6.30 pobudka. Kubek wody albo soku dla M. Za oknem zachwycające światło uwypukla urodę bezchmurnego poranka… Słońce. Olśniewające…
Pięć, sześć godzin snu – dużo to czy mało? I tak od blisko dwóch lat… Na własne życzenie – bo Dziecko śpi, mnie na sen szkoda czasu ;-) Choć i tak wciąż mi go mało…
Porcja rannych pieszczot i całusów, i jeszcze kradzione Dziecku przez Mamę 3-4 minuty snu… Chwilę potem jesteśmy na nogach: cała trójka i pies!
***
Dobry weekend. Pomimo kataru i uporczywego kaszlu u M.… Czuję że będzie lepiej…
Tato i Syn. Dłuuugie wspólne dwa dni…
Wczoraj pękałam (po cichu) ze śmiechu, kiedy tatuś M. (znany kawosz i koneser!) tłumaczył Dziecku, na czym polega parzenie kawy… To był długi wykład – od ziarna średnio palonej robusty po wysoce aromatyczny napar z wysoką pianką… Z wyjaśnieniem fachowych pojęć! M. zafascynowany – pracą młynka do kawy, ciśnieniowego ekspresu, spieniacza do mleka… Niby widział to już setki razy, ale wczoraj jakby pierwszy :-) Potem ‘parzył’ kawę w swoich miniaturowych naczyniach: maleńkich silikonowych foremkach do muffinek i na-niby-filiżankach…
Czas miłości i integracji z psem. Drapania po uszach, zachwytu nad psim ogonem, liczenia psich pazurów :-) Ale dziś rano, przy śniadaniu M. na pytanie ‘Gdzie jest osioł?’ wskazał na psa ;-) Tam! Hmm, miałam na myśli tego drewnianego osiołka – w komplecie z owcą, krówką i kurczakiem ;-)
Upiekłam bagietki (Partrycjo, czy już mówiłam/pisałam, że NIKT nie inspiruje kulinarnie tak jak Ty?) :-) Wyszły pięknie – chrupiące, choć może ciut za blade :-( I przepyszne: Tatuś M. obiecał zgłosić moja kandydaturę do Komitetu Noblowskiego (kategoria: kulinaria) – choć oczywiście zrzekłabym się nagrody na rzecz Trufli ;-) albo chociaż głośno wymieniła Jej imię w podziękowaniach, hihi!
Mam wrażenie, że piekłam je całe dwa dni (noc wcześniej przygotowałam zaczyn, a potem przez pół niedzieli kręciłam się wokół ciasta – rosło i rosło, potem trzeba było bagietki uformować, potem dalej rosły, wiec się posklejały, formowałam je ponownie, itd. ;-) Potem piekłam je po dwie, trzy – więcej na blasze nie zmieściłam… Uff, cały dzień! W sumie wyszło ich 13, hehe!
Za to M. zachwycony, a ja spokojna, bo w bułce nie ma niczego, czego nie powinno w niej być (serwatek, mleka, maślanek, spulchniaczy, itp.) Czasami myślę, że dzięki alergii pokarmowej M. wszyscy jemy lepiej. Zdrowiej. I – paradoksalnie – nasza kuchnia (a szczególnie kuchnia M.) jest dużo bardziej urozmaicona niż kuchnia niejednego, nie alergicznego Dziecka. Bo szukam zdrowych zamienników dla nabiału, dla jaj, dla ryb, dla pomidorów, dla potencjalnie uczulających owoców… Stąd tyle zdrowych kasz, otrębów, strączków, mniej popularnych (a jakże niedocenianych) warzyw, itp. M. łakomczuch zjada wszystko. Owsianki, jaglanki, etece... Nie grymasi. Rozsmakowuje się w zupach z dyni i soczewicy ku naszej uciesze :-)
Więc tyle u nas…
A co u Was? |