Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dźwięki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dźwięki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 grudnia 2011

9/24 * Lirycznie

No to może jeszcze tak...

Śniegu,
Baranku Boży!
Gładzisz grzechy świata
I białymi lokami brzydotę rozmiatasz…

(fragm. wiersza Do śniegu M. Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej)


Śniegu, przybądź!!!
Odrobinkę chociaż naprósz... Dla urody miast...

Zaklinajcie ten śnieg, zaklinajcie!
Bo ten deszcz za oknem to jakieś nieporozumienie...
Żeby 9 grudnia paradować w kaloszach? No dajcie spokój...

Zapowiedziałam, ze będzie lirycznie, więc słowa dotrzymam.
Bożonarodzeniowa Kołysanka Arvo Pärta.
We wspaniałej aranżacji i wykonaniu zespołu Jordiego Savalla.
Parę tygodni temu zmarła przepiękna Montserrat Figueras - jego ukochana żona, muza i wybitna katalońska sopranistka. Najważniejszy głos niezwykłej (częściowo rodzinnej) formacji Hesperion XXI. Zerknijcie tutaj, jeśli interesuje Was muzyka dawna. Zerknijcie też, jeśli do tej pory muzykę dawną omijaliście szerokim łukiem. Bo warto to zmienić! Są fenomenalni! A sama muzyka dawna ma w sobie niesłychaną moc i urodę. I wydaje mi się wprost idealna na Święta... Mamy sporą kolekcję płyt Savalla - znakomite są te z muzyką Orientu, z muzyką celtycką, z muzyką z Nowego Świata, z pieśniami katalońskimi... Jedną z pierwszych w naszej kolekcji była ta z kołysankami. Często słuchałam tej płyty kiedy byłam w ciąży, pamiętam :-)
I jakoś tak przykro ogromnie mi się zrobiło, kiedy usłyszałam o śmierci Figueras...

Posłuchajcie zatem dziś kolędy...
Najlepiej na słuchawkach!



Ten wspaniały głos to oczywiście nieodżałowana Montserrat Figueras.
Gdyby ktoś chciał poczytać więcej na Jej temat - odsyłam tu i tu.

Do jutra!
Co robicie w weekend? Pieczecie pierniki? Malujecie bombki? Szukacie prezentów? My pewnie wszystko po kolei i jeszcze dużo więcej...  I musimy sanki kupić! Dla M. :-) Bo z poprzednich wyrósł! Polecacie jakieś? Dla 2,5-latka: metalowe czy drewniane?

czwartek, 8 grudnia 2011

8/24 * Taki dzień...

Jak ładnie z moich okien potrafi zima czasami wyglądać...
No nie dzisiaj, niestety.
Dzisiaj obraz makabryczny. Bury i deszczowy...
Mimo to wybraliśmy się na długi spacer.
I zmokliśmy.
Same takie wspaniałości dziś ;-) Od świtu...

Przed chwilą zawiesiliśmy z M. kolejne światełka - tym razem na naszym mocno obeschłym fikusie ;-)
Lichy ten fikus, aż patrzeć przykro - od lat wydobrzeć nie może... Miejsce chyba mu nie służy, sama nie wiem...
M. ozdobił go girlandą i kilkoma szyszkami...
I tak marne to drzewko, nic mu chyba nie pomoże :-(

O nowych wyrazach miałam coś napisać...
Nawet prowadzę specjalny zeszycik, w którym zapisuję wszystkie te zabawne słówka :-)
Teraz absolutnym hitem jest 'fo' (czyli foka), 'klauna' (czyli klaun oraz... krasnoludek!), oraz piknik (czyli piknik) ;-)
No i 'pimpin', czyli pingwin :-)
Wydłużają się też zdania. 
To jest moja Mama. To jest mója Tata. To jest mója haua. I moja Babcia/Ciocia/itp.
Generalnie wszystko jest 'móje' ostatnio. Albo moje. Tzn. Jego ;-) I wkurza się niemiłosiernie, kiedy próbuję Mu tłumaczyć (i zaprezentować), na czym polega współwłasność ;-)

Z tym mówieniem to jest tak, że czasem wprost zalewam się łzami, bo wciąż tego niewiele... Tzn. M. wszystko rozumie, komunikuje się z nami (i nie tylko z nami) bezbłędnie, ale...
Ale...

OK, wiem, wiem, wiem... Więc już nie marudzę ;-)

No dobra, taki dzień.
Mętny pod każdym niemal względem.
Od rana jak w slapsticku ;-)
No bo kiedy M. pociągnął za sznur ze światełkami, to lampa wylądowała na podłodze... Kiedy ją podnosiłam, M. zabrał się za przesuwanie doniczki. Z której oczywiście wysypała się ziemia. Na naszą sofę, naturalnie ;-) A kiedy zabrałam się za usuwanie (czyt.: rozmazywanie) plam, M.wybrał się z wizytą do kuchni. Niby szczytny był cel tej wizyty, bo chciał odnieść swój kubeczek i (na to wygląda) dolać sobie wody... No więc powódź ;-)
I tak dalej, i tak dalej...

W tej chwili udaje niewiniątko i układa swoje pluszowe zabawki w szeregu - do snu je szykuje najwyraźniej... Mam wielką nadzieję, że niedługo sam zamarzy o spoczynku ;-)
A wtedy ja będę mogła... nie, nie odpocząć. Niestety nie :-(
Ale OK, miałam nie marudzić.
Może jutro będzie lepiej?
Na razie życie mi ratują lampiony, które W NAGRODĘ zapalam (i pozwalam M. zdmuchiwać!) - tylko dla lampionów M. jest w stanie bez awantur posprzątać z podłogi zabawki, założyć rajstopy albo dokończyć zupę jarzynową...
Och, jakie ja mam ciężkie życie...

;-) 

PS 'Szpiega' jeszcze nie widziałam, za to obejrzeliśmy 'Dług' z Helen Mirren i z Jessicą Chastain (grała główną żeńską rolę w 'Drzewie życia' Terrence'a Malicka). Może nie jest to film wybitny, ale kawał porządnego kina. Więc w sumie polecam.

Ach, i jeszcze piosenka świąteczna. Ech, no aura kompletnie temu mojemu Kalendarzowi Adwentowemu nie sprzyja :-(  No ale próbujmy. Takie coś znacie?


Idealna płyta na ten okres tuż po Świętach :-) Kiedy mocno rozluźnieni przyjmujemy miłych gości. Do słuchania pod makowczyk. I pod koniak ;-) Albo sherry, jak kto woli!

Miłego wieczoru! I do jutra!
Będzie odrobinę lirycznie :-)

piątek, 25 marca 2011

Ostatni wieczór tulipanów... I piosenka!

Senny piątek…

Duże plany na weekend. I dlatego chyba marzę dzisiaj o wieczorze z książką…

M. już w formie. O katarze powoli zapominamy :-)
Humor wobec tego znakomity!


Wczoraj powtórzył za mną niemal wszystkie literki alfabetu – największym supłem językowym okazała się literka G ;-) No i R jest nie do przejścia oczywiście :-)




Literki, klocki, układanki…
Ostatnio ulubioną okazała się ta od cioci A. – przedstawiająca drewnianego misia i konfigurację misiowych ubranek (misia stroje takie w stylu angielskiego dżentelmena!), które można zakładać, zdejmować, dobierać… Miś ma także głowy do wymiany (hehe!) – raz humor ma lepszy, raz gorszy… Wiadomo, jak to miś ;-)


Budujemy, łączymy, sklejamy, liczymy. Malujemy, rysujemy, w wodzie się taplamy :-)
Spacerujemy, porządkujemy szafki, gramy na pianinie, bujamy się w hamaku… Wałkujemy ciastolinę, wycinamy kształty, czytamy książeczki... I tak dzień za dniem… Ciężka praca tak naprawdę…
Dochodzi do tego, że to, co większość nazywa PRAWDZIWA pracą, staje się dla mnie relaksem… Serio! Odpoczywam, kiedy ze stanu skupienia nad Dzieckiem, przechodzę w stan skupienia nad tekstem, nad papierami, nad nowymi pomysłami… Przysięgam!
Nisko się kłaniam wszystkim Mamom, dla których opieka nad Dziećmi to full-time-job!








Wczoraj wieczór z filmem… Totalne rozczarowanie… A rzadko mi się zdarza, bo filmy dobieramy starannie.. Jednak najwyraźniej nasze gusta kompletnie nie pokryły się z tymi publiczności w Sundance – bo film zdobył główną nagrodę publiczności… Umęczyłam się okrutnie, trwając przy ekranie z nadzieją, że nastąpi COŚ, co mnie zachwyci… Nie nastąpiło, niestety… Podobnie bywa w przypadku niektórych książek – czasami nie dowierzam, że są aż tak słabe i czekam, czekam, czekam… I tak przez kolejne sto stron ;-) Na szczęście nie zdarza się to często!
Ostatnio jakoś nie relacjonuję na bieżąco naszych wypraw do kina – ale z niedawnych premier gorąco Wam polecam film 'Fighter' (Christian Bale absolutnie zachwycający!!! Ten, kto jego rolę określił mianem ‘drugoplanowej’ upadł chyba na głowę! Bale ukradł ten film wszystkim! Choć znakomita była i galeria siostrzyczek… Brawa dla castingu!) Poza tym koniecznie warto wybrać się na 'Królestwo zwierząt' (w pewnym sensie podobne są te dwa filmy). I bardzo namawiam do 'Away We Go' czyli 'Para na życie' ( brawa dla tego, kto tłumaczył tytuł, hehe!) - nie dajcie się zwieść ‘walentynkowym’ plakatom – to naprawdę znakomity obraz Sama Mendesa. I 'Wszystko w porządku / Kids Are All Right' (o tym chyba już wspominałam), i jeszcze nowy film Woody’ego Allena, i 'Tamarę', i…
I tyle jeszcze mam do obejrzenia nowych tytułów…
Zdecydowanie zaniedbuję teatr (niestety), ale cieszę się, że chociaż z kinem nie mam tyłów :-)
Na ‘Italiani’ ktoś się wybiera? To tak a’propos filmu i teatru… A co z polskich tytułów poza tym polecacie? Bo ja do współczesnego kina polskiego jak do jeża (Jerzego, hehe), ale słyszałam bardzo pochlebne recenzje nt. 'Sali samobójców' i 'Wygranego', między innymi… Polecicie?
Ach, wiem, że w niektórych kinach można teraz obejrzeć, więc od razu jeszcze polecę 'Nic osobistego' w reż. Urszuli Antoniak (z pochodzenia Polka, ale tworzy w Holandii) - bardzo we mnie został ten film... Piękne obrazy i piękna opowieść...

***

Moje tulipany…
Jutro będą nowe, czerwone, bo te już powoli konają…
Ale najpierw zamieniły się niemal w piwonie… Piękne.
Żółte tulipany rezerwuję na Wielkanoc. Podobnie jak żonkile :-) Żeby zaprosić te kwiaty do Domu, musi być naprawdę ciepło! Inaczej mi się nie podobają ;-) Tak mam. Najlepiej komponują się z zajączkiem ;-)

Zatem wyczekuję bardziej wiosennej aury… I z przerażeniem śledzę prognozy pogody… Tatuś M. miał jechać po rowery (zimują poza domem) i planował już wiosenną wycieczkę rowerową do Powsina (kupiliśmy nawet M. wiosenną czapkę pod kask!), ale zapowiadają mróz...
No nic, poczekamy ;-)

***

Tej piosenki słuchałam w ostatniej klasie LO. I w drodze na egzaminy :-)
Bardzo lubiłam tę płytę*.
Słuchając jej, myślałam o Krakowie… Bo tam miałam chyba zamieszkać…
Ale tutaj też jej fajnie się słucha ;-) Po tylu latach…
Prawie o niej zapomniałam. Dziś wpadłam na nią przypadkiem… I jakoś tak mi się dziwnie zrobiło… No, że to już tyyyle czasu…
Porządkując stare płyty, znalazłam jeszcze jedną, której dziś z wielką przyjemnością wysłuchałam… Może jutro jakiś urywek Wam zaprezentuję…

Spokojnego weekendu! Słonecznego!


*) Wydaje mi się zresztą, że miałam też wersją przenośną, kasetową ;-) bo słuchałam jej na pewno w drodze, a discman (sic!) się u mnie pojawił dopiero kiedy byłam na studiach.

piątek, 18 marca 2011

Jeszcze o słodkich malinach... I o gorzkim słowie WYRZECZENIE... Do poczytania na dłuuugi weekend ;-)

Jeszcze trochę w temacie malin…
Zdjęcia sprzed ośmiu miesięcy. W malinowym chruśniaku u Prababci ;-)
Malinowo-poziomkowym.
Pełnia lata.
M. taki inny… Przeglądałam wczoraj zdjęcia z tamtego okresu i – nie do wiary jak się zmienił…
Inne rysy, mam wrażenie. Inna budowa ciała. Proporcje…Rączki już nie takie pulchne. Dopiero widzę, jak bardzo M. wysmuklał, wydłuuużył się ;-) I ta zupełnie inna dynamika ciała. I włosy jakie króciutkie wtedy miał! Niesłychane…
Często zerkam na te zdjęcia najwcześniejsze i czuję, jakbym oglądała fotografie w cudzym albumie… Nawet ja na tych zdjęciach jakaś inna się wydaję ;-)


Rozczulają mnie te zdjęcia malinowe. M. łakomczuszek wyciągał rączki w stronę dojrzałych owoców, których pilnie wypatrywał w gęstwinie krzewów. Rozdziawiał buzię, kiedy piękna, dojrzała malina wędrowała w stronę Jego usteczek… Niecierpliwił się, kiedy zbierając maliny do miseczki, zapomniałam o ‘stałej dostawie’ do buzi M. Potem już obsługiwał się sam ;-) Póki co, maliny są produktem wysokiego ryzyka dla M. – mam na myśli, że potencjalnie uczulają… W zeszłe lato jeszcze tego nie wiedzieliśmy :-( Ponieważ w tej chwili systematycznie wprowadzamy kolejne produkty z ‘czarnej listy’ (z różnym skutkiem), będziemy próbować latem z malinami… Zobaczymy...

Wczoraj mrożone maliny (dzielnie je mroziłam latem z myślą o M. – no i proszę – trzy spore woreczki do rozdysponowania) posłużyły nam za kostki lodu ;-) Zapomnieliśmy zamrozić i groziło to serwowaniem drinków na ciepło, hehe! Okazało się to znakomitym pomysłem! Od razu barwiły nam drinki na różowo ;-)
Malinowy był też deser – zapiekane owoce pod pierzynką ciasta… Nieskromnie powiem: mniammmm…

Tyle o malinach (i poziomkach) :-)

A my wracamy niestety do punktu wyjścia – sprzed tygodnia… M. od rana kaszle. I kaszle. I kaszle. Wydawało się, że przed nami słoneczny weekend w plenerach po kilkudniowym, przymusowym areszcie domowym ;-)
Niech to…

***

Znacie blog Zimno? Pewnie, że znacie…
No właśnie…

Wczoraj długi wieczór z E. i P.
Długi, z tequilą, przy stole pełnym smakołyków (na literkę T), w dobrych poparyskich nastrojach (E. i P. wrócili dopiero co!).
I długie rozmowy.
Również (a może głównie) o macierzyństwie. Rodzicielstwie. Moim i Tatusia M. – E. i P. dzieci nie mają (jeszcze).
Rozmowa głośna, z lekka pozbawiona ładu (a czasem i sensu). w jakiś sposób dla mnie bolesna… Czasem sama już nie wiem, czy próbuję przekonać innych, czy samą siebie… I nawet wśród tych, z którymi łączą mnie i priorytety, i pasje, czuję się pojedyncza w swoim przywiązaniu do pewnych (dla mnie oczywistych) racji… I w którymś momencie tracę potrzebę argumentowania… Przestaje mi zależeć na zrozumieniu… Robię swoje, robię co uważam za słuszne i już... Ale i tak boli…
Jasne, chciałabym, żeby każdy dzielił moje poglądy (chociaż z drugiej strony może to i bez sensu?) i pomysły na życie…
Poczułam się źle, mówiąc o – tak, użyję tego słowa – wyrzeczeniach. I poświęceniach (tfu, cóż za obrzydliwy wyraz! - oba te słowa zresztą wydają mi się w tym kontekście tak naprawdę mocno nieadekwatne i nacechowane pejoratywnie…).
O wyrzeczeniach związanych z rodzicielstwem (głównie jednak macierzyństwem).
Poczułam się fatalnie – jakbym sama sobie przywdziewała fartuch 'Matki-Polki', z którą mało mam przecież wspólnego… Matki zmęczonej. Sfrustrowanej. Pełnej żalu oraz tęsknot… Momentami, przecież nie permanentnie! Zrezygnowanej.
OK, czy powinnam zacząć mówić o macierzyństwie, że to nieprzerwane pasmo sukcesów, pełnej szczęśliwości i pomyślnych zdarzeń? Ale to trochę bujda.
Czuję się jako mama szczęśliwą, spełnioną kobietą. Czuję się równocześnie kobietą/mamą wolną i samostanowiącą (Czyż prawdziwie wyzwolona kobieta to nie ta, która robi to, na co ma ochotę? Ja mam ochotę na ten czas domowy teraz – na domowe macierzyństwo przed czasem przedszkolnym). Mój związek z Tatusiem M. mogę z pełną uczciwością określić mianem partnerskiego (co nie oznacza braku nieporozumień i konfliktów, hihi).    
Próbując być uczciwą wobec samej siebie (ale także innych), pewne emocje nazywam po prostu po imieniu… Chcę być wiarygodna. Zawsze chciałam. I potwornie cierpię, kiedy podobna szczerość obraca się przeciw mnie…
No bo, czy przyszło Wam do głowy, żeby komuś, kto skarży (sporadycznie i umiarkowanie) się na dolegliwości związane z sytuacją zawodową, zarzucać brak konsekwencji? No bo skoro podjął wyzwanie, itd… Że jeśli nie daje rady – powinien zmienić pracę albo w ogóle ją rzucić? Nie, w podobnej sytuacji każdy klepnie ‘marudę’ w ramię i powie, że zna to uczucie…Zrozumie. Pocieszy. Nie osądzi...
Nie, nie, wczorajsza rozmowa wcale nie przebiegała w tym tonie, ale czasem wyczuwam gdzieś, między słowami, podobne sugestie… Jestem na nie wyczulona. A może przewrażliwiona?
Warianty są dwa: szczerość albo jej brak. Wychowywanie Dziecka to nie wyłącznie  spacery w słońcu i wspólne czytanie bajeczek… Jest dużo pytań, obaw, klęsk i pustki. I – o paradoksie! – sporo samotności w tym wszystkim…

Nasza (świadoma) decyzja o moim trzyletnim urlopie wychowawczym staje się czasami w oczach innych fanaberią. Moją fanaberią. Tak, dla mnie to sytuacja wysoce luksusowa… Tak ją postrzegam. Tak, można nazwać ją fanaberią… Tak, niby nie mam prawa w takim razie marudzić…
Ale robię to… Z rzadka, ale jednak. Bo czuję się czasami wykończona (śmiem porównywać swoje zmęczenie ze zmęczeniem matki, która pędzi z pracy odebrać dziecko ze żłobka!). Rozżalona…
I tak, czuję ból wyrzeczeń (wielu). Choć samej decyzji nie żałuję…

Pogrążają mnie takie teksty jak te w ostatnich WO – wokół i na temat ‘ustawy żłobkowej’ – czasami odnoszę wrażenie, że nie posyłając M. do żłobka, skazuję Go na szereg niedogodności… Że żłobek zapewniłby Mu lepszy rozwój – stały kontakt z rówieśnikami, pełną interakcję, urozmaicenie… Więc co ja tam z moimi pielgrzymkami na plac zabaw mogę? Z najbardziej wyszukanymi zabawami w domu. Albo z odwiedzinami u rówieśników M. To wszystko przypadkowe relacje – w żłobku Dziecko miałoby stały kontakt z tymi samymi dziećmi, opiekunami, itp. Że kiedyś, w domach wielopokoleniowych, warunki przypominały właśnie te ‘żłobkowe’ – że może to żłobek jest paradoksalnie bardziej naturalnym środowiskiem dziecka niż dom, w którym spędza czas z mamą (głównie), że żłobek bardziej stymuluje rozwój emocjonalny, umysłowy, psychoruchowy, itp. Nie wiem, nie wiem, nie wiem… Czytam i zgadzam się. A potem nie zgadzam się. A potem znów się zgadzam. I tak w kółko. Mam dość!

Być może dla mnie urlop wychowawczy to asekuranctwo… Bo znam siebie i wiem, że pewnie bym potem żałowała. A odwrotu by nie było. Rozmawiając z Delie niedawno, powiedziałam jej, że nie zdecyduję się na wcześniejszy powrót do pracy zawodowej z wielu powodów. Jednym z nich jest strach – i najbardziej chyba bałabym samej siebie – tego, że sobie nie wybaczę… Wierzę (i wiem), że te trzy lata to czas najważniejszy – i dla mojego Syna, i dla mnie…
Użyłam wczoraj argumentu, że chodzi tutaj o niepowtarzalność – praca zawodowa jest dla mnie pasmem rutynowych w pewnym sensie czynności – tam zmieniają się detale, sytuacje, czasem kontekst – w przypadku M. zmienia się on sam… Bo M. sprzed trzech miesięcy to zupełnie inny M. niż ten teraz… I w przeciągu tych trzech lat zmiany te następują najgwałtowniej… Dlatego tu jestem… I z miliona innych powodów…
Choć za pracą zawodową, tym moim innym ‘kontekstem’, tęsknię bardzo…. Coraz bardziej.

Właśnie nie przyjęłam nowej, szalenie atrakcyjnej propozycji zawodowej. Dlatego piszę o tym wszystkim dzisiaj… Biłam się z myślami przez ostatnie dni…  Czy dobrze zrobiłam? Nie, nie uzyskam odpowiedzi na to pytanie za X lat, bo nie o to chodzi, że ten czas mój teraz z Dzieckiem to INWESTYCJA (nie uważam tak!) czy SZCZEPIONKA przeciw złu całego świata (w to też nie wierzę!) i kiedy M. podrośnie, zbiorę plony…Może tak, może nie.... Nie dlatego też podjęłam taką, a nie inną decyzję.
Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Wiem tylko, ze inaczej nie potrafiłam… I wiem, że nie umiem zwerbalizować tych wszystkich odczuć i emocji, które teraz mi towarzyszą… Mimo prób usilnych ;-)
Ale jeśli kiedyś, w przyszłości, będę czegoś żałować, to wolę, żeby nie był to czas, którego NIE spędziłam z Dzieckiem. Bo chyba tego najbardziej żałujemy... Tak już na samym końcu...
Tyle ode mnie.

Dlaczego na początku nadmieniłam o Zimno? Bo przeczytałam u niej coś takiego i poczułam się lżej… I dlatego, że szalenie mi Zimno imponuje! Z wielu powodów :-)

Wyrzeczenie to nie jest dobre słowo. W wyrzeczeniu nie ma cienia lansu. Lepiej mówić - dziecko mnie w niczym nie ogranicza, robię z dzieckiem wszystko tak jak do tej pory. W pracy stawiam dziecko pod biurkiem, na zakupach wkładam dziecko do sklepowego wózka. Ale to bujda. Któregoś dnia dziecko wyrasta spod biurka i wcale nie chce siedzieć w koszu. Więc dlaczego wyrzeczenie to takie marne słowo, nawet wtedy, kiedy się świadomie i dobrowolnie przez nie przechodzi?

by zimno | 2004-10-06 10:05:52

Słońca na najbliższe dni!!!

***

I jeszcze piosenka na weekend :-) Słuchamy jej - i śpiewamy - cały dzień z M., ale w innym zupełnie wykonaniu (z płyty Sing Along with Putumayo). Ale ta wersja też urocza :-)
M. tak pięknie podśpiewuje ze mną przy 'doodle, oodle, oodle, doodle, oodle, oodle, doodle, oodle, oodle oo'
Z akcentem na ooooooooo, czyli uuuuuuuuuu ;-)

Dużo dobrego dla Was!!!





piątek, 11 marca 2011


Laurka.

I piosenka :-)
Znacie już Adele?

Na dobry początek weekendu. To Boba Dylana jest oczywiście. Ale wykonanie Adele - nieziemskie!!!
Mnie zresztą ten utwór kojarzy się szczególnie...

Są takie utwory, po które jeśli sięgniecie rano, to już wiadomo, że cały dzień będzie dobry! Ten do nich należy! Słuchamy. Od rana. I śpiewamy na cały głos!!!
Wspólnie z M. :-)

W dodatku zza chmur wyjrzał kawalątek słońca... Czekamy na miłych, przedpołudniowych gości i ruszamy z nimi na dłuuugi spacer!!!
Ten czas - wyjątkowy pod wieloma względami - zostało nam go już mniej niż więcej... Czas z M. - każdy z dni najważniejszy... To była dobra decyzja - ten nasz czas RAZEM... Najlepsza! Niby wiem to każdego dnia, ale w niektóre wiem to jakby jeszcze bardziej ;-)

Dużo dobrego dla Was!
I do poniedziałku :-)

czwartek, 10 marca 2011

O resztkach zimy. I o Muminkach...

Ostatnie już takie…
Ostatnie z plamami śniegu…
Ostatnie zimowe...

Miejmy nadzieję przynajmniej ;-)
Po tyyylu słonecznych dniach deszczowy poranek aż mnie zabolał… Naprawdę. Potem było lepiej, ale ‘rozbieg’ mieliśmy dzisiaj wyjątkowo długi…

To aż dziwne, bo wczorajsze popołudnie i wieczór dały mi porządnego, energetycznego kopa :-)
Wracałam do Domu późną porą, z głową pełną NOWYCH planów i projektów, podekscytowana :-) Oj, zdaje się, że przyszedł czas na DUŻE decyzje. Na zmiany może? Bardzo lubię to uczucie i – mimo że jestem dość pogodną z natury osobą – wcale nie zdarza mi się to zbyt często – szłam sobie mianowicie ulicą Żurawią, uśmiechnięta szeroko, podskakując co pięć kroków ;-) Serio! W dodatku z wysoka, wysoka mrugał do mnie przyjaźnie cieniutki plasterek księżyca :-) a ze Studia Buffo wybiegła grupa młodych-pięknych-rozśpiewanych, prosto z próby - i tak jakoś wpasowali się w mój nastrój!
Poczucie MOCY – i jakieś takie szczęście bezbrzeżne, które trwać może tylko ułamek sekundy i tylko wtedy, kiedy odczuwamy RÓWNOWAGĘ… Wczoraj ją poczułam właśnie. Po dłuższej przerwie. I bardzo miłe to było uczucie!
A dzisiejsze popołudnie z M.
I z małym Krzysiem.
I z Muminkami (baaardzo się miło uśmiechamy!) - czy wiecie, że Paszczak to po angielsku Hemulen?
I puzzle też mamy nowe :-)

M. w nowym, granatowym płaszczyku. Wiosennym już! I dwurzędowym :-)
Patrzę na Niego z podziwem, jak sobie świetnie radzi wśród rówieśników… Jak lekko najpierw onieśmielony próbuje nawiązać z nimi kontakt. Wydaje się taki odważny. Nie staram się Go integrować na siłę… I widzę, że to dobra metoda – potrzebuje odrobiny czasu, żeby się oswoić z nowym miejscem i nowymi twarzami, ale chwilkę potem odzyskuje pewność siebie. Przysiada się do innych dzieci. Zagaduje. Dołącza do zabaw. Od czasu do czasu tylko zerka czujnie w moją stronę, sprawdza, czy jestem w pobliżu :-) 
Jestem…

***
Jutrzejszy wieczór z A. Miało być OUT. Nie będzie. Cóż… W Domu serwuję zresztą równie dobry makaron ;-) 

*** 

Na dobranoc kołysanka. Muminkowa! Ze specjalną dedykacją :-)
Pamiętacie ją może? Było kiedyś takie słuchowisko / adaptacja ‘Lata Muminków’. Śmiało mogę chyba określić je mianem ‘kultowe’! Ja miałam je na winylowej płycie… I nie zliczę, ile razy przy dźwiękach tej kołysanki zasypiałam… A ‘Jak dobrze być poziomką’ czy ktoś pamięta? Albo 'Niestety, w teatrze'? Ależ się bałam tej piosenki ;-) I 'Muminu Makuku' - ta była super! Uwielbiałam te płytę!
Ponoć można ją dostać teraz na CD :-)

wtorek, 8 marca 2011

Jeszcze do wczorajszego... I piosenka.

Teraz widzę. Że zjadło mi wczoraj kawałek tekstu. Puentę ;-)

Bo najbardziej mnie rozbawił Tatuś M,. kiedy przejęta czytałam Mu fragmenty obydwu felietonów Vargi.
- Hmm, największy problem to będą miały służby wywiadowcze jak już znikną papierowe wydania gazet – mówi.
- Służby wywiadowcze?
- No a za czym będą się chować szpiedzy na parkowych ławkach? Za tabletem? E-bookiem? Ipadem?

;-)

No tak, będzie im ciężko…

***

Oj, miałam wczoraj trudny dzień.
I trudnych będzie kilka następnych.

Dziś Dzień Kobiet :-) Zatem najlepszego - wszystkim!

I piosenka. Chyba bardzo adekwatna :-)
Zamiast kwiatka.


wtorek, 1 marca 2011

Łazienki. I trochę o chłopakach i dziewczynach ;-)

Niedziela. W Łazienkach. Między innymi.
W przemiłym towarzystwie :-) 

Pawie, kaczki i gołębie. I rybitwy.Z rzadka wrony.
I żadnych (sic!) wiewiórek!
A byliśmy przygotowani – wybraliśmy się z kolekcją orzechów w kieszeniach!
Potem kawa i długie popołudnie wybryków – tuż przy Placu Unii Lubelskiej, w jednym z naszych miejsc najulubieńszych  na podobną rekreację :-)
M. i Hania – dla mnie to niezwykłe – sposób w jaki z każdym tygodniem M. robi się coraz bardziej chłopcem, a Hania dziewczynką. Niezwykłe tym bardziej, że jako pilnej słuchaczce gender studies pewne rzeczy nie mieszczą mi się w głowie… Bo byłam przekonana, że skoro zarówno my, jak i rodzicie Hani nie będziemy starać się dopasować dzieci w określone dla konkretnej płci schematy – ani w oczekiwaniu co do ich zachowań, ani w retoryce, ani poprzez proponowane zabawy czy podsuwane zabawki – to te różnice nie będą aż tak widoczne… W dodatku w naszych domach ten podział ról na bardziej damskie i bardziej męskie też nie jest aż tak wyraźny. Tymczasem patrzę na Hanię i Miłosza i widzę jak bardzo rzeczywistość koryguje te wszystkie definicje i założenie, które chłonęłam podczas genderowych zajęć… Ciekawa to rzecz.

Chociaż wczoraj… Ubawiliśmy się pysznie, obserwując jak M. tańczy – ale jak! To, że zdaje się być dosyć muzykalnym Dzieckiem, to zauważyliśmy, jednak Jego wyczucie rytmu jest naprawdę zdumiewające. Muzyka = ruch! Dziś w Ogrodzie Saskim przy grających ławkach wywijał tak, że aż upadł pupą w kałużę ;-)
Ale wczoraj wieczorem przeszedł sam siebie – do dźwięków Reggae singin’ wg Putumayo Kids – przedstawił taki układ choreograficzny, że aż oniemieliśmy. Szczęśliwie Tatuś M. w odpowiednim momencie złapał kamerę!
Najlepsze, że tańcom towarzyszył częściowy striptiz ;-) ponieważ M. uparcie zsuwał rajstopy, tak poniżej kolan! Kompletnie nie rozumiemy skąd taki pomysł, ale bardzo podobało nam się to Jego reggae dancin’ :-) Nawet ze striptizem!

I ostatnio u nas trochę Boba Marleya! Dzieci uwielbiają takie rytmy – zresztą kto nie?


***
A dziś byliśmy tu:


Nie po raz pierwszy… Bardzo lubię to miejsce. Również za spokój i ciszę. Bo troszkę na uboczu od zgiełkliwych tras… Najlepsza pascha na świecie (no, nie licząc naszej domowej wielkanocnej, hihi!) i to serwowana w bardzo pomysłowy sposób. Ale o tym to już może jutro…


PS Odnośnie Madsa Mikkelsena jeszcze – czy wiecie, ze podkładał on głos Ryjkowi do ‘Muminków’? Wyobrażacie to sobie? ;-)))
Ach, i czy ktoś widział go (Mikkelsena, nie Ryjka!) w roli Strawińskiego? W tym filmie o jego związku z Chanel. Jakie wrażenia?

Miłego wieczoru!

czwartek, 24 lutego 2011

Serduszko z poślizgiem. A także o zabawie w teatrzyk. Oraz David Bowie :-)


Bardzo spodobał mi się dzisiejszy wpis u Delie (hmm, nie mogłam coś zrobić odnośnika do tamtego konkretnego posta). To, co wyczytałam z niego między wierszami…
O tych wszystkich rolach, jakie przychodzi nam odgrywać w życiu… I o dystansie, który sprawia, że czasami patrzymy na siebie z góry/z boku i zanosimy się śmiechem :-)
Ja też tak mam!

Zaczęłam się zastanawiać u Delie, która z ról jest mi bliższa… Czy beztroskiej, roześmianej, takiej trochę hippie Mamy, w uszance, w wygodnych camperach, na spacerze z Dzieckiem, z psem, z sankami? Dziewczyny ze słuchawkami na uszach, pogrążonej w lekturze w metrze, przegapiającej stację (notorycznie mi się to zdarza!), pędzącej dokądś z kubkiem kawy w ręce… Ciągle dokądś spóźnionej, ciągle czegoś ciekawej, ciągle czymś zachwyconej?

Bo jest jeszcze druga ja – w butach na całkiem słusznym obcasie. W żakiecie. W wytwornym naszyjniku. Bez psa, bez Dziecka i bez słuchawek ;-) Na arcypoważnym spotkaniu służbowym. Przy arcypoważnych negocjacjach. Na lotnisku. Na wściekle nudnej kolacji biznesowej. Ślęcząca nad kontraktem. Poważną korespondencją. Nad terminarzem. Nad stertą papierzysk…
Nie ma jej tutaj i raczej nie będzie. Poza tym chwilowo jest w odwrocie ;-)
Czasem mam wrażenie, że część moich bliskich, moich przyjaciół takiej mnie nie zna. Nie wyobraża sobie mnie nawet w podobnej roli...
Może to dobrze?

Ale lubię taką siebie. Naprawdę. Czasem jestem z niej nawet dumna ;-) Ale zdecydowanie bardziej wolę tę pierwszą :-) I jeśli miałabym wybierać, wybrałabym ją właśnie. Taka jestem naprawdę! A to drugie to tylko gra w teatrzyk ;-) Choć nie ukrywam, że czasami tęsknię już za tą moją 'sceną'…

Chciałam tu napisać jeszcze więcej na ten temat – głowę mam pełną zdań i myśli… Ale dość już na dzisiaj!
Przez całe popołudnie grałam M. na altowym flecie Alouette i Panie Janie. I temat z Moon River :-) I wałkowaliśmy ślimaki z ciastoliny!
A potem głośno słuchaliśmy Davida Bowie! Tej piosenki kilka razy! Uwielbiam ją również w wykonaniu F.M., ale ta jest równie elektryzująca!!! A partie Freddiego zaśpiewane przez Gail Ann Dorsey - no cudo!

Serduszko z origami to w ramach spóźnionej akcji walentynkowej! Żałuję, że nie dałam rady do Was dołączyć… Może za rok? Za jakiś czas wrzucę więcej tych serduszek, bo przygotowaliśmy ich z Mikołajem całe mnóstwo :-)

Miłego wieczoru!
Tak sobie myślę, że ta piosenka mocno ‘od czapy’, ale może właśnie nie… Czasami brzmi w moich uszach jak jakiś motyw przewodni… Jak ścieżka dźwiękowa do mojego życia… I po prostu ją lubię :-)

***

Jutro szczepienie. A potem znikamy na chwilkę :-) Wcześniej jednak wywnętrzę torebkę (co mi się bardzo marzyło i do czego mnie zachęciła D.)
Do zobaczenia więc!

piątek, 18 lutego 2011


Jutro wracamy.
Do Domu.
Naszą drogą powrotną na północ.
Ulubioną.
Tym razem we trójkę. I z psem :-)
Wyruszamy późno wieczór...
Lubię taką nocną drogę - pies i Dziecko śpiący z tyłu... Z przodu my i parę fajnych płyt na trasę :-)
Coś mi się wydaje, że potowarzyszy nam Joshua Redman ;-)
Bo miło będzie powspominać ten boski, zachwycający koncert, na który mimo mojego uporczywego kataru (wrrr!) wybraliśmy się wczoraj...

A gdybym miała zdecydować, które podróże wolę: pociągiem czy samochodem - wybieram ten pierwszy wariant...
Naprawdę :-)
Nawet jeśli muszę przebiec za M. ze trzydzieści razy cały skład kolejowy ;-)
Tam i z powrotem!
I posilać się kawą w Warsie ;-)
Lubię te nasze podróże koleją z miliona powodów... Choć z tysiąca powodów jest oczywiście mniej wygodna niż ta samochodem!

Parę zdjęć zatem z naszej drogi na południe :-)

I do zobaczenia w poniedziałek!

Miłego weekendu :-)

wtorek, 25 stycznia 2011

Dobranoc...



Nasze wieczorne rytuały: kąpiel, kolacja, szorowanie zębów i czas na sen.
Z tym bywa różnie.
Przeważnie M. natychmiast sięga po poduszkę, wypina pupę w górę (zasypianie na króliczka) i w przeciągu minuty-dwóch zasypia… Przy dźwiękach pozytywek, ma się rozumieć!
Nie czas wtedy na książeczki, przytulani-utlanki, kołysanki… Są niekonieczne.
Czasami sen jednak nie chce nadejść…
Często pomaga nam w takiej sytuacji hamak. Utulanie i bujanie…
Albo po prostu któreś z nas kładzie się obok M. i przez szczebelki Jego łóżeczka podaje rękę, Dziecko chwyta ją swoją maleńką łapką i zasypia… Płoche, jak zajączek. Króliczek.
Długo tak leżymy. Tatuś M. albo ja. Albo wszyscy razem…
Lubię te chwile. Najpierw pod powiekami przesuwają mi się obrazy z całego dnia, próbuję też pośpiesznie wyreżyserować nasze nazajutrz, ale potem przychodzi spokój… Wyciszam się… Czasami sama zapadam w drzemkę…
Kiedy Dziecko śpi już mocno, wstaję… Cichutko podążam w kierunku drzwi. Cichuteńko je przymykam. I to już jest nasza część wieczoru. Moja i Tatusia M.
No i psa, który spragniony czułości, właśnie późnymi wieczorami domaga się porcji pieszczot. I psich łakoci ;-)
I długiego spaceru. Ale to już zadanie mojego Męża ;-)


A teraz korzystam z absolutnej ciszy – Dziecko śpi, pies śpi, Tatuś M. na zakupach…

Na dobranoc. Na spokojny sen. Będę tego słuchać cały wieczór… 
Jeden z piękniejszych tematów Franza Schuberta - Litanei - tutaj w cudownej transkrypcji i w wykonaniu mojego ulubionego Accentusa...

Dobrych snów...

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Trochę o muzyce... I filmie. I o ciasteczkach owsianych ;-)



Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, skąd u licha biorą się miłośnicy i bywalcy festiwalu Warszawska Jesień – odpowiedź jest prosta. Wszystko zaczyna się w dziecięcym pokoju ;-)
Nasz M. uparcie sobie życzy na dobranoc małej kakofonii brzmień, mianowicie prosi o włączenie wszystkich  pozytywek. I to na raz! Dodam, że każda odtwarza inną melodię, w innej tonacji i innym tempie… Jest Mozarta Wiegenlied, i Brahms, i kołysanka LaLeLu. I jeszcze coś... Brzmienie, hmm, osobliwe… Ale M. urzeczony, kładzie głowę na poduszce i przy takim akompaniamencie zasypia… I śpi dobrze. Śni podobnie…
Już wiem, gdzie będzie spędzał wrześniowe wieczory za lat kilka… Na Jasnej 5 ;-)

A drążąc ten temat, nie należymy do rodziców, którzy Dziecko skazują na muzykę przeznaczoną dla małych uszu ;-) czyli taką tworzoną specjalnie dla dzieci… Zatem nie znajdzie nikt u nas składanek z piosenkami dla maluchów. No, może kilka… Choć swoją drogą ja kompilacji muzycznych nie znoszę – szczególnie odnosi się to do muzyki klasycznej (to mój bzik – dla mnie album jest pewną ‘całością’ i nie zwykłam go szatkować – z tego też powodu nie cierpię stacji muzycznych grających muzykę klasyczną ‘na kawałki’, wg jakiejś kompletnie dla mnie niepojętej top listy – ale jak mówię, to mój bzik!) - tak na marginesie.
M. słucha muzyki dużo i od samego początku… Nie wiem, czy to dobrze. Oczywiście trochę ciszy w ciągu dnia również staramy się Mu zapewnić, hehe!
Ale dziś mogę już powiedzieć co nieco na temat Jego muzycznych upodobań.
Lubi folk. Zarówno nasz, słowiański – staram się, żeby osłuchał się w tych przecudnych, jakże charakterystycznych brzmieniach - jaki i taki  z najbardziej odległych zakątków świata…   Ponoć właśnie w folklorze odnajduje się to najbardziej podstawowe źródło uwrażliwienia na muzykę. Jako że mózg mam skrojony na modłę słowiańską i dobrze się w tej przestrzeni muzycznej czuję, uważam, że i moje Dziecko powinno znać muzykę regionalną.
Ale oczywiście nie tylko. Mnóstwo więc proponujemy M. tzw. world music. Kołysanki lubi najbardziej afrykańskie, celtyckie i te z Azji (mam wrażenie, że bardzo mu odpowiada skala pentatoniczna – charakterystyczna przecież także dla polskiej muzyki ludowej!).
Poza tym muzyka klasyczna. Z wielu proponowanych tematów, M. najbardziej ukochał sobie Peer Gynta E. Griega (dlaczego mnie to nie dziwi?) oraz Bolero Ravela. Ale również klasyczne wykonania Amerykanina w Paryżu czy Porgy and Bess, czyli Gershwin :-) 
Tzw. miniatur dziecięcych natomiast za bardzo nie lubi. Również Piotrusia i Wilka (to ciekawe) ani Debussy’ego (a wydawało mi się, ze Debussy będzie idealny dla Dziecka!). Słuchamy za to dużo Mozarta oraz muzyki dawnej – i tu nikt nie przebije Jordiego Savalla i jego Hesperionu XXI. 
I M. tańczy przy tych wszystkich dźwiękach! Drobny impuls muzyczny wprawia naszego Syna w ruch!
No i oczywiście brawa! Obowiązkowe jeśli słuchamy koncertów - M. mógłby zostać zawodowym klakierem ;-) Bije brawo z takim zaangażowaniem, że głowa mała ;-)  

No i odkryciem jest Piwnica od Baranami, którą M. zdaje się ubóstwiać. Tatuś M. nie podziela naszego zachwytu, ale ja w ciągu dnia często włączam mój Piwniczny ‘sześciopak’, z którego piosenki znam na pamięć. No i słuchamy i śpiewamy z M. Głośno! Tzn. ja śpiewam, M. słucha ;-)

Natomiast z utworów przeznaczonych dla Dzieci bardzo wszystkim polecam świetną składankę Simply Kids (wiem, że odkryło ją wiele Mam!) – naprawdę bardzo udane wykonania głównie tzw. nursery rhymes (w języku angielskim) - nasze typy w tej chwili to Row Row Row Your Boat oraz London's Burning. Świetna jest ta płyta! Poza tym polecam gorąco całą serię Putumayo Kids (muzyka etniczna w fantastycznych wykonaniach – wydawana przez kultową wytwórnię world music) – M. często zasypiał przy dźwiękach z kołysankowej serii Dreamland.
Pewnym odkryciem jest dla mnie również seria RockaBye Baby, czyli całe kompilacje znanych wszystkim Rodzicom tematów rockowych (sic!), ale w wersji instrumentalnej, idealnej dla maleńkich uszu (brzmienie pozytywki!). Ciekawa rzecz.

Och, mogłabym tu pisać i pisać na ten temat. Ale jak to ktoś ładnie ujął (Frank Zappa?) ‘mówić/pisać o muzyce, to jak tańczyć o architekturze’ – choć znam takich, którzy podjęli by się tej odważnej próby ;-)

Ostatnio M. wyraźnie pod wrażeniem pewnego tematu muzycznego pochodzącego z filmu Requiem dla snu (‘Lux Aeterna’ Chrisa Mansella). Fragment niesłychanie chwytliwy… Mój Syn opracował nawet do niego dość szczególny układ choreograficzny ;-)
Tutaj ten utwór w niezrównanym wykonaniu Kronos Quartet. Bardziej na wieczór. Choć niekoniecznie na dobranoc… Ten utwór niepokoi.

***

Kiedy M. był jeszcze maleńki próbował muzykę zlokalizować. Ogromnie mnie wzruszało, kiedy wyciągał rączkę w kierunku źródła dźwięku. Jakby chciał jej dotknąć... Muzyki...


 ***

Weekend wspaniały. Wyjątkowo długi…
Choć zaczął się niepomyślnie, bo katarem M.
Ale katar szczęśliwie minął (uff…) i wygląda na to, że nie był zapowiedzią groźniejszej infekcji.
Więc były i spacery długie, i sanki. I mili goście. I dużo łakoci… I dobre, wyjątkowo dobre nastroje…
Relacja wkrótce ;-)

I filmowy akcent na sam koniec weekendu. Późnowieczorne kino z Delie. I długi, wspólny spacer z kina do Domu…
‘Czarny łabędź’ – do obejrzenia koniecznie! Duszne, mroczne kino – momentami przywołujące na myśl ‘Pianistkę’ wg prozy Elfride Jedlinek w reż. Michaela Haneke (swoją drogą jednego z moich ulubionych twórców filmowych). I mistrzowska kreacja Natalie Portman (ale o tym już chyba napisano już wszystko w recenzjach!).
Wyszłam z kina cała obolała – obrazami, treścią, grą aktorów (naprawdę brawa!). Obolała, bo przez te niemal dwie godziny trwałam w bezruchu i (niemal) bezdechu…
Doskonałe, porażające kino. Bardzo polecam.

Dzisiejszy temat muzyczny więc bardzo a’propos. Co prawda nie widziałam ‘Requiem dla snu’, ale to się zmieni. Niedługo.
A w temacie łakoci to muszę się pochwalić swoimi owsianymi ciasteczkami. Jak przystało na Mamę małego alergika, sztukę pieczenia ciastek bez mleka, jaj i masła opanowałam do perfekcji ;-) Te były nawet bez cukru!!! I boskie wyszły! Dosłownie - bo śladu już po nich nie ma!

PS A książeczka, nad którą duma M. to 'Mój pierwszy alfabet' z ilustracjami Elżbiety Wasiuczyńskiej... I gdybym tylko z jedną obrazkową książeczką miała się wyprawić z M. na wyspę bezludną, byłaby to właśnie ta. Mało słów, za to miliony opowieści wokół ilustracji. I literki poukrywane w obrazkach... Piękna książka. 'Zaczytana' przez M. na amen ;-)


poniedziałek, 17 stycznia 2011



Dzisiejsze przedpołudnie na placu zabaw.
Dwa tygodnie różnicy… Niecałe.
Co to za zima tak w ogóle? Ktoś mi nawet mignął w szortach… Sanki chowamy, wyciągamy rower…



Dziś po raz pierwszy M. tak aktywnie bawił się z innymi dziećmi. Aż tak!
Głównie z dziewczynkami: Julką i Zosią.
Ale też z Tomkiem…
Biegali wszyscy po całym placu, bawiąc się w coś na kształt berka ;-)
Mnóstwo było pisków, śmiechu, żartów i…zabawy w chowanego!!!
I trwało to długie kwadranse!
A potem M. odkrył rower Zosi. Różowy :-)

M. odważny – bawi się już na placu zabaw dla starszych dzieci – widzę, że część dla maluchów przestała go interesować…


 

Wczorajsze popołudnie spędziliśmy za to u Dziewczynek.
M. oczarowany Tosią.
Nawet sobie nie wyobrażacie przez jak długi czas i z jakim skupieniem przyglądał się maleńkiej kuzyneczce huśtającej się w bujaczku…
Tosia słodko spała, a M. po prostu zastygł… I oniemiał. Po raz pierwszy miał taki dobry widok – wcześniej albo zerkał na Malutką kiedy była karmiona przy stole albo zaglądał na paluszkach do wózka. Tym razem była to właściwa dla Jego oczu perspektywa… I tak jakby dopiero ‘odkrył’ swoją małą kuzyneczkę…
W pewnej chwili odważył się jej dotknąć.
Leciuteńko. W stópkę.
Tosia otworzyła oczy, troszkę się skrzywiła… Potem uśmiechnęła…
M. przejęty podbiegł natychmiast do maminych nóg ;-)
Ale potem wrócił.
I kiział małą Tosię po rączkach, i miział po nóżkach…
Rozkoszny widok…
I jak to dawno było… Kiedy M. był taki maleńki…

A potem nastąpiła część harców ze starszą kuzyneczką. Wrzaski! Piski! Bieganina! Wspinanie się po schodach. Po krzesłach. Zamiatanie. Tańce. Zabawa w pocztę, która polegała głównie na tym, że Z. próbowała sprzedać M. znaczki i koperty, ten natomiast dewastował okienko pocztowe, hehe, oraz kradł awiza ;-) Wandal jeden! Z zabawą w warzywniak poszło im nie lepiej! Tzn. po chwili obrzucali się sałatą ;-)
A potem była wspólna gra na pianinie.
Z. dała się przekonać i usiadła do instrumentu. M. wskoczył razem z nią na krzesło i zdecydowanie akompaniował :-) Pierwszy taki koncert na cztery ręce…
Od razu mi przed oczami stanęły te nasze koncerty – na cztery, a nawet na sześć rąk.
Nasze numery popisowe!
Była kiedyś taka ‘trójca’… Kuzynostwo. Lat temu ho ho ;-)
Jakie to niezwykłe, że już nasze Dzieci koncertują…
Czas płynie…

Ach, zapomniałam jeszcze dodać, że M. po zeszłoweekendowym wieczorze z Tatą oraz Stingiem ;-) najwyraźniej się rozochocił, bo mój sobotni wieczór z winem i kinem rozpoczął się tuż przed 23!!! Wcześniej M. dotrzymywał nam towarzystwa, nie przejawiając najmniejszego zainteresowania snem… Biorąc pod uwagę fakt, że w sobotę poszłam spać grubo po 2, a M. pobudkę zarządził po 7 – oj, było wesoło ;-)

PS Właśnie wyczytałam, że w kategorii Najlepszy Film Zagraniczny Złoty Glob otrzymała Susanne Bier za 'Haevnen'. Nie widziałam tego akurat filmu, ale zachwyciły mnie wszystkie poprzednie. Najbardziej chyba 'Tuż po weselu' - jeśli macie możliwość zobaczcie to koniecznie! Bardzo ucieszyła mnie ta nagroda!

BTW, Będę miała fajną piosenkę na wieczór :-)

poniedziałek, 10 stycznia 2011


Taka książka.
Król i morze.
O tym, co król może… Tak naprawdę…

Znakomite, oszczędne ilustracje Wolfa Erlbrucha.
I mnóstwo treści w maleńkich historiach.

Ta moja ulubiona jest o psie.
Pozwolę sobie zacytować. Autorem tekstu książeczki jest Heine Janisch.

Król i pies.

- Siad! Na miejsce! Do mnie! – krzyczy Król. – Jestem twoim królem!
- Do nogi! Stój! Smycz! – krzyknął Król. A potem sam pobiegł za psem.

Król i trąbka.

- Jestem królem – rzekł Król do trąbki. – Zagraj dla mnie!
Trąbka nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
- Rozkazuję ci! – powtórzył Król.
Trąbka nadal milczała.
Wtedy Król wziął trąbkę do ręki i leciutko w nią dmuchnął.
Trąbka wydała z siebie cichy dźwięk.
- No tak – powiedział Król.
Przyjrzał się trąbce uważnie.
- Ty nie chcesz po prostu sama zagrać – rzekł.
Pomyślał chwilę.
- No, niech i tak będzie – powiedział i zrobił głęboki
wdech.


Dla mnie ta książka traktuje również o rodzicielstwie. O relacji pomiędzy Dzieckiem a rodzicami. Chyba szukałam takiej właśnie książki. Nie kolejnego poradnika.
Znalazłam.





Król i noc

- Jesteś czarniutka – powiedział Król do nocy. – Czy nie możesz być kapkę jaśniejsza?
- O tym musisz porozmawiać z dniem – odparła noc. – On jest tu od jasności, a ja od ciemności.
Król poszukał zapałek.
- A ja jestem tu od jednego i drugiego – powiedział Król i zapalił świecę.

Król i gwiazda

- Jaki jest z ciebie pożytek? – zapytał Król gwiazdę. – Jesteś bardzo daleko. Nie mogę cie dotknąć. Co można z tobą począć?
Wtedy gwiazda nagle zniknęła.
- O, jakże wszystko jest ciemne! – Wracaj! Brak mi ciebie!
- A jednak! – odparła gwiazda i zesłała swoje najpiękniejsze promienie.




Heinz Janisch, Wolf Erlbruch, Król i morze. 21 krótkich opowiastek, wyd. Hokus-Pokus



***

Wczoraj jednak się udało.
Zamiast wina – spacer.
Z Delie.
I z psem.
Dwugodzinny, późną porą…
Oblodzona droga pod lasem okazała się zdecydowanie złym pomysłem – Filip co i rusz znikał nam z oczu w zupełnej ciemności…
Potem już było lepiej :-)
Spotkałyśmy się na południowym krańcu Warszawy, by po dwóch godzinach dotrzeć do Bukaresztu ;-)
Myślę, że to powtórzymy.
Taki spacer…

A kiedy wróciłam do Domu – a był to kawałek przed 23 – M. I Tatuś M. oglądali w najlepsze berliński koncert Stinga ;-)
Serio!
Na podłodze LEGO chaos, a oni pochłonięci muzyką :-)
Bawili się w najlepsze ;-)
Najwyraźniej!
Też jakiś sposób na ząbkowanie i nocne przebudzenia…
Trochę mi to zajęło, żeby położyć M. z powrotem do łóżeczka…
Ale potem wieczór ciągnął się jeszcze przez chwilę. Ze Stingiem, czerwonym winem i jednym odcinkiem Californication na dobranoc ;-)
O matko… Jaki dzień!

Może więc dzisiaj to
Bo jakoś tak wczoraj Sting na powrót wkradł się w moje łaski... A dawno go nie słuchałam, bo mi trącił konfekcją odrobinę ;-)
Ten drugi utwór to chyba mój zdecydowanie najulubieńszy... W tej toskańskiej wersji z 2001 właśnie...

niedziela, 9 stycznia 2011

Nocny weekendowy kurs esperanto ;-) oraz kilka obrazków, Janis Joplin i nowi sąsiedzi…




M. od piątku budzi się w nocy z płaczem. Trzonowce, jak już wspominałam… Dla nas to coś nowego, bo do tej pory kolejne zęby pojawiały się niezauważenie…
Ale utulony, pocieszony w płaczu M. nie marnuje dalszej części nocy na sen, o nie ;-) tylko całkiem już wyspany szaleje w łóżeczku - wyproszony z naszego łózka po tym, jak całkiem urocze kizi-mizi (czyli czułe głaskanie Mamy i Taty po twarzach) przeistacza się w łubu-dubu (czyli okładanie pięściami i nogami rozmaitych części ciała. Mojego głównie, bo Tatuś M. robi uniki ;-)
Dziecko wraca więc do siebie.
Zadowolone z życia (nocnego).
I mówi.
Długimi, całymi zdaniami. Odpowiednio intonując. Ba, gestykulując wręcz!!!
W kompletnie nam nieznanym języku. Brzmieniowo coś jak esperanto ;-)))

Szczerze mówiąc bardzo nas to bawi.
Bo w ciągu dnia inspirację w słowotwórstwie M. najwyraźniej czerpie z języka ojczystego, jednak pod osłoną nocy sprawa wygląda zgoła inaczej ;-)
Pękamy ze śmiechu, dusząc twarze w poduszkach – brzmi to wszystko tak zabawnie. Niesłychanie. I nie do odtworzenia niestety…

Pod wpływem tych nocnych autodyskusji rano powstają takie oto dzieła ;-)
 

Weekend przedłużony. Pozornie. Bo i tak szybko jakoś minął.
Towarzysko głównie.
Mamy też nowych sąsiadów. Z Dzieckiem w wieku M.
Też chłopcem :-)
Hurra!
Pierwsze lody zostały przełamane sąsiedzką przedpołudniową kawą Mam i harcami Dzieci (zabawkowy odkurzacz naszego małego sąsiada okazał się wystarczającym pretekstem, żeby ogłosić bunt przy próbie opuszczenie ich mieszkania, hehe!), a wczoraj zaprosiliśmy sąsiadów do nas – kawa, herbata i wino. I ciasteczka – obłędne kruche orzeszki z kremowym nadzieniem, które upiekła Sąsiadka. I moje cytrynowo-malinowe muffiny. Które oczywiście nie udały się tak jak powinny ;-) A dla Dzieci paluszki – dla mojego M. absolutny hit w ostatnich dniach…

To zabawne, bo do tej pory nasze relacje z sąsiadami były dość oszczędne (no, może poza całkiem serdecznymi kontaktami z Ważną Panią, której chodzimy ‘po głowie’ oraz kilkoma psiarzami!)… Jakoś tak nam z nikim po drodze specjalnie nie było. A tu nagle miła odmiana. Fajnie. Zupełnie jak za starych, innych czasów… Dobry sąsiad na wagę złota, prawda?

A potem fajny, długi wieczór z Tatą M.
 
A w temacie zadanym przed Delie – hmm, póki co nic…
Choć za moimi Chłopakami przed chwilą zamknęły się drzwi – niepowtarzalna (przynajmniej do następnego weekendu – choć nie, w następny weekend będzie to niemożliwe!) to szansa na czas próżny i trywialny i coś tylko dla siebie… Co prawda moja TO-DO-LIST na dziś pęka w szwach i nic a nic nie zostało jeszcze z niej odhaczone, ale może to dobry pomysł odłożyć wszystko na jutro? Bo w końcu jutro też jest dzień ;-)

Zatem niech będzie.
Kawa. Wysokie, wysokie latte…
Książka. Z tych nowych, zakolejkowanych. Niech te pozaczynane odetchną choć chwilkę…
I coś takiego… Głośno! Bo sąsiedzi przecież wyrozumiali ;-) 
Przypomniała mi się ta płyta Janis, kiedy wczoraj słuchaliśmy tego kawałka w samochodzie, wydzierając się oczywiście w głos ;-)
Jeden z najlepszych energizerów, jakie znam. Oh, I love it!!!
Mała zmiana klimatów, bo od tygodni w naszym Domu króluje Cassandry Wilson 'Silver Pony' :-) No i Denzal Sinclaire. I Peer Gynt, ale o tym może jutro...






I jeszcze dwie rzeczy. Bo dziś gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. I wzrusza mnie to ogromnie i cieszy niebywale! Od tylu lat już!!! Pamiętam jak sama kwestowałam w odległych, późnopodstawówkowych albo i wczesnolicealnych czasach… A teraz M. dostał swoje pierwsze czerwone serduszko… I w ogóle tyle się od tamtych lat zmieniło, a Orkiestra wciąż gra :-) I grać będzie. Do końca świata i o jeden dzień dłużej :-)

A druga smutna. Bo parę dni temu zmarł Krzysztof Kolberger… I ogromnie mnie zasmuciła ta wiadomość. Bardzo Go ceniłam. Najbardziej mnie zachwycił chyba w 'Scenach z życia małżeńskiego' I. Bergmana z Marią Pakulnis w Scenie Prezentacje… Lata temu… Bardzo żal… Bardzo.

 
Udanego popołudnia!

Mnie jeszcze czeka dobry wieczór. Z winem. I z pewną cholernie fajną Dziewczyną :-) Również (prawie) po sąsiedzku… 

To może jeszcze coś takiego.  Dla mnie klasyk. Do głośnego posłuchania. Na fajne, niedzielne popołudnie!!! Albo i na wieczór :-)

Do miłego!