszczelką’. Z powodzeniem!
Wow! Wciąż nie mogę wyjść z zachwytu nad Jego umiejętnościami, precyzją, zmysłem obserwacji.
Jak sprytnie łączy drewniane tory (składane trochę jak puzzle) i wagoniki na magnes.
Jak pięknie potrafi dobierać w pary zwierzątka z Arki Noego. Choć problem stanowi Noe i Jego żona  Bo nie są wcale podobni ;-)
I zdumiewa mnie jak pięknie M. radzi sobie z układaniem drewnianym puzzli. Ale to temat na oddzielną opowieść!
Mądry Chłopak z Niego…
Wiem, wiem, jestem po uszy we własnym Synu zakochana ;-)
Ale raczej mi to nie przejdzie!

Pozostawiona przez Hanię lala skończyłaby, jak widać, marnie... Ale z sentymentu do szmacianych lalek, uratowałam ją od tragicznej śmierci kolejowej dosłownie w ostatniej chwili ;-)
Rajstopy w groszki :-) Uwielbiam w nich M. Mimo, że są 'dziewczyńskie' chyba ;-)




***

Wróciliśmy właśnie z M. i z Tatusiem M. przed chwilką z Powsina.
Wspólne sanki z Delie, Chłopcem i Tatą Chłopca.
Pyszna sanna!
Spora górka!
Dzieci!
Sanki!
Sama radość!!!
Samo szczęście!!!
Nie zliczę, ile razy zjechałam z górki, zasypując przy tym Syna śniegiem – hamowałam już od samej góry, bo taaaki był spadek!
M. zaśmiewywał się w głos przy każdym zjeździe!
A Synek Delie z brawurą taranował kartonowe muchomory ;-)
Cudnie było!

Zabraliśmy herbatę w termosach – jak dobrze było usiąść w zaśnieżonym amfiteatrze i popijać gorącą KusmiTea z termosowych kubków…Naszą SpicyChoco i Delie St.Petersbug :-)
Fotorelacja pewnie wkrótce u Delie. Ja wciąż  na fotograficznym odwyku ;-)

A jak zrobi się już cieplej planujemy urządzić tam piknik.
Z ryżową sałatką, kurczakiem na zimno i lemoniadą,..
I z dużym wiklinowym koszem.
I serwetką w kratkę vichy. Biało-czerwoną naturalnie.
I w tym samym składzie :-)

M. zasnął w drodze powrotnej – i to snem sprawiedliwego.
Już w Domu, zupełnie niewzruszony, dał sobie na tym śnie ściągnąć kombinezon, buty i czapkę (nawet oka nie otworzył!) i położyliśmy Go do łóżeczka…
Zjadamy po misce ogórkowej, a potem pędzimy dalej…

Och, o tym, co wczoraj i co jutro to już chyba trochę później…
Na razie zostawiam Was z melodią – taką na popołudnie. Leniwe. Nieśpieszne. Niedzielne.
Nie możemy się jakoś odkleić od tych dźwięków. Właśnie tym utworem zakończył się film, który obejrzeliśmy wczoraj  późno w nocy…


Spokojnego popołudnia!

PS Mały update :-)
Najulubieńsza zabawka naszego Syna została pozbawiona jednego kółka. Ale i z trzema dobrze sobie radzi. Trochę gorzej skręca i jedzie zdecydowanie wolniej, ale może to i lepiej? ;-)

środa, 26 stycznia 2011

Zimowych obrazków rozdział kolejny ;-) i nieostatni! Niedzielny spacer z H.

Kto powiedział, że zima nie jest kolorowa?

Parę migawek z niedzielnego spaceru z Hanią…
Podczas którego przemarzłam okrutnie, nie wiedzieć dlaczego… Przecież słońce świeciło, a ubrana byłam cieplucho…



Często dopiero na tle innych dzieci widzę, jak bardzo M. jest odważny.
Jak kompletnie niczego się nie boi…
Podczas gdy Hanką trochę grymasiła i kręciła głową na hasło SANKI, M. nie oglądając się na boki, zjeżdżał nawet z tych najbardziej stromych górek!!!
Na kolanach Taty, ma się rozumieć… I śmiejąc się w głos!
Ale z tych najmniejszych to już zjeżdżał sam!!!

Z sankami poszaleliśmy zdrowo – aż urwał się od nich sznurek ;-)
I bałwana ulepiliśmy!
A potem ruszyliśmy na plac zabaw.
M. tak rozhuśtał się na bujanej żabie, że trzeba było Go zatrzymywać…
To jest wprost niewiarygodne ile siły ma nasz Syn…

Choć przeżyliśmy i chwile trwogi, kiedy na placu zabaw pojawił się groźny Tobiasz ;-)
Nieco starszy od naszych Dzieci, ale dosyć prędko dał do zrozumienie, kto tu rządzi…
No nic, M. wraz z Hanią skryli się w drewnianej budce – uśmialiśmy się, bo budkę tę ewidentnie zamieszkują ‘po godzinach’ nastolatki ;-) i wygląda jak obskurny przystanek autobusowy ;-)
Mamy całą taką serię zdjęć na tle ściany niby-graffiti ;-)
No, rewelacja!
 


***

Naprawdę nie mam pojęcia kiedy te nasze Dzieci tak urosły…
Zeszłą zimą spacerowałyśmy z Mamą Hani po Krakowskim Przedmieściu, po Łazienkach, Parku Ujazdowskim z dwoma maluchami w głębokich gondolach. Z dwoma śpiochami. Łakomczuchami, które trzeba było karmić co i rusz, wobec czego świetnie miałyśmy przetrenowaną trasę po lokalach mama friendly ;-)
Kiedy ten rok cały minął… Aż wierzyć się nie chce…

***

I jeszcze jedno zdjęcie - robię właśnie porządek w naszym domowym fotoarchiwum i przeglądam zimowe zdjęcia z mojego dzieciństwa! Zamieszczam więc ulubione ;-) To ja! I mój kożuszek ;-)))
Wiecie, co jest zabawne? Nie mam pewności, do kogo tak naprawdę podobny jest M. Bo jedni twierdzą, że to 'cały Tatuś', inni, że 'wykapana Mamusia', niektórzy, że to 'miks doskonały' ;-) Hmm... Oglądamy nasze zdjęcia z dzieciństwa i faktycznie - jest podobny i do mnie, i do Tatusia... Zresztą chyba i my jesteśmy podobni w jakiś sposób do siebie - zaprzyjaźniony antykwariusz przyznał kiedyś, że zawsze nas brał za rodzeństwo ;-) Choć najzabawniejsze jest to, że oboje jesteśmy ciemnowłosi, tymczasem M. włosy ma jasne. Popielaty blond... Ponoć Tatuś M. też takie miał... Zatem zdjęcia kłamią, bo na nich jest brunetem :-)))

poniedziałek, 17 stycznia 2011



Dzisiejsze przedpołudnie na placu zabaw.
Dwa tygodnie różnicy… Niecałe.
Co to za zima tak w ogóle? Ktoś mi nawet mignął w szortach… Sanki chowamy, wyciągamy rower…



Dziś po raz pierwszy M. tak aktywnie bawił się z innymi dziećmi. Aż tak!
Głównie z dziewczynkami: Julką i Zosią.
Ale też z Tomkiem…
Biegali wszyscy po całym placu, bawiąc się w coś na kształt berka ;-)
Mnóstwo było pisków, śmiechu, żartów i…zabawy w chowanego!!!
I trwało to długie kwadranse!
A potem M. odkrył rower Zosi. Różowy :-)

M. odważny – bawi się już na placu zabaw dla starszych dzieci – widzę, że część dla maluchów przestała go interesować…


 

Wczorajsze popołudnie spędziliśmy za to u Dziewczynek.
M. oczarowany Tosią.
Nawet sobie nie wyobrażacie przez jak długi czas i z jakim skupieniem przyglądał się maleńkiej kuzyneczce huśtającej się w bujaczku…
Tosia słodko spała, a M. po prostu zastygł… I oniemiał. Po raz pierwszy miał taki dobry widok – wcześniej albo zerkał na Malutką kiedy była karmiona przy stole albo zaglądał na paluszkach do wózka. Tym razem była to właściwa dla Jego oczu perspektywa… I tak jakby dopiero ‘odkrył’ swoją małą kuzyneczkę…
W pewnej chwili odważył się jej dotknąć.
Leciuteńko. W stópkę.
Tosia otworzyła oczy, troszkę się skrzywiła… Potem uśmiechnęła…
M. przejęty podbiegł natychmiast do maminych nóg ;-)
Ale potem wrócił.
I kiział małą Tosię po rączkach, i miział po nóżkach…
Rozkoszny widok…
I jak to dawno było… Kiedy M. był taki maleńki…

A potem nastąpiła część harców ze starszą kuzyneczką. Wrzaski! Piski! Bieganina! Wspinanie się po schodach. Po krzesłach. Zamiatanie. Tańce. Zabawa w pocztę, która polegała głównie na tym, że Z. próbowała sprzedać M. znaczki i koperty, ten natomiast dewastował okienko pocztowe, hehe, oraz kradł awiza ;-) Wandal jeden! Z zabawą w warzywniak poszło im nie lepiej! Tzn. po chwili obrzucali się sałatą ;-)
A potem była wspólna gra na pianinie.
Z. dała się przekonać i usiadła do instrumentu. M. wskoczył razem z nią na krzesło i zdecydowanie akompaniował :-) Pierwszy taki koncert na cztery ręce…
Od razu mi przed oczami stanęły te nasze koncerty – na cztery, a nawet na sześć rąk.
Nasze numery popisowe!
Była kiedyś taka ‘trójca’… Kuzynostwo. Lat temu ho ho ;-)
Jakie to niezwykłe, że już nasze Dzieci koncertują…
Czas płynie…

Ach, zapomniałam jeszcze dodać, że M. po zeszłoweekendowym wieczorze z Tatą oraz Stingiem ;-) najwyraźniej się rozochocił, bo mój sobotni wieczór z winem i kinem rozpoczął się tuż przed 23!!! Wcześniej M. dotrzymywał nam towarzystwa, nie przejawiając najmniejszego zainteresowania snem… Biorąc pod uwagę fakt, że w sobotę poszłam spać grubo po 2, a M. pobudkę zarządził po 7 – oj, było wesoło ;-)

PS Właśnie wyczytałam, że w kategorii Najlepszy Film Zagraniczny Złoty Glob otrzymała Susanne Bier za 'Haevnen'. Nie widziałam tego akurat filmu, ale zachwyciły mnie wszystkie poprzednie. Najbardziej chyba 'Tuż po weselu' - jeśli macie możliwość zobaczcie to koniecznie! Bardzo ucieszyła mnie ta nagroda!

BTW, Będę miała fajną piosenkę na wieczór :-)

piątek, 7 stycznia 2011



Od rana mam wrażenie, że dziś niedziela ;-)
Może dlatego, że fajnie dzisiaj było jak w najfajniejszą niedzielę właśnie.

Wyprawa na koniec świata. Z Hanią na sanki. I prawie na łyżwy ;-)
I na pyszny obiad.
Ach, zgrana z nas paczka :-)
I w ogóle dużo dziś było pysznej zabawy!!!

Ale późno już, więc na razie tylko zdjęcia…
I to takie z wczoraj!
Bo dziś aparat został w Domu. Celowo. W ramach terapii, którą Tatuś M. zarządził pod wpływem lektury Susan Sontag ;-) między innymi!
Zachęcona (symulując zniechęcenie) zerkałam co i rusz przez Tatusiowe ramię i specjalnie diagnozą zdziwiona nie jestem… Syndrom japońskiego turysty – już o tym pisałam tutaj ;-) Tak w skrócie… Bo bez skrótów brzmi poważniej…
Tak więc mały detoks.
Zarządzony odgórnie.
Choć sama przyznaję, że mi lżej czasem bez aparatu.
Nie tylko w przenośni ;-)

Za to wczoraj poszalałam :-)
Place zabaw najfajniejsze zimą. Albo latem po zmroku. Bo puste. Niemal…
Niektórym się narażę tym stwierdzeniem, ale kocham zimę! Taką!

Dobrego dnia!





wtorek, 4 stycznia 2011

Zaległości...



Odrobinę jeszcze świąteczności.
Skoro za oknami biało…

Świąteczności. Zaległości. 





(De)montaż choinki u BeBe, czyli Babci B. 


Trochę światełek Nocy Wigilijnej...








A za konika pięknie dziękujemy Enchocolatte… Prezentował się cudnie! A choinka na okrągło to od E. Kochana, wszystkich kuszą te ‘pierniczki’ z solnej masy ;-) Jak prawdziwe!!!




I anioły z makaronów. Dość niezwykły upominek… I stareńki anioł z wełnianego runa. Od Ciotki Paszczaka…

***

Tort noworoczny nie wyszedł taki jak powinien. Jakiś mizerny i niewysoki... Ale smaczny :-) Sama upiekłam!
Dziś zapakowałam pierwszą porcyjkę na wynos. Bo tradycja taka, że trzeba go rozdać Przyjaciołom! Co do okruszka...

Miłego wieczoru...