Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 marca 2011

Jeszcze o słodkich malinach... I o gorzkim słowie WYRZECZENIE... Do poczytania na dłuuugi weekend ;-)

Jeszcze trochę w temacie malin…
Zdjęcia sprzed ośmiu miesięcy. W malinowym chruśniaku u Prababci ;-)
Malinowo-poziomkowym.
Pełnia lata.
M. taki inny… Przeglądałam wczoraj zdjęcia z tamtego okresu i – nie do wiary jak się zmienił…
Inne rysy, mam wrażenie. Inna budowa ciała. Proporcje…Rączki już nie takie pulchne. Dopiero widzę, jak bardzo M. wysmuklał, wydłuuużył się ;-) I ta zupełnie inna dynamika ciała. I włosy jakie króciutkie wtedy miał! Niesłychane…
Często zerkam na te zdjęcia najwcześniejsze i czuję, jakbym oglądała fotografie w cudzym albumie… Nawet ja na tych zdjęciach jakaś inna się wydaję ;-)


Rozczulają mnie te zdjęcia malinowe. M. łakomczuszek wyciągał rączki w stronę dojrzałych owoców, których pilnie wypatrywał w gęstwinie krzewów. Rozdziawiał buzię, kiedy piękna, dojrzała malina wędrowała w stronę Jego usteczek… Niecierpliwił się, kiedy zbierając maliny do miseczki, zapomniałam o ‘stałej dostawie’ do buzi M. Potem już obsługiwał się sam ;-) Póki co, maliny są produktem wysokiego ryzyka dla M. – mam na myśli, że potencjalnie uczulają… W zeszłe lato jeszcze tego nie wiedzieliśmy :-( Ponieważ w tej chwili systematycznie wprowadzamy kolejne produkty z ‘czarnej listy’ (z różnym skutkiem), będziemy próbować latem z malinami… Zobaczymy...

Wczoraj mrożone maliny (dzielnie je mroziłam latem z myślą o M. – no i proszę – trzy spore woreczki do rozdysponowania) posłużyły nam za kostki lodu ;-) Zapomnieliśmy zamrozić i groziło to serwowaniem drinków na ciepło, hehe! Okazało się to znakomitym pomysłem! Od razu barwiły nam drinki na różowo ;-)
Malinowy był też deser – zapiekane owoce pod pierzynką ciasta… Nieskromnie powiem: mniammmm…

Tyle o malinach (i poziomkach) :-)

A my wracamy niestety do punktu wyjścia – sprzed tygodnia… M. od rana kaszle. I kaszle. I kaszle. Wydawało się, że przed nami słoneczny weekend w plenerach po kilkudniowym, przymusowym areszcie domowym ;-)
Niech to…

***

Znacie blog Zimno? Pewnie, że znacie…
No właśnie…

Wczoraj długi wieczór z E. i P.
Długi, z tequilą, przy stole pełnym smakołyków (na literkę T), w dobrych poparyskich nastrojach (E. i P. wrócili dopiero co!).
I długie rozmowy.
Również (a może głównie) o macierzyństwie. Rodzicielstwie. Moim i Tatusia M. – E. i P. dzieci nie mają (jeszcze).
Rozmowa głośna, z lekka pozbawiona ładu (a czasem i sensu). w jakiś sposób dla mnie bolesna… Czasem sama już nie wiem, czy próbuję przekonać innych, czy samą siebie… I nawet wśród tych, z którymi łączą mnie i priorytety, i pasje, czuję się pojedyncza w swoim przywiązaniu do pewnych (dla mnie oczywistych) racji… I w którymś momencie tracę potrzebę argumentowania… Przestaje mi zależeć na zrozumieniu… Robię swoje, robię co uważam za słuszne i już... Ale i tak boli…
Jasne, chciałabym, żeby każdy dzielił moje poglądy (chociaż z drugiej strony może to i bez sensu?) i pomysły na życie…
Poczułam się źle, mówiąc o – tak, użyję tego słowa – wyrzeczeniach. I poświęceniach (tfu, cóż za obrzydliwy wyraz! - oba te słowa zresztą wydają mi się w tym kontekście tak naprawdę mocno nieadekwatne i nacechowane pejoratywnie…).
O wyrzeczeniach związanych z rodzicielstwem (głównie jednak macierzyństwem).
Poczułam się fatalnie – jakbym sama sobie przywdziewała fartuch 'Matki-Polki', z którą mało mam przecież wspólnego… Matki zmęczonej. Sfrustrowanej. Pełnej żalu oraz tęsknot… Momentami, przecież nie permanentnie! Zrezygnowanej.
OK, czy powinnam zacząć mówić o macierzyństwie, że to nieprzerwane pasmo sukcesów, pełnej szczęśliwości i pomyślnych zdarzeń? Ale to trochę bujda.
Czuję się jako mama szczęśliwą, spełnioną kobietą. Czuję się równocześnie kobietą/mamą wolną i samostanowiącą (Czyż prawdziwie wyzwolona kobieta to nie ta, która robi to, na co ma ochotę? Ja mam ochotę na ten czas domowy teraz – na domowe macierzyństwo przed czasem przedszkolnym). Mój związek z Tatusiem M. mogę z pełną uczciwością określić mianem partnerskiego (co nie oznacza braku nieporozumień i konfliktów, hihi).    
Próbując być uczciwą wobec samej siebie (ale także innych), pewne emocje nazywam po prostu po imieniu… Chcę być wiarygodna. Zawsze chciałam. I potwornie cierpię, kiedy podobna szczerość obraca się przeciw mnie…
No bo, czy przyszło Wam do głowy, żeby komuś, kto skarży (sporadycznie i umiarkowanie) się na dolegliwości związane z sytuacją zawodową, zarzucać brak konsekwencji? No bo skoro podjął wyzwanie, itd… Że jeśli nie daje rady – powinien zmienić pracę albo w ogóle ją rzucić? Nie, w podobnej sytuacji każdy klepnie ‘marudę’ w ramię i powie, że zna to uczucie…Zrozumie. Pocieszy. Nie osądzi...
Nie, nie, wczorajsza rozmowa wcale nie przebiegała w tym tonie, ale czasem wyczuwam gdzieś, między słowami, podobne sugestie… Jestem na nie wyczulona. A może przewrażliwiona?
Warianty są dwa: szczerość albo jej brak. Wychowywanie Dziecka to nie wyłącznie  spacery w słońcu i wspólne czytanie bajeczek… Jest dużo pytań, obaw, klęsk i pustki. I – o paradoksie! – sporo samotności w tym wszystkim…

Nasza (świadoma) decyzja o moim trzyletnim urlopie wychowawczym staje się czasami w oczach innych fanaberią. Moją fanaberią. Tak, dla mnie to sytuacja wysoce luksusowa… Tak ją postrzegam. Tak, można nazwać ją fanaberią… Tak, niby nie mam prawa w takim razie marudzić…
Ale robię to… Z rzadka, ale jednak. Bo czuję się czasami wykończona (śmiem porównywać swoje zmęczenie ze zmęczeniem matki, która pędzi z pracy odebrać dziecko ze żłobka!). Rozżalona…
I tak, czuję ból wyrzeczeń (wielu). Choć samej decyzji nie żałuję…

Pogrążają mnie takie teksty jak te w ostatnich WO – wokół i na temat ‘ustawy żłobkowej’ – czasami odnoszę wrażenie, że nie posyłając M. do żłobka, skazuję Go na szereg niedogodności… Że żłobek zapewniłby Mu lepszy rozwój – stały kontakt z rówieśnikami, pełną interakcję, urozmaicenie… Więc co ja tam z moimi pielgrzymkami na plac zabaw mogę? Z najbardziej wyszukanymi zabawami w domu. Albo z odwiedzinami u rówieśników M. To wszystko przypadkowe relacje – w żłobku Dziecko miałoby stały kontakt z tymi samymi dziećmi, opiekunami, itp. Że kiedyś, w domach wielopokoleniowych, warunki przypominały właśnie te ‘żłobkowe’ – że może to żłobek jest paradoksalnie bardziej naturalnym środowiskiem dziecka niż dom, w którym spędza czas z mamą (głównie), że żłobek bardziej stymuluje rozwój emocjonalny, umysłowy, psychoruchowy, itp. Nie wiem, nie wiem, nie wiem… Czytam i zgadzam się. A potem nie zgadzam się. A potem znów się zgadzam. I tak w kółko. Mam dość!

Być może dla mnie urlop wychowawczy to asekuranctwo… Bo znam siebie i wiem, że pewnie bym potem żałowała. A odwrotu by nie było. Rozmawiając z Delie niedawno, powiedziałam jej, że nie zdecyduję się na wcześniejszy powrót do pracy zawodowej z wielu powodów. Jednym z nich jest strach – i najbardziej chyba bałabym samej siebie – tego, że sobie nie wybaczę… Wierzę (i wiem), że te trzy lata to czas najważniejszy – i dla mojego Syna, i dla mnie…
Użyłam wczoraj argumentu, że chodzi tutaj o niepowtarzalność – praca zawodowa jest dla mnie pasmem rutynowych w pewnym sensie czynności – tam zmieniają się detale, sytuacje, czasem kontekst – w przypadku M. zmienia się on sam… Bo M. sprzed trzech miesięcy to zupełnie inny M. niż ten teraz… I w przeciągu tych trzech lat zmiany te następują najgwałtowniej… Dlatego tu jestem… I z miliona innych powodów…
Choć za pracą zawodową, tym moim innym ‘kontekstem’, tęsknię bardzo…. Coraz bardziej.

Właśnie nie przyjęłam nowej, szalenie atrakcyjnej propozycji zawodowej. Dlatego piszę o tym wszystkim dzisiaj… Biłam się z myślami przez ostatnie dni…  Czy dobrze zrobiłam? Nie, nie uzyskam odpowiedzi na to pytanie za X lat, bo nie o to chodzi, że ten czas mój teraz z Dzieckiem to INWESTYCJA (nie uważam tak!) czy SZCZEPIONKA przeciw złu całego świata (w to też nie wierzę!) i kiedy M. podrośnie, zbiorę plony…Może tak, może nie.... Nie dlatego też podjęłam taką, a nie inną decyzję.
Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Wiem tylko, ze inaczej nie potrafiłam… I wiem, że nie umiem zwerbalizować tych wszystkich odczuć i emocji, które teraz mi towarzyszą… Mimo prób usilnych ;-)
Ale jeśli kiedyś, w przyszłości, będę czegoś żałować, to wolę, żeby nie był to czas, którego NIE spędziłam z Dzieckiem. Bo chyba tego najbardziej żałujemy... Tak już na samym końcu...
Tyle ode mnie.

Dlaczego na początku nadmieniłam o Zimno? Bo przeczytałam u niej coś takiego i poczułam się lżej… I dlatego, że szalenie mi Zimno imponuje! Z wielu powodów :-)

Wyrzeczenie to nie jest dobre słowo. W wyrzeczeniu nie ma cienia lansu. Lepiej mówić - dziecko mnie w niczym nie ogranicza, robię z dzieckiem wszystko tak jak do tej pory. W pracy stawiam dziecko pod biurkiem, na zakupach wkładam dziecko do sklepowego wózka. Ale to bujda. Któregoś dnia dziecko wyrasta spod biurka i wcale nie chce siedzieć w koszu. Więc dlaczego wyrzeczenie to takie marne słowo, nawet wtedy, kiedy się świadomie i dobrowolnie przez nie przechodzi?

by zimno | 2004-10-06 10:05:52

Słońca na najbliższe dni!!!

***

I jeszcze piosenka na weekend :-) Słuchamy jej - i śpiewamy - cały dzień z M., ale w innym zupełnie wykonaniu (z płyty Sing Along with Putumayo). Ale ta wersja też urocza :-)
M. tak pięknie podśpiewuje ze mną przy 'doodle, oodle, oodle, doodle, oodle, oodle, doodle, oodle, oodle oo'
Z akcentem na ooooooooo, czyli uuuuuuuuuu ;-)

Dużo dobrego dla Was!!!





wtorek, 1 marca 2011

Łazienki. I trochę o chłopakach i dziewczynach ;-)

Niedziela. W Łazienkach. Między innymi.
W przemiłym towarzystwie :-) 

Pawie, kaczki i gołębie. I rybitwy.Z rzadka wrony.
I żadnych (sic!) wiewiórek!
A byliśmy przygotowani – wybraliśmy się z kolekcją orzechów w kieszeniach!
Potem kawa i długie popołudnie wybryków – tuż przy Placu Unii Lubelskiej, w jednym z naszych miejsc najulubieńszych  na podobną rekreację :-)
M. i Hania – dla mnie to niezwykłe – sposób w jaki z każdym tygodniem M. robi się coraz bardziej chłopcem, a Hania dziewczynką. Niezwykłe tym bardziej, że jako pilnej słuchaczce gender studies pewne rzeczy nie mieszczą mi się w głowie… Bo byłam przekonana, że skoro zarówno my, jak i rodzicie Hani nie będziemy starać się dopasować dzieci w określone dla konkretnej płci schematy – ani w oczekiwaniu co do ich zachowań, ani w retoryce, ani poprzez proponowane zabawy czy podsuwane zabawki – to te różnice nie będą aż tak widoczne… W dodatku w naszych domach ten podział ról na bardziej damskie i bardziej męskie też nie jest aż tak wyraźny. Tymczasem patrzę na Hanię i Miłosza i widzę jak bardzo rzeczywistość koryguje te wszystkie definicje i założenie, które chłonęłam podczas genderowych zajęć… Ciekawa to rzecz.

Chociaż wczoraj… Ubawiliśmy się pysznie, obserwując jak M. tańczy – ale jak! To, że zdaje się być dosyć muzykalnym Dzieckiem, to zauważyliśmy, jednak Jego wyczucie rytmu jest naprawdę zdumiewające. Muzyka = ruch! Dziś w Ogrodzie Saskim przy grających ławkach wywijał tak, że aż upadł pupą w kałużę ;-)
Ale wczoraj wieczorem przeszedł sam siebie – do dźwięków Reggae singin’ wg Putumayo Kids – przedstawił taki układ choreograficzny, że aż oniemieliśmy. Szczęśliwie Tatuś M. w odpowiednim momencie złapał kamerę!
Najlepsze, że tańcom towarzyszył częściowy striptiz ;-) ponieważ M. uparcie zsuwał rajstopy, tak poniżej kolan! Kompletnie nie rozumiemy skąd taki pomysł, ale bardzo podobało nam się to Jego reggae dancin’ :-) Nawet ze striptizem!

I ostatnio u nas trochę Boba Marleya! Dzieci uwielbiają takie rytmy – zresztą kto nie?


***
A dziś byliśmy tu:


Nie po raz pierwszy… Bardzo lubię to miejsce. Również za spokój i ciszę. Bo troszkę na uboczu od zgiełkliwych tras… Najlepsza pascha na świecie (no, nie licząc naszej domowej wielkanocnej, hihi!) i to serwowana w bardzo pomysłowy sposób. Ale o tym to już może jutro…


PS Odnośnie Madsa Mikkelsena jeszcze – czy wiecie, ze podkładał on głos Ryjkowi do ‘Muminków’? Wyobrażacie to sobie? ;-)))
Ach, i czy ktoś widział go (Mikkelsena, nie Ryjka!) w roli Strawińskiego? W tym filmie o jego związku z Chanel. Jakie wrażenia?

Miłego wieczoru!

poniedziałek, 21 lutego 2011

Niespożyta energia M., czyli frustracji młodej matki ciąg dalszy ;-) I szarobury spacer z Ewą. Ale w słońcu!

Wróciłam zmęczona.
Okrutnie…
Szczęśliwa, ale zmęczona…

Niespożyta energia mojego Syna daje się we znaki.
Wszystkim ;-)
M. w jednej sekundzie znajduje się w trzech (najmniej!) miejscach.
Przy czym specjalizuje się głównie w czynnościach wysokiego ryzyka…
Jest uparty.
Uroczy, ale uparty.
Momentami nie daję rady.
Widzę obłęd w oczach Babci. Cioć. I Wujków.
I w oczach Tatusia M.
Wizyty, które składamy stają się bardzo kłopotliwe.
Coraz bardziej.
Dla wszystkich.
Ja nie zdążę nawet wypić kawy. Odwiedziny zaczynam od przemeblowywania cudzego mieszkania ;-) Od ogołacania stolików kawowych i przenoszenia co cenniejszych sprzętów na wyższe poziomy! Serwowane dania zjadamy wszyscy na stojąco, układając talerzyki daleko poza zasięgiem rąk i wzroku M.
Ale i tak od czasu do czasu u kogoś runie lampa na przykład (Ewuń, raz jeszcze przepraszamy!)
Moje cudowne, arcyspokojne Dziecko (przynajmniej to, którym M. był jeszcze parę tygodni temu) stało się szalejącym wulkanem niespożytej energii!
Psotnikiem.
Psują.
Łotrem.
Najsłodszym, najdroższym łobuzem.
Mój błogi spokój i mocno już nadwerężona cierpliwość zaczynają szwankować.
Nie mam już żadnego pomysłu na dyscyplinowanie Syna i tłumaczenie Mu jak bardzo niebezpieczne/kłopotliwe/nieuprzejme są Jego pomysły.
Z Dziecka, które swoją uwagę potrafiło przez długie minuty skupiać na jednej czynności, wykonywanej z oddaniem i precyzją, wyrósł mały hultaj, którego wszystko cieszy, bawi i interesuje ale przez jakieś cztery sekund...
Rozkojarzenie i połykanie nieoswojonej przestrzeni – jakie to dziwne u Dziecka, które potrafi przecież skupić uwagę i nawiązać kontakt, kiedy nie jest rozproszone poznawaniem nowego…

Wiem, to TEN czas.
Wiem, to pewnie wcale nie jest ADHD.
Wiem, to bunt dwulatka.
Wiem, teorię znam ;-)
Wiem, zaraz z tego wyrośnie (chyba?).
Ale…


Naprawdę nie mogę już…
Czasami.
Coraz częściej.
Nie chcę stać się tą pokrzykującą, zniecierpliwioną i wyszarpującą z rąk Dziecka przedmioty matką.
Jakich wiele, niestety…
Wciąż staram się być tą fajną, uśmiechniętą i rozsądną Mamą.
Taką, która rozumie. Nie karci bez sensu, bez skutku. Nie podnosi głosu bez przyczyny. Taką, która zawsze ma pomysł na odwrócenie uwagi Dziecka, kiedy zajęte jest czymś niemądrym.
Ale też taką, która wychowuje.
A ja teraz już wcale nie jestem pewna, czy aby wychowuję M.
Bo wydaje mi się, ze wszystko zaczyna się wymykać pod kontroli.
I niedługo wszyscy zaczną patrzeć na mnie z pobłażaniem jak na kogoś, kto nie ma wpływu na własne Dziecko. Kto wychowuje je bez żadnych reguł. I bez zasad.
A tak przecież nie jest.

Ale czasami już sama nie wiem...
Naprawdę.


Wydaje mi się, że M. w Domu zachowuje się inaczej.
Inny jest też nasz rytm życia tutaj.
I Dom jest przestrzenią zupełnie oswojoną.
Kiedy wybieramy się gdziekolwiek z wizytą, kiedy zamieszkujemy na jakiś czas u Babci, nagle ta nowa, obca przestrzeń staje się największą atrakcją. Frajda jest w wysuwaniu szuflad, wdrapywaniu się na krzesła, ściąganiu obrusów i zrywaniu zasłon (sic!), których w Domu brak.
Największa radość w bieganiu po schodach, włączaniu i wyłączaniu wszystkich możliwych urządzeń, atakowaniu kontaktów i uderzaniu pilotem od telewizora w stół (aż wszystkie baterie pofruną wysoko, wysoko pod sufit!).
Klocki, puzzle i samochodziki stają się czymś wysoce niekoniecznym.
Te same zabawki, którymi Dziecko bawi się w Domu, wydają się jakąś pomyłką i służyć mogą jedynie do rzucania na odległość…
I kiedy wszystkim tłumaczę, że tak naprawdę wszystko wygląda inaczej, czuje lekko pobłażliwe spojrzenia i uprzejme przytakiwania ;-)
- Tak, tak, na pewno. Dzieci takie są. Wszystkie.
Chociaż chwilkę później okazuje się, że jednak nie wszystkie ;-) bo czyjś syn, wnuk albo siostrzeniec  'zachowywał się zupełnie inaczej - ale też miał odpowiednią w Domu dyscyplinę'. 
W przeciwieństwie do M. (czytam między wierszami).
No właśnie. Mało kto mi wierzy, że i w naszym Domu pewne reguły obowiązują... 

Na wszelki wypadek zabieramy ze sobą zawsze małą harmonijkę – kiedy już M. zaprezentuje cały wachlarz zachowań niegrzecznych i zrobi odpowiedni bałagan, podaję mu ów instrument i próbujemy mini recitalem zatrzeć złe wrażenie ;-) Zazwyczaj się udaje! Jeszcze.


Ratunkuuuuuu!!!


My naprawdę wychowujemy M. 
Naprawdę.
Nie jesteśmy Rodzicami, którzy pozwalają na wszystko. M. ponosi (odpowiednie dla swojego wieku oczywiście) konsekwencje swoich czynów. Jest nagradzany. I karcony kiedy trzeba.
Staramy się. Pracujemy. Wychowujemy Dziecko świadomie. Poszukujemy dobrych rozwiązań. Radzimy się mądrzejszych. Bardziej doświadczonych. Staramy się być wzorem. Próbujemy. Pokazujemy. Cały czas...
Ale niekoniecznie przynosi to wszystko zamierzone przez nas rezultaty. I efekty.
I często błądzimy...
M. energii ma za troje. Za czworo ;-)
I czasami ciężko dać jej upust. Zwłaszcza zimą. Zwłaszcza w dzień pochmurny. Zwłaszcza w cudzych wnętrzach ;-)

Nic.
Czekamy.
I czekamy.
Byle do wiosny!

Uratuje nas ogród ;-)

Na razie zawieszamy wizyty i odwiedziny. Przynajmniej tam, gdzie nie ma dzieci ;-) albo gdzie dzieci już urosły, a rodzice zapomnieli jak to było ;-)



Tymczasem kilka zdjęć z cudownego spaceru z Ewą (na zdjęciach z M.).
Tą od lampy ;-)
Z moją najdroższą i najdawniejszą Przyjaciółką.
Taką od zawsze i na zawsze.
I chyba najulubieńszą Ciocią M.
Bo Ewa jest czarodziejką. Najprawdziwszą. Ona dzieci zaklina… Ma niezwykły dar i wielki do Dzieci talent.
Jest cudownym pedagogiem. I cudowną malarką. Artystką.
I będzie cudowną Mamą. Już w maju :-)
A jej Lena z pewnością nie będzie się zachowywać jak mały dzikus ;-)
Będzie subtelną, uroczą Dziewczynką. Na pewno!

A oto i Lena. Ta w środku ;-)


***

Uff...
Trochę mi lżej jak to z siebie wyrzuciłam.
Lżej, ale wcale nie lepiej...
Może lepiej już nie będzie?
Niech będzie tylko troszkę łatwiej...
To już będzie bardzo dużo :-)

Tymczasem przygotowałam sobie michę owsianki.
Z łyżką muscovado, z garścią surowego ziarna kakao (jak ono przyjemnie w tej owsiance chrupie!) i z chmurą cynamonu.
Już mi lepiej :-)
Oj, tak!


poniedziałek, 24 stycznia 2011

Trochę o muzyce... I filmie. I o ciasteczkach owsianych ;-)



Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, skąd u licha biorą się miłośnicy i bywalcy festiwalu Warszawska Jesień – odpowiedź jest prosta. Wszystko zaczyna się w dziecięcym pokoju ;-)
Nasz M. uparcie sobie życzy na dobranoc małej kakofonii brzmień, mianowicie prosi o włączenie wszystkich  pozytywek. I to na raz! Dodam, że każda odtwarza inną melodię, w innej tonacji i innym tempie… Jest Mozarta Wiegenlied, i Brahms, i kołysanka LaLeLu. I jeszcze coś... Brzmienie, hmm, osobliwe… Ale M. urzeczony, kładzie głowę na poduszce i przy takim akompaniamencie zasypia… I śpi dobrze. Śni podobnie…
Już wiem, gdzie będzie spędzał wrześniowe wieczory za lat kilka… Na Jasnej 5 ;-)

A drążąc ten temat, nie należymy do rodziców, którzy Dziecko skazują na muzykę przeznaczoną dla małych uszu ;-) czyli taką tworzoną specjalnie dla dzieci… Zatem nie znajdzie nikt u nas składanek z piosenkami dla maluchów. No, może kilka… Choć swoją drogą ja kompilacji muzycznych nie znoszę – szczególnie odnosi się to do muzyki klasycznej (to mój bzik – dla mnie album jest pewną ‘całością’ i nie zwykłam go szatkować – z tego też powodu nie cierpię stacji muzycznych grających muzykę klasyczną ‘na kawałki’, wg jakiejś kompletnie dla mnie niepojętej top listy – ale jak mówię, to mój bzik!) - tak na marginesie.
M. słucha muzyki dużo i od samego początku… Nie wiem, czy to dobrze. Oczywiście trochę ciszy w ciągu dnia również staramy się Mu zapewnić, hehe!
Ale dziś mogę już powiedzieć co nieco na temat Jego muzycznych upodobań.
Lubi folk. Zarówno nasz, słowiański – staram się, żeby osłuchał się w tych przecudnych, jakże charakterystycznych brzmieniach - jaki i taki  z najbardziej odległych zakątków świata…   Ponoć właśnie w folklorze odnajduje się to najbardziej podstawowe źródło uwrażliwienia na muzykę. Jako że mózg mam skrojony na modłę słowiańską i dobrze się w tej przestrzeni muzycznej czuję, uważam, że i moje Dziecko powinno znać muzykę regionalną.
Ale oczywiście nie tylko. Mnóstwo więc proponujemy M. tzw. world music. Kołysanki lubi najbardziej afrykańskie, celtyckie i te z Azji (mam wrażenie, że bardzo mu odpowiada skala pentatoniczna – charakterystyczna przecież także dla polskiej muzyki ludowej!).
Poza tym muzyka klasyczna. Z wielu proponowanych tematów, M. najbardziej ukochał sobie Peer Gynta E. Griega (dlaczego mnie to nie dziwi?) oraz Bolero Ravela. Ale również klasyczne wykonania Amerykanina w Paryżu czy Porgy and Bess, czyli Gershwin :-) 
Tzw. miniatur dziecięcych natomiast za bardzo nie lubi. Również Piotrusia i Wilka (to ciekawe) ani Debussy’ego (a wydawało mi się, ze Debussy będzie idealny dla Dziecka!). Słuchamy za to dużo Mozarta oraz muzyki dawnej – i tu nikt nie przebije Jordiego Savalla i jego Hesperionu XXI. 
I M. tańczy przy tych wszystkich dźwiękach! Drobny impuls muzyczny wprawia naszego Syna w ruch!
No i oczywiście brawa! Obowiązkowe jeśli słuchamy koncertów - M. mógłby zostać zawodowym klakierem ;-) Bije brawo z takim zaangażowaniem, że głowa mała ;-)  

No i odkryciem jest Piwnica od Baranami, którą M. zdaje się ubóstwiać. Tatuś M. nie podziela naszego zachwytu, ale ja w ciągu dnia często włączam mój Piwniczny ‘sześciopak’, z którego piosenki znam na pamięć. No i słuchamy i śpiewamy z M. Głośno! Tzn. ja śpiewam, M. słucha ;-)

Natomiast z utworów przeznaczonych dla Dzieci bardzo wszystkim polecam świetną składankę Simply Kids (wiem, że odkryło ją wiele Mam!) – naprawdę bardzo udane wykonania głównie tzw. nursery rhymes (w języku angielskim) - nasze typy w tej chwili to Row Row Row Your Boat oraz London's Burning. Świetna jest ta płyta! Poza tym polecam gorąco całą serię Putumayo Kids (muzyka etniczna w fantastycznych wykonaniach – wydawana przez kultową wytwórnię world music) – M. często zasypiał przy dźwiękach z kołysankowej serii Dreamland.
Pewnym odkryciem jest dla mnie również seria RockaBye Baby, czyli całe kompilacje znanych wszystkim Rodzicom tematów rockowych (sic!), ale w wersji instrumentalnej, idealnej dla maleńkich uszu (brzmienie pozytywki!). Ciekawa rzecz.

Och, mogłabym tu pisać i pisać na ten temat. Ale jak to ktoś ładnie ujął (Frank Zappa?) ‘mówić/pisać o muzyce, to jak tańczyć o architekturze’ – choć znam takich, którzy podjęli by się tej odważnej próby ;-)

Ostatnio M. wyraźnie pod wrażeniem pewnego tematu muzycznego pochodzącego z filmu Requiem dla snu (‘Lux Aeterna’ Chrisa Mansella). Fragment niesłychanie chwytliwy… Mój Syn opracował nawet do niego dość szczególny układ choreograficzny ;-)
Tutaj ten utwór w niezrównanym wykonaniu Kronos Quartet. Bardziej na wieczór. Choć niekoniecznie na dobranoc… Ten utwór niepokoi.

***

Kiedy M. był jeszcze maleńki próbował muzykę zlokalizować. Ogromnie mnie wzruszało, kiedy wyciągał rączkę w kierunku źródła dźwięku. Jakby chciał jej dotknąć... Muzyki...


 ***

Weekend wspaniały. Wyjątkowo długi…
Choć zaczął się niepomyślnie, bo katarem M.
Ale katar szczęśliwie minął (uff…) i wygląda na to, że nie był zapowiedzią groźniejszej infekcji.
Więc były i spacery długie, i sanki. I mili goście. I dużo łakoci… I dobre, wyjątkowo dobre nastroje…
Relacja wkrótce ;-)

I filmowy akcent na sam koniec weekendu. Późnowieczorne kino z Delie. I długi, wspólny spacer z kina do Domu…
‘Czarny łabędź’ – do obejrzenia koniecznie! Duszne, mroczne kino – momentami przywołujące na myśl ‘Pianistkę’ wg prozy Elfride Jedlinek w reż. Michaela Haneke (swoją drogą jednego z moich ulubionych twórców filmowych). I mistrzowska kreacja Natalie Portman (ale o tym już chyba napisano już wszystko w recenzjach!).
Wyszłam z kina cała obolała – obrazami, treścią, grą aktorów (naprawdę brawa!). Obolała, bo przez te niemal dwie godziny trwałam w bezruchu i (niemal) bezdechu…
Doskonałe, porażające kino. Bardzo polecam.

Dzisiejszy temat muzyczny więc bardzo a’propos. Co prawda nie widziałam ‘Requiem dla snu’, ale to się zmieni. Niedługo.
A w temacie łakoci to muszę się pochwalić swoimi owsianymi ciasteczkami. Jak przystało na Mamę małego alergika, sztukę pieczenia ciastek bez mleka, jaj i masła opanowałam do perfekcji ;-) Te były nawet bez cukru!!! I boskie wyszły! Dosłownie - bo śladu już po nich nie ma!

PS A książeczka, nad którą duma M. to 'Mój pierwszy alfabet' z ilustracjami Elżbiety Wasiuczyńskiej... I gdybym tylko z jedną obrazkową książeczką miała się wyprawić z M. na wyspę bezludną, byłaby to właśnie ta. Mało słów, za to miliony opowieści wokół ilustracji. I literki poukrywane w obrazkach... Piękna książka. 'Zaczytana' przez M. na amen ;-)


wtorek, 18 stycznia 2011

Kawiarniane życie M. :-)



Śmieję się, że pierwszą kolację ‘na mieście’ moje Dziecko zjadło w szóstej czy siódmej dobie swojego życia ;-) 
Ponieważ M. urodził się w maju, pogoda sprzyjała wieczornym wędrówkom i faktycznie, nawet już po zmroku zabieraliśmy wózek, czasem psa i spacerowaliśmy… Niedaleko nas znajduje się urocza rodzinna restauracyjka (zawsze idziemy do ‘Włocha’, ale tak naprawdę ma całkiem inną nazwę) – jedna z moich ulubionych w okolicy. Serwują w niej znakomitą cacciucco alla livornese, czyli toskańską zupę rybną, całkiem smaczne pasty oraz znakomite czekoladowe profiterolki :-)
I podają najlepszą na świecie zbożówkę, która smakuje jak prawdziwa, wyborna kawa – a to rzadkość w naszych restauracjach i kawiarniach… I na tę zbożówkę lubiłam tam zaglądać za ‘mlecznych’ czasów jeszcze ;-)
Tatuś M. zamawiał małe espresso, ja swoją kawę albo po prostu kubek spienionego mleka, pies kładł się wygodnie pod stolikiem, M. czasami drzemał w wózku, a czasem zasypiał na naszych kolanach… W ciepłe majowe jeszcze, a potem czerwcowe wieczory… To był dobry czas.
Mam wielki sentyment do tego miejsca :-)

Dla mnie to było bardzo ważne. Chciałam sobie udowodnić, że tak można. Że tak to właśnie będzie wyglądać… Że w żaden sposób nie dam się zamknąć w czterech ścianach, że nie zrezygnuję z życia towarzyskiego, kawiarnianego, takiego, jakie prowadziłam wcześniej… Które uwielbiałam.
Oczywiście, pewne zmiany nastąpiły ;-) ale jednak M. spędził gros czasu w kawiarnianych ogródkach albo baraszkując na przepastnych kanapach naszych ulubionych restauracji…

Teraz jest gorzej, bo nie usiedzi ani przez chwilkę… Bo wszystko Go interesuje… Nie tylko zawartość talerza i serwetnik na środku stołu, jak to miało miejsce jeszcze kilka miesięcy temu ;-)
Na całe szczęście istnieje całe mnóstwo miejsc przyjaznych Dzieciom i Mamom – kilka świetnych również w naszej najbliższej okolicy. Uwielbiam do nich zaglądać. M. również :-) Zazwyczaj spotykamy w nich jakieś inne Mamy (lub Tatusiów – i to coraz częściej!) z Dziećmi, więc M. od razu ma towarzystwo! Bardzo często, wracając z długiego spaceru, zamiast pędzić do Domu, zatrzymujemy się w takiej mama friendly cafe – posilamy drobną przekąską, rozgrzewamy porządną herbatą – i pędzimy dalej…

Zdjęcie pochodzi z jednego z takich 'naszych' miejsc… Najnowszych na mapie :-)
Dziś zabraliśmy tam na pyszny napar rooibos z imbirem i sokiem malinowym Mamę Tosi (oraz Tosię)… Na chwilkę odetchnąć… M. przeszczęśliwy: ma tam swój ulubiony, tekturowy domek, cały serwis obiadowy do zabawy, kolorowe balony, maski karnawałowe, kręgle, itepe...
Przedpołudnie spędziliśmy więc wesoło :-) Chociaż spacer nie należał do tych najbardziej udanych – wiał silny wiatr, a M. wzgardził wózkiem i uparcie szedł w odwrotnym od zamierzonego przez nas kierunku… Były łzy. I złość. I wierzganie nogami nawet!!!

To już ten czas. Ciężkiego, stanowczego buntu…
Momentami mam dość.
Dobrze więc czasami zajrzeć w takie miejsce. Po łyk kawy. I łyk siły ;-)
Taki zadaszony plac zabaw…
I plac wytchnienia dla Mam ;-)

Dobranoc.
I dla wytchnienia jeszcze takie coś...

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Nie jestem kreatywna.
Do takiego wniosku dochodzę, kiedy widzę Tatusia M. jak bawi się z Dzieckiem. Na przykład klockami.
Na ile świetnych pomysłów wpada…
Jak w jednej chwili potrafi wykreować cały wszechświat z Lego.
Zaaranżować tysiące przezabawnych sytuacji.
Zabawki animuje z talentem godnym Jima Hensona. Naprawdę! Bardzo tego zazdroszczę, bo w moich rękach nawet pacynki jakieś takie drętwe… Bez życia.
Tatuś M. w niezwykły sposób ożywia każdą zabawkę…
M. pęka wtedy ze śmiechu.
(Ja zresztą również!)

Wycofuję się.
Z zazdrością się przyglądam tym ich wspólnym zabawom.
Mają swój czas. I swój świat. Trochę osobny od mojego…
Cieszy mnie to.
Ale i gdzieś kłuje. Tak delikatnie. I głęboko.

Tata i Syn.
Tak miało być…

Wiecie, że ja od samego początku czułam, że to będzie Chłopiec.
Nie, że wolałam. To nie tak…
Ale wiedziałam to.

M. sobie ulubił ostatnio taką naszą maskę indonezyjską... Przygląda się jej uważnie i całuje, co zresztą dobrze widać na tym zdjęciu... No i te Jego rzęsy...

Ach, no i piosenka. Na dobranoc. I z urodzinową dedykacją dla Bu :-)
(King Crimson następnym razem, OK?)




środa, 12 stycznia 2011


Rodzicielstwo budzi w nas tęsknoty.
Za tym co minęło również…
Ale ja najbardziej tęsknię do tego, co przede mną…
Tęsknie za tym, co minie w przyszłości...
Taki paradoks.

Nie, nie chodzi o to, że nie mogę się czegoś doczekać.
Chociaż to oczywiście też.
Ja już tęsknię.
Bo wiem, że to, do czego tęsknię też jakoś prędziutko minie...
Dziś tęsknię na przykład za pierwszą wyprawą na łyżwy z M.
Za pierwszymi latawcami, które będziemy razem puszczać wiosną…
Za wyprawą na ryby.
Na grzyby.
Za pierwszym biwakiem w górach.
Za pierwszym balem w przedszkolu.
Za pierwszymi Jasełkami.
Ech, tyle tego przed nami…

Tak szybko to, co przed chwilą pierwsze, staje się powszednie.
Pierwszy śnieg.
Sanki, o których marzyliśmy jeszcze z M. po drugiej stronie brzucha ;-)
Pierwsza Gwiazdka.
Pierwsze kroki…
Pierwszy uśmiech.

Ile już za nami…



Na dobranoc coś takiego...

Od kilku dni słucham nieprzerwanie tego głosu. Dinah Washington. Taka spóźniona miłość... Jak to się stało, że nie ukochałam jej sobie wcześniej?
Będzie więcej... Obiecuję!

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Trochę wstecz... I gorzki smak porażki :-(



Jesienią każda taka niedziela wydaje się być już tą ostatnią…

Prędko, zanim przyjdzie wiosna (może jednak przyjdzie?) i zanim się i tutaj zazieleni, wrzucam jesienne resztki…
Takie spotkanie M. i Zosi z wiewiórką na przykład. Łazienki. Jeszcze wrzesień… A może już październik?


Ta wiewiórka rozkoszna... Ta Dziewczynka również :-)




I zdjęcie, które uwielbiam... Dzień po tym jak Zosię odwiedziła Wróżka Zębuszka :-)
Jest jeszcze takie potrójne - ja, Zosia i M. z jego cudną diastemą ;-)

***


M dziś dostał klapsa.
Po raz pierwszy…
Symbolicznego.
Szczególnie się nie przejął.
Nawet go ten klaps rozbawił ;-)
Dla mnie klęska.
I gorzka porażka.
Z kilku powodów.
Bo klaps był za to, że przewrócił lampę.
Po tym jak wdrapał się na komodę.
Stałam tuż obok…
Zatem moja to wina. Tylko i wyłącznie.
To są te osławione sekundy…
 
Zły dzień.
Zły i taki bad hair ;-)
Pod każdym względem.
M. jak w amoku – uparte wspinaczki po meblach, rozchlapywanie wody z psiej miski, rozrzucanie zabawek, usilne (zakończone wieloma sukcesami!) próby podłączenia świątecznych lampek do kontaktu, itepe… I kompletny brak zainteresowania (dzisiaj) takimi bardziej konwencjonalnymi formami rozrywki ;-)
Rozlał herbatę (moja wina!), wysypał mąkę (moja wina!), zrzucił doniczkę (moja wina!).
No właśnie.

To ta pogoda.
Na pewno.
Wściekły upór, płacz i wymuszanie. Rozdział drugi. Nieostatni (jak mniemam).
Czasami brak mi sił.
I cierpliwości.
Stąd ten klaps. Niemy. Bo nie zdążyłam nawet podnieść głosu…

Zgłaszam samokrytykę.
I poddaję się.
Przynajmniej dzisiaj…

Mam nadzieję, ze jutro okaże się łaskawsze.
Znikam…

Marzą mi się cztery długości. Olimpijskie. Ale zamiast tego wskakuję pod prysznic. Basen na wiosnę. Obowiązkowo…

Dobrze, że wieczorem nadchodzą posiłki :-)
Na przykład Tatuś M. z propozycją fajnego filmu przed snem…
Albo nowi sąsiedzi z zabawkowym odkurzaczem ;-) O tak, pomogło… Godzina bez żadnych prób wspinaczkowych ;-)))
Odkurzacz za drewnianą żabę na sznurku i za fujarkę – taka wymiana dobrosąsiedzka!!!

Dobranoc!

PS A i tak wszystkiemu winna koszulka ;-)


Taka książka.
Król i morze.
O tym, co król może… Tak naprawdę…

Znakomite, oszczędne ilustracje Wolfa Erlbrucha.
I mnóstwo treści w maleńkich historiach.

Ta moja ulubiona jest o psie.
Pozwolę sobie zacytować. Autorem tekstu książeczki jest Heine Janisch.

Król i pies.

- Siad! Na miejsce! Do mnie! – krzyczy Król. – Jestem twoim królem!
- Do nogi! Stój! Smycz! – krzyknął Król. A potem sam pobiegł za psem.

Król i trąbka.

- Jestem królem – rzekł Król do trąbki. – Zagraj dla mnie!
Trąbka nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
- Rozkazuję ci! – powtórzył Król.
Trąbka nadal milczała.
Wtedy Król wziął trąbkę do ręki i leciutko w nią dmuchnął.
Trąbka wydała z siebie cichy dźwięk.
- No tak – powiedział Król.
Przyjrzał się trąbce uważnie.
- Ty nie chcesz po prostu sama zagrać – rzekł.
Pomyślał chwilę.
- No, niech i tak będzie – powiedział i zrobił głęboki
wdech.


Dla mnie ta książka traktuje również o rodzicielstwie. O relacji pomiędzy Dzieckiem a rodzicami. Chyba szukałam takiej właśnie książki. Nie kolejnego poradnika.
Znalazłam.





Król i noc

- Jesteś czarniutka – powiedział Król do nocy. – Czy nie możesz być kapkę jaśniejsza?
- O tym musisz porozmawiać z dniem – odparła noc. – On jest tu od jasności, a ja od ciemności.
Król poszukał zapałek.
- A ja jestem tu od jednego i drugiego – powiedział Król i zapalił świecę.

Król i gwiazda

- Jaki jest z ciebie pożytek? – zapytał Król gwiazdę. – Jesteś bardzo daleko. Nie mogę cie dotknąć. Co można z tobą począć?
Wtedy gwiazda nagle zniknęła.
- O, jakże wszystko jest ciemne! – Wracaj! Brak mi ciebie!
- A jednak! – odparła gwiazda i zesłała swoje najpiękniejsze promienie.




Heinz Janisch, Wolf Erlbruch, Król i morze. 21 krótkich opowiastek, wyd. Hokus-Pokus



***

Wczoraj jednak się udało.
Zamiast wina – spacer.
Z Delie.
I z psem.
Dwugodzinny, późną porą…
Oblodzona droga pod lasem okazała się zdecydowanie złym pomysłem – Filip co i rusz znikał nam z oczu w zupełnej ciemności…
Potem już było lepiej :-)
Spotkałyśmy się na południowym krańcu Warszawy, by po dwóch godzinach dotrzeć do Bukaresztu ;-)
Myślę, że to powtórzymy.
Taki spacer…

A kiedy wróciłam do Domu – a był to kawałek przed 23 – M. I Tatuś M. oglądali w najlepsze berliński koncert Stinga ;-)
Serio!
Na podłodze LEGO chaos, a oni pochłonięci muzyką :-)
Bawili się w najlepsze ;-)
Najwyraźniej!
Też jakiś sposób na ząbkowanie i nocne przebudzenia…
Trochę mi to zajęło, żeby położyć M. z powrotem do łóżeczka…
Ale potem wieczór ciągnął się jeszcze przez chwilę. Ze Stingiem, czerwonym winem i jednym odcinkiem Californication na dobranoc ;-)
O matko… Jaki dzień!

Może więc dzisiaj to
Bo jakoś tak wczoraj Sting na powrót wkradł się w moje łaski... A dawno go nie słuchałam, bo mi trącił konfekcją odrobinę ;-)
Ten drugi utwór to chyba mój zdecydowanie najulubieńszy... W tej toskańskiej wersji z 2001 właśnie...

piątek, 10 grudnia 2010

Czasami...


Czasami jest ciężko.
Czasem przychodzi taki dzień.
A nie przychodzi wsparcie.
Ani zrozumienie.
Powoli wkraczamy w fazę buntu. Jeszcze nie dwulatka, ale zaczyna się…
Słowo ‘nie’ traci na znaczeniu.
Pojawia się upór. Złość – nie złość. Bardziej upór.
Do pary z uroczym, nieprzejednanym uśmiechem.
Który jednak wymusza.
I płacz. Na zawołanie. Wielkie jak groch łzy spływają po tej najsłodszej buzieńce i próbują nakłonić mnie do jakiegoś ustępstwa…
A ja czuję się niczym kat.
Nie wolno! Nie wolno! Nie wolno!
Nie i nie i nie!
Na pewne rzeczy pozwolić nie mogę. Po prostu.
I coraz bardziej trzeba się gimnastykować, żeby odwrócić uwagę Dziecka, kiedy zajmie się czymś niewłaściwym, czymś niebezpiecznym…

Przychodzi taki cudowny moment, kiedy z fazy intensywnej (głównie) pielęgnacji wkraczamy w zupełnie nowe obszary. Kiedy Dziecko staje się coraz bardziej Człowiekiem. Bytem osobnym. Samostanowiącym, a w każdym razie do samostanowienia dążącym. To fajny moment, fajny czas. Rodzaj ‘nagrody’ za te pierwsze, mniej wdzięczne miesiące… Bo to okres cudownego i wszechstronnego rozwoju Dziecka. Także czas najsłodszej czułości.
Wspaniały to czas, ale i piekielnie trudny.
Bo co krok pojawia się słowo ‘odpowiedzialność’.
Za wszystko.
Za kształt, jaki to wychowanie małego Człowieka przybiera.
Za słowa, które wypowiadamy (i nie).
Za gesty, które wykonujemy (bądź nie).
Za emocje, które okazujemy (albo ich szczędzimy).
Za każdy dzień, który spędzamy z Dzieckiem. Za każdą chwilę.
Ciężar.
Momentami nie do udźwignięcia.
Kiedy obcujesz z Dzieckiem tę niemal cała dobę, gdzieś czają się również te niechciane uczucia.
Oraz zwyczajne, ludzkie zmęczenie.
Wątpliwości.
I ból, jeśli nie potrafisz sprostać postawionym samemu sobie wymaganiom. Oczekiwaniom.
Poczucie winy.
A jednocześnie potrzeba, aby zostać rozgrzeszonym.
Pocieszonym.
A przede wszystkim zrozumianym.
Czasami jednak trzeba uporać się z tym wszystkim samemu.
Wtedy jest najciężej…
Bo nie jest tak naprawdę łatwiej, kiedy jesteś przez cały czas z Dzieckiem.
Bo świadoma decyzja o ‘pełnowymiarowej’ opiece okazuje się czasami pewnego rodzaju obciążeniem.
Bo to taka ‘praca’, z której nie wraca się ‘do domu’.
Od której nie ma weekendów.
W której równocześnie musisz być pracodawcą i pracownikiem. I kontrolerem jakości ;-) Swoista schizofrenia. Wygląda to trochę inaczej niż w przypadku prowadzenia własnej firmy. Bo nie możesz zamknąć biura ani ogłosić bankructwa. Bo po prostu nie możesz spławić ‘klienta’ albo negocjować w nieskończoność niekorzystnej umowy…
I to taka ‘praca’, na którą narzekanie nie godzi się. Po prostu. Chyba że ryzykując utratę praw rodzicielskich ;-)
I to wszystko jest czasami bardzo męczące.
A wysiłek często niewidoczny.
Taki paradoks.
A jednak tę ‘pracę’ wykonuję z pełną premedytacją. Z ważnym celem. Z pasją. Z poczuciem pełni.

Bo częściej jest dobrze.
I to jest najważniejsze…

Wiem, że kiedy już wrócę do tej bardziej ‘prawdziwej’ pracy – będę tęsknić za tym czasem. Którego zostało nam już mniej niż więcej…
Będę tęsknić, ale też będę szczęśliwa z co najmniej dwóch powodów.

Że teraz już jestem TAM.
I że wtedy byłam TU.


M. coraz bardziej dokazuje. Pojawił się upór. I płacz ‘na siłę’. Niezbędny jest tu spokój i opanowanie, które jednak kosztują mnie coraz więcej. Jednak.

Uff, w końcu to z siebie wyrzuciłam.
Dla równowagi – jakaś wesoła piosenka świąteczna, dobrze?
Chodzi za mną od rana, a ten stary 'teledysk' mnie rozczulił.
Miało być coś po polsku – ktoś mi zarzuci, że promuję wyłącznie obcą kulturę, hihi – ale po polsku będzie jutro.
Obiecuję.

I dziś lampiony trochę po pop-artowsku.
Trochę. Andy Warhol by się uśmiał ;-)))
Jak ktoś jednak fałszywego pop-artu nie lubi – odsyłam do wczorajszego wpisu :-)

Spokojnego popołudnia!
My chyba na sanki się wybierzemy, bo trochę sypnęło :-)