![]() |
Sobotnie popołudnie w Parku Dreszera. Jagnięcina na obiad. Wyśmienita… Po obiedzie długi spacer. Taki aż do niskiego słońca… |
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkania. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 14 marca 2011
Nie do końca udany początek tygodnia... I małe podsumowanie weekendu. Bardzo udanego :-)
czwartek, 10 marca 2011
O resztkach zimy. I o Muminkach...
![]() |
Ostatnie już takie… Ostatnie z plamami śniegu… Ostatnie zimowe... Miejmy nadzieję przynajmniej ;-) |
![]() |
A dzisiejsze popołudnie z M. I z małym Krzysiem. I z Muminkami (baaardzo się miło uśmiechamy!) - czy wiecie, że Paszczak to po angielsku Hemulen? I puzzle też mamy nowe :-) M. w nowym, granatowym płaszczyku. Wiosennym już! I dwurzędowym :-) Patrzę na Niego z podziwem, jak sobie świetnie radzi wśród rówieśników… Jak lekko najpierw onieśmielony próbuje nawiązać z nimi kontakt. Wydaje się taki odważny. Nie staram się Go integrować na siłę… I widzę, że to dobra metoda – potrzebuje odrobiny czasu, żeby się oswoić z nowym miejscem i nowymi twarzami, ale chwilkę potem odzyskuje pewność siebie. Przysiada się do innych dzieci. Zagaduje. Dołącza do zabaw. Od czasu do czasu tylko zerka czujnie w moją stronę, sprawdza, czy jestem w pobliżu :-) Jestem… *** Jutrzejszy wieczór z A. Miało być OUT. Nie będzie. Cóż… W Domu serwuję zresztą równie dobry makaron ;-) *** Na dobranoc kołysanka. Muminkowa! Ze specjalną dedykacją :-) Pamiętacie ją może? Było kiedyś takie słuchowisko / adaptacja ‘Lata Muminków’. Śmiało mogę chyba określić je mianem ‘kultowe’! Ja miałam je na winylowej płycie… I nie zliczę, ile razy przy dźwiękach tej kołysanki zasypiałam… A ‘Jak dobrze być poziomką’ czy ktoś pamięta? Albo 'Niestety, w teatrze'? Ależ się bałam tej piosenki ;-) I 'Muminu Makuku' - ta była super! Uwielbiałam te płytę! Ponoć można ją dostać teraz na CD :-) |
wtorek, 22 lutego 2011
![]() | |||||||
Słoneczne popołudnia. Piękne światło. Cudne cienie. I balony. Zamiast nart, bo dopadło nas małe przeziębienie… M. i Jego starszy braciszek. Mikołaj. Nieczęste spotkania. Ale zawsze do zapamiętania. Do niezapomnienia, jak mawia Ewa :-) Popołudnia i wieczory. Gry planszowe, Lego, puzzle, origami. Wiersze i piosenki. Takie, których uczę Chłopaków :-) No i balony. Te łączą pokolenia. Wszystkich cieszą. Balony i mydlane bańki. Czary-mary i powrót do Dzieciństwa. Niezawodny na to sposób. I Pippi Langstrumpf. Książka na dobranoc. I film na dzień deszczowy. Film stary, jeszcze z lat 70-tych. Bardzo go lubię. Bardzo polubił go Mikołaj. Bo Pippi to Ktoś! Zatem trochę kolorów. Barwnych plam. Roześmianych. Bo tak zerknęłam wstecz i jakoś trochę ponuro tutaj… Ani trochę kolorowo. Przynajmniej ostatnio... Szaroniebiesko głównie. I zielonkawo… A i buro nawet. W dodatku ten wpis wczorajszy jakiś taki przygnębiający trochę... Zatem zmieniam paletę :-) A na koniec piosenka! Nie pamiętam, czy kiedyś pisałam tutaj o Sade. Zresztą to temat na osobny rozdział :-) Może kiedyś o taki się pokuszę tutaj... Czasem, kiedy mi niefajnie, włączam Sade. Dużo Sade. W dzień płyty, nocą ten koncert na DVD. Swojego czasu byłam od niego uzależniona ;-) A The Sweetest Tabu w tej wersji live - no, mistrzostwo... Zresztą czasami mam wrażenie, że każda jej piosenka, każda płyta jest moją ulubioną... Sade jest osobna. Zarówno jeśli chodzi o muzykę - ta jest niepowtarzalna - jak i o urodę. Sade to dla mnie oddzielna kategoria piękna... W Sade wszystko jest piękne. Niebanalne. I w jakimś sensie tajemnicze... Ciekawa jestem, czy odbieracie ją podobnie? Zatem piosenka. Dzisiaj ta. PS I jeszcze raz Wam dziękuję za te wszystkie słowa wczoraj. Bardzo mi pomogły. Dziękuję przeogromnie... |


![]() |
poniedziałek, 14 lutego 2011
A tak w ogóle to fajnie jest być ciocią :-)
![]() |
Naprawdę cudnie :-) A szczególnie ciocią takiej czternastolatki! |
Cudnie jest być ciocią…
Można posłuchać miliona opowieści: szkolnych i pozaszkolnych. O lekturach. O piosenkach. O krukach i poezji E.A Poe (sic!). I o książkach Saramago. O trylionie spraw ważnych i arcyważnych. O przyjaźniach. Przyjaciołach. Fascynacjach. O ważnych wyborach. I o licznym domowym zwierzyńcu albo o koncercie Leonarda Cohena. Można się też po prostu powygłupiać i poprzedrzeźniać. Podroczyć. Można piec pół nocy muffiny i smażyć stosy naleśników! Albo spędzić kawał popołudnia w perfumerii ;-) A przedpołudnie na zasypanym śniegiem placu zabaw!
Lub w księgarni. A wieczorem pić gorącą czekoladę z mlekiem. I słabiutką latte ;-)
I z własnej półki zgarniać książki, które „musisz, musisz przeczytać!” i upychać je w plecaku O… I wyciągać z szuflad stare DVD. Te wszystkie ‘nasze’ filmy, które oglądaliśmy lat temu naście, ja i Tatuś M., będąc dokładnie w wieku O.
I oglądać je we trójkę wieczorami: Jim Jarmush, Kieślowski, Wim Wenders, Tim Burton, Coenowie, Emir Kusturica…
I przypomnieć sobie te swoje wszystkie filmowe olśnienia, te wieczory w DKFie, te dyskusje po projekcjach ;-)
I cieszyć się teraz, widząc zachwyt w oczach O. po obejrzeniu tych właśnie filmów… Prawdziwy zachwyt.
Można patrzeć z niedowierzaniem na te 180 cm wzrostu, piękne oczy młodej Liv Ulmann i ogromne zielone martensy (rozmiar 42 chyba!)… I zachodzić w głowę, kiedy to minęło… Bo jeszcze tak niedawno O. była w wieku naszego M. Jak dobrze Ją taką pamiętam… Nawet jeszcze młodszą…
I można, a nawet trzeba przypomnieć sobie siebie z tamtych czasów. Z czasów, kiedy O. była małą dziewczynką. A ja miałam dokładnie tyle lat co O. teraz… I też nosiłam martensy (a jakże!) i nieodłączne słuchawki w uszach… I nawet te samy płyty w plecaku (OK, ja miałam płyty i discmana, O. ma empeczwórkę, hihi): Led Zeppelin, The Doors, Nirvana, te klimaty… ;-)
Fajna sprawa… Naprawdę fajnie być ciocią…
PS Myślę, że o jednym z obejrzanych wspólnie z O. filmie powinnam napisać więcej. O Arizona Dream. Bo to jeden z takich made-me-movies. Kto wie, czy nie najważniejszy… Obejrzany z milion razy. Ale najbardziej pamiętam ten pierwszy seans. W kinie Rialto ;-) Na wieczornym, poniedziałkowym DKFie… Maj’94 bodaj… Ten film jest dla mnie pewnym punktem odniesienia. I pewnie w jakimś stopniu zainspirował mnie do takich, a nie innych wyborów życiowych… Których czasem zdarza mi się żałować – bo może łatwiej. wygodniej byłoby pójść inną drogą. Ale to tylko czasem tak pomyślę. I chyba nigdy naprawdę. Ten film i ta ścieżka dźwiękowa. Film o człowieku i o rybie, między innymi… Kawałek mojego życia… Ciekawa jestem, czy Waszego również?
Na dobranoc więc piosenka…
Taka.
Taka.
niedziela, 30 stycznia 2011
Rozdział o zabawkach :-) i o sannie z Delie... Sannie na dwie Mamy, dwóch Tatusiów, dwoje Dzieci i dwie pary sanek :-)

Muszę napisać więcej o nowej i najulubieńszej zabawce naszego Syna, czyli zdalnie sterowanym autku.
Bo to jest niesłychana sprawa - M. zupełnie zwariował na jego punkcie!
Pierwsze kroki rano kieruje w stronę pojazdu! I natychmiast go uruchamia!
Wow!
Sterowanie nie do końca Mu jeszcze wychodzi – ale radzi sobie całkiem świetnie jak na 20-miesięcznego malucha!
W każdym razie potrafi (raczej intuicyjnie) kierować autkiem do przodu i do tyłu. Ze skręcaniem gorzej.
Najfajniej jest kiedy stery przejmuje Tatuś :-)
M. za samochodem biega wtedy po całym mieszkaniu. Ucieka kiedy autko rusza za nim…
Jest odważny, ale kiedy samochód się zbliża do Jego nóżek – odrobinkę wystraszony przyspiesza i najchętniej wskakuje na sofę!
Albo kiedy Tatuś zaparkuje autko pod komodą, wówczas M. podskakuje na sofie, niecierpliwi się, zagląda, podbiega sprawdzić, czy autko wciąż tam stoi… I czeka...
Pojazd rusza – wtedy słychać pisk radości albo brawa!
I rajd rusza od początku…
Coś czuję, że z autkiem zaprzyjaźnimy się na dłużej :-)
Ale żeby nie było wyłącznie o motoryzacji, wróciły do nas po akcji WYMIANA dawno nie widziane zabawki M.
Na przykład drewniana gąsienica na sznurku.
Albo żaba-klekotka.
W ogóle zabawki do pchania czy ciągnięcia cieszą się wielką popularnością w naszym Domu.
Niedawno M. dostał taki obrotowy pchacz z terkoczącymi kulkami w środku.
Ponieważ wciąż odpadał z niego kij, uszczelniłam otwór kawałkiem papieru.
Chwilę później kijek znowu wypadł i M. z wielkim skupieniem próbował zamocować go z powrotem. Nie wychodziło. W pewnym momencie sięgnął po papierek, klasnął ze szczęścia i począł mocować kij z ‘uszczelką’. Z powodzeniem!
Wow! Wciąż nie mogę wyjść z zachwytu nad Jego umiejętnościami, precyzją, zmysłem obserwacji.
Jak sprytnie łączy drewniane tory (składane trochę jak puzzle) i wagoniki na magnes.
Jak pięknie potrafi dobierać w pary zwierzątka z Arki Noego. Choć problem stanowi Noe i Jego żona Bo nie są wcale podobni ;-)
I zdumiewa mnie jak pięknie M. radzi sobie z układaniem drewnianym puzzli. Ale to temat na oddzielną opowieść!
Mądry Chłopak z Niego…
Wiem, wiem, jestem po uszy we własnym Synu zakochana ;-)
Ale raczej mi to nie przejdzie!
![]() |
| Pozostawiona przez Hanię lala skończyłaby, jak widać, marnie... Ale z sentymentu do szmacianych lalek, uratowałam ją od tragicznej śmierci kolejowej dosłownie w ostatniej chwili ;-) |
![]() |
| Rajstopy w groszki :-) Uwielbiam w nich M. Mimo, że są 'dziewczyńskie' chyba ;-) |
***
Wróciliśmy właśnie z M. i z Tatusiem M. przed chwilką z Powsina.
Wspólne sanki z Delie, Chłopcem i Tatą Chłopca.
Pyszna sanna!
Spora górka!
Dzieci!
Sanki!
Sama radość!!!
Samo szczęście!!!
Nie zliczę, ile razy zjechałam z górki, zasypując przy tym Syna śniegiem – hamowałam już od samej góry, bo taaaki był spadek!
M. zaśmiewywał się w głos przy każdym zjeździe!
A Synek Delie z brawurą taranował kartonowe muchomory ;-)
Cudnie było!
Zabraliśmy herbatę w termosach – jak dobrze było usiąść w zaśnieżonym amfiteatrze i popijać gorącą KusmiTea z termosowych kubków…Naszą SpicyChoco i Delie St.Petersbug :-)
Fotorelacja pewnie wkrótce u Delie. Ja wciąż na fotograficznym odwyku ;-)
A jak zrobi się już cieplej planujemy urządzić tam piknik.
Z ryżową sałatką, kurczakiem na zimno i lemoniadą,..
I z dużym wiklinowym koszem.
I serwetką w kratkę vichy. Biało-czerwoną naturalnie.
I w tym samym składzie :-)
M. zasnął w drodze powrotnej – i to snem sprawiedliwego.
Już w Domu, zupełnie niewzruszony, dał sobie na tym śnie ściągnąć kombinezon, buty i czapkę (nawet oka nie otworzył!) i położyliśmy Go do łóżeczka…
Zjadamy po misce ogórkowej, a potem pędzimy dalej…
Och, o tym, co wczoraj i co jutro to już chyba trochę później…
Na razie zostawiam Was z melodią – taką na popołudnie. Leniwe. Nieśpieszne. Niedzielne.
Nie możemy się jakoś odkleić od tych dźwięków. Właśnie tym utworem zakończył się film, który obejrzeliśmy wczoraj późno w nocy…
Spokojnego popołudnia!
PS Mały update :-)
Najulubieńsza zabawka naszego Syna została pozbawiona jednego kółka. Ale i z trzema dobrze sobie radzi. Trochę gorzej skręca i jedzie zdecydowanie wolniej, ale może to i lepiej? ;-)
poniedziałek, 17 stycznia 2011
![]() |
Dzisiejsze przedpołudnie na placu zabaw.
Dwa tygodnie różnicy… Niecałe.
Co to za zima tak w ogóle? Ktoś mi nawet mignął w szortach… Sanki chowamy, wyciągamy rower…

![]() |
M. odważny – bawi się już na placu zabaw dla starszych dzieci – widzę, że część dla maluchów przestała go interesować… |

Wczorajsze popołudnie spędziliśmy za to u Dziewczynek.
M. oczarowany Tosią.
Nawet sobie nie wyobrażacie przez jak długi czas i z jakim skupieniem przyglądał się maleńkiej kuzyneczce huśtającej się w bujaczku…
Tosia słodko spała, a M. po prostu zastygł… I oniemiał. Po raz pierwszy miał taki dobry widok – wcześniej albo zerkał na Malutką kiedy była karmiona przy stole albo zaglądał na paluszkach do wózka. Tym razem była to właściwa dla Jego oczu perspektywa… I tak jakby dopiero ‘odkrył’ swoją małą kuzyneczkę…
W pewnej chwili odważył się jej dotknąć.
Leciuteńko. W stópkę.
Tosia otworzyła oczy, troszkę się skrzywiła… Potem uśmiechnęła…
M. przejęty podbiegł natychmiast do maminych nóg ;-)
Ale potem wrócił.
I kiział małą Tosię po rączkach, i miział po nóżkach…
Rozkoszny widok…
I jak to dawno było… Kiedy M. był taki maleńki…
A potem nastąpiła część harców ze starszą kuzyneczką. Wrzaski! Piski! Bieganina! Wspinanie się po schodach. Po krzesłach. Zamiatanie. Tańce. Zabawa w pocztę, która polegała głównie na tym, że Z. próbowała sprzedać M. znaczki i koperty, ten natomiast dewastował okienko pocztowe, hehe, oraz kradł awiza ;-) Wandal jeden! Z zabawą w warzywniak poszło im nie lepiej! Tzn. po chwili obrzucali się sałatą ;-)
A potem była wspólna gra na pianinie.
Z. dała się przekonać i usiadła do instrumentu. M. wskoczył razem z nią na krzesło i zdecydowanie akompaniował :-) Pierwszy taki koncert na cztery ręce…
Od razu mi przed oczami stanęły te nasze koncerty – na cztery, a nawet na sześć rąk.
Nasze numery popisowe!
Była kiedyś taka ‘trójca’… Kuzynostwo. Lat temu ho ho ;-)
Jakie to niezwykłe, że już nasze Dzieci koncertują…
Czas płynie…
Ach, zapomniałam jeszcze dodać, że M. po zeszłoweekendowym wieczorze z Tatą oraz Stingiem ;-) najwyraźniej się rozochocił, bo mój sobotni wieczór z winem i kinem rozpoczął się tuż przed 23!!! Wcześniej M. dotrzymywał nam towarzystwa, nie przejawiając najmniejszego zainteresowania snem… Biorąc pod uwagę fakt, że w sobotę poszłam spać grubo po 2, a M. pobudkę zarządził po 7 – oj, było wesoło ;-)
PS Właśnie wyczytałam, że w kategorii Najlepszy Film Zagraniczny Złoty Glob otrzymała Susanne Bier za 'Haevnen'. Nie widziałam tego akurat filmu, ale zachwyciły mnie wszystkie poprzednie. Najbardziej chyba 'Tuż po weselu' - jeśli macie możliwość zobaczcie to koniecznie! Bardzo ucieszyła mnie ta nagroda!
BTW, Będę miała fajną piosenkę na wieczór :-)
PS Właśnie wyczytałam, że w kategorii Najlepszy Film Zagraniczny Złoty Glob otrzymała Susanne Bier za 'Haevnen'. Nie widziałam tego akurat filmu, ale zachwyciły mnie wszystkie poprzednie. Najbardziej chyba 'Tuż po weselu' - jeśli macie możliwość zobaczcie to koniecznie! Bardzo ucieszyła mnie ta nagroda!
BTW, Będę miała fajną piosenkę na wieczór :-)
poniedziałek, 10 stycznia 2011

Taka książka.
Król i morze.
O tym, co król może… Tak naprawdę…
Znakomite, oszczędne ilustracje Wolfa Erlbrucha.
I mnóstwo treści w maleńkich historiach.
Ta moja ulubiona jest o psie.
Pozwolę sobie zacytować. Autorem tekstu książeczki jest Heine Janisch.
Król i pies.
- Siad! Na miejsce! Do mnie! – krzyczy Król. – Jestem twoim królem!
- Do nogi! Stój! Smycz! – krzyknął Król. A potem sam pobiegł za psem.
Król i trąbka.
- Jestem królem – rzekł Król do trąbki. – Zagraj dla mnie!
Trąbka nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
- Rozkazuję ci! – powtórzył Król.
Trąbka nadal milczała.
Wtedy Król wziął trąbkę do ręki i leciutko w nią dmuchnął.
Trąbka wydała z siebie cichy dźwięk.
- No tak – powiedział Król.
Przyjrzał się trąbce uważnie.
- Ty nie chcesz po prostu sama zagrać – rzekł.
Pomyślał chwilę.
- No, niech i tak będzie – powiedział i zrobił głęboki
wdech.
Dla mnie ta książka traktuje również o rodzicielstwie. O relacji pomiędzy Dzieckiem a rodzicami. Chyba szukałam takiej właśnie książki. Nie kolejnego poradnika.
Znalazłam.
Król i noc
- Jesteś czarniutka – powiedział Król do nocy. – Czy nie możesz być kapkę jaśniejsza?
- O tym musisz porozmawiać z dniem – odparła noc. – On jest tu od jasności, a ja od ciemności.
Król poszukał zapałek.
- A ja jestem tu od jednego i drugiego – powiedział Król i zapalił świecę.
Król i gwiazda
- Jaki jest z ciebie pożytek? – zapytał Król gwiazdę. – Jesteś bardzo daleko. Nie mogę cie dotknąć. Co można z tobą począć?
Wtedy gwiazda nagle zniknęła.
- O, jakże wszystko jest ciemne! – Wracaj! Brak mi ciebie!
- A jednak! – odparła gwiazda i zesłała swoje najpiękniejsze promienie.
Heinz Janisch, Wolf Erlbruch, Król i morze. 21 krótkich opowiastek, wyd. Hokus-Pokus
***
Wczoraj jednak się udało.
Zamiast wina – spacer.
Z Delie.
I z psem.
Dwugodzinny, późną porą…
Oblodzona droga pod lasem okazała się zdecydowanie złym pomysłem – Filip co i rusz znikał nam z oczu w zupełnej ciemności…
Potem już było lepiej :-)
Spotkałyśmy się na południowym krańcu Warszawy, by po dwóch godzinach dotrzeć do Bukaresztu ;-)
Myślę, że to powtórzymy.
Taki spacer…
A kiedy wróciłam do Domu – a był to kawałek przed 23 – M. I Tatuś M. oglądali w najlepsze berliński koncert Stinga ;-)
Serio!
Na podłodze LEGO chaos, a oni pochłonięci muzyką :-)
Bawili się w najlepsze ;-)
Najwyraźniej!
Też jakiś sposób na ząbkowanie i nocne przebudzenia…
Trochę mi to zajęło, żeby położyć M. z powrotem do łóżeczka…
Ale potem wieczór ciągnął się jeszcze przez chwilę. Ze Stingiem, czerwonym winem i jednym odcinkiem Californication na dobranoc ;-)
O matko… Jaki dzień!
Może więc dzisiaj to?
I to.
Bo jakoś tak wczoraj Sting na powrót wkradł się w moje łaski... A dawno go nie słuchałam, bo mi trącił konfekcją odrobinę ;-)
Ten drugi utwór to chyba mój zdecydowanie najulubieńszy... W tej toskańskiej wersji z 2001 właśnie...
niedziela, 9 stycznia 2011
Nocny weekendowy kurs esperanto ;-) oraz kilka obrazków, Janis Joplin i nowi sąsiedzi…

M. od piątku budzi się w nocy z płaczem. Trzonowce, jak już wspominałam… Dla nas to coś nowego, bo do tej pory kolejne zęby pojawiały się niezauważenie…
Ale utulony, pocieszony w płaczu M. nie marnuje dalszej części nocy na sen, o nie ;-) tylko całkiem już wyspany szaleje w łóżeczku - wyproszony z naszego łózka po tym, jak całkiem urocze kizi-mizi (czyli czułe głaskanie Mamy i Taty po twarzach) przeistacza się w łubu-dubu (czyli okładanie pięściami i nogami rozmaitych części ciała. Mojego głównie, bo Tatuś M. robi uniki ;-)
Dziecko wraca więc do siebie.
Zadowolone z życia (nocnego).
I mówi.
Długimi, całymi zdaniami. Odpowiednio intonując. Ba, gestykulując wręcz!!!
W kompletnie nam nieznanym języku. Brzmieniowo coś jak esperanto ;-)))
Szczerze mówiąc bardzo nas to bawi.
Bo w ciągu dnia inspirację w słowotwórstwie M. najwyraźniej czerpie z języka ojczystego, jednak pod osłoną nocy sprawa wygląda zgoła inaczej ;-)
Pękamy ze śmiechu, dusząc twarze w poduszkach – brzmi to wszystko tak zabawnie. Niesłychanie. I nie do odtworzenia niestety…
Pod wpływem tych nocnych autodyskusji rano powstają takie oto dzieła ;-)
Towarzysko głównie.
Mamy też nowych sąsiadów. Z Dzieckiem w wieku M.
Też chłopcem :-)
Hurra!
Pierwsze lody zostały przełamane sąsiedzką przedpołudniową kawą Mam i harcami Dzieci (zabawkowy odkurzacz naszego małego sąsiada okazał się wystarczającym pretekstem, żeby ogłosić bunt przy próbie opuszczenie ich mieszkania, hehe!), a wczoraj zaprosiliśmy sąsiadów do nas – kawa, herbata i wino. I ciasteczka – obłędne kruche orzeszki z kremowym nadzieniem, które upiekła Sąsiadka. I moje cytrynowo-malinowe muffiny. Które oczywiście nie udały się tak jak powinny ;-) A dla Dzieci paluszki – dla mojego M. absolutny hit w ostatnich dniach…
To zabawne, bo do tej pory nasze relacje z sąsiadami były dość oszczędne (no, może poza całkiem serdecznymi kontaktami z Ważną Panią, której chodzimy ‘po głowie’ oraz kilkoma psiarzami!)… Jakoś tak nam z nikim po drodze specjalnie nie było. A tu nagle miła odmiana. Fajnie. Zupełnie jak za starych, innych czasów… Dobry sąsiad na wagę złota, prawda?
A potem fajny, długi wieczór z Tatą M.
A w temacie zadanym przed Delie – hmm, póki co nic…
Choć za moimi Chłopakami przed chwilą zamknęły się drzwi – niepowtarzalna (przynajmniej do następnego weekendu – choć nie, w następny weekend będzie to niemożliwe!) to szansa na czas próżny i trywialny i coś tylko dla siebie… Co prawda moja TO-DO-LIST na dziś pęka w szwach i nic a nic nie zostało jeszcze z niej odhaczone, ale może to dobry pomysł odłożyć wszystko na jutro? Bo w końcu jutro też jest dzień ;-)
Zatem niech będzie.
Kawa. Wysokie, wysokie latte…
Książka. Z tych nowych, zakolejkowanych. Niech te pozaczynane odetchną choć chwilkę…
I coś takiego… Głośno! Bo sąsiedzi przecież wyrozumiali ;-)
Przypomniała mi się ta płyta Janis, kiedy wczoraj słuchaliśmy tego kawałka w samochodzie, wydzierając się oczywiście w głos ;-)
Jeden z najlepszych energizerów, jakie znam. Oh, I love it!!!
Mała zmiana klimatów, bo od tygodni w naszym Domu króluje Cassandry Wilson 'Silver Pony' :-) No i Denzal Sinclaire. I Peer Gynt, ale o tym może jutro...
Mała zmiana klimatów, bo od tygodni w naszym Domu króluje Cassandry Wilson 'Silver Pony' :-) No i Denzal Sinclaire. I Peer Gynt, ale o tym może jutro...
I jeszcze dwie rzeczy. Bo dziś gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. I wzrusza mnie to ogromnie i cieszy niebywale! Od tylu lat już!!! Pamiętam jak sama kwestowałam w odległych, późnopodstawówkowych albo i wczesnolicealnych czasach… A teraz M. dostał swoje pierwsze czerwone serduszko… I w ogóle tyle się od tamtych lat zmieniło, a Orkiestra wciąż gra :-) I grać będzie. Do końca świata i o jeden dzień dłużej :-)
A druga smutna. Bo parę dni temu zmarł Krzysztof Kolberger… I ogromnie mnie zasmuciła ta wiadomość. Bardzo Go ceniłam. Najbardziej mnie zachwycił chyba w 'Scenach z życia małżeńskiego' I. Bergmana z Marią Pakulnis w Scenie Prezentacje… Lata temu… Bardzo żal… Bardzo.
Udanego popołudnia!
Mnie jeszcze czeka dobry wieczór. Z winem. I z pewną cholernie fajną Dziewczyną :-) Również (prawie) po sąsiedzku…
To może jeszcze coś takiego. Dla mnie klasyk. Do głośnego posłuchania. Na fajne, niedzielne popołudnie!!! Albo i na wieczór :-)
Do miłego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































