Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 marca 2011

O resztkach zimy. I o Muminkach...

Ostatnie już takie…
Ostatnie z plamami śniegu…
Ostatnie zimowe...

Miejmy nadzieję przynajmniej ;-)
Po tyyylu słonecznych dniach deszczowy poranek aż mnie zabolał… Naprawdę. Potem było lepiej, ale ‘rozbieg’ mieliśmy dzisiaj wyjątkowo długi…

To aż dziwne, bo wczorajsze popołudnie i wieczór dały mi porządnego, energetycznego kopa :-)
Wracałam do Domu późną porą, z głową pełną NOWYCH planów i projektów, podekscytowana :-) Oj, zdaje się, że przyszedł czas na DUŻE decyzje. Na zmiany może? Bardzo lubię to uczucie i – mimo że jestem dość pogodną z natury osobą – wcale nie zdarza mi się to zbyt często – szłam sobie mianowicie ulicą Żurawią, uśmiechnięta szeroko, podskakując co pięć kroków ;-) Serio! W dodatku z wysoka, wysoka mrugał do mnie przyjaźnie cieniutki plasterek księżyca :-) a ze Studia Buffo wybiegła grupa młodych-pięknych-rozśpiewanych, prosto z próby - i tak jakoś wpasowali się w mój nastrój!
Poczucie MOCY – i jakieś takie szczęście bezbrzeżne, które trwać może tylko ułamek sekundy i tylko wtedy, kiedy odczuwamy RÓWNOWAGĘ… Wczoraj ją poczułam właśnie. Po dłuższej przerwie. I bardzo miłe to było uczucie!
A dzisiejsze popołudnie z M.
I z małym Krzysiem.
I z Muminkami (baaardzo się miło uśmiechamy!) - czy wiecie, że Paszczak to po angielsku Hemulen?
I puzzle też mamy nowe :-)

M. w nowym, granatowym płaszczyku. Wiosennym już! I dwurzędowym :-)
Patrzę na Niego z podziwem, jak sobie świetnie radzi wśród rówieśników… Jak lekko najpierw onieśmielony próbuje nawiązać z nimi kontakt. Wydaje się taki odważny. Nie staram się Go integrować na siłę… I widzę, że to dobra metoda – potrzebuje odrobiny czasu, żeby się oswoić z nowym miejscem i nowymi twarzami, ale chwilkę potem odzyskuje pewność siebie. Przysiada się do innych dzieci. Zagaduje. Dołącza do zabaw. Od czasu do czasu tylko zerka czujnie w moją stronę, sprawdza, czy jestem w pobliżu :-) 
Jestem…

***
Jutrzejszy wieczór z A. Miało być OUT. Nie będzie. Cóż… W Domu serwuję zresztą równie dobry makaron ;-) 

*** 

Na dobranoc kołysanka. Muminkowa! Ze specjalną dedykacją :-)
Pamiętacie ją może? Było kiedyś takie słuchowisko / adaptacja ‘Lata Muminków’. Śmiało mogę chyba określić je mianem ‘kultowe’! Ja miałam je na winylowej płycie… I nie zliczę, ile razy przy dźwiękach tej kołysanki zasypiałam… A ‘Jak dobrze być poziomką’ czy ktoś pamięta? Albo 'Niestety, w teatrze'? Ależ się bałam tej piosenki ;-) I 'Muminu Makuku' - ta była super! Uwielbiałam te płytę!
Ponoć można ją dostać teraz na CD :-)

poniedziałek, 7 marca 2011

O czytaniu...



Zatem o książkach.
I o czytaniu.
O literkach. I o papierze.
Trochę inaczej, bo dziś głównie cytuję... Ale lepiej bym tego wszystkiego nie ujęła ;-)
W ostatnim DF felieton K. Vargi – garść uwag po lekturze tej książki
Ja lekturę Pouleta będę ze strachu odkładać i odkładać… Dobrze wiem, czego się po niej spodziewać. Zresztą pamiętam, że głośno już o niej było kiedy ukazała się we Francji.
Bo dla książek pożeraczy, pochłaniaczy, dla miłośników książki papierowej, tradycyjnej – podobna lektura jest torturą…

Zatem najpierw coś dla pokrzepienia. Od Umberto Eco.
Pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment z felietonu Krzysztofa Vargi, który to ukazał się w DF we wrześniu 2010 (po lekturze tego tytułu z kolei) oraz większą część tego, który ukazał się w numerze niedawnym.

Przeczytajcie. Warto. Ja się obiema rękami podpisuję pod każdym słowem KV :-)
Już od dawna słyszę, że książki się kończą, że za chwilę nie będzie książek papierowych, będą tylko e-booki czytane na tabletach, a tymczasem książki wciąż są i jest ich coraz więcej. Oczywiste jest, że mamy do czynienia z kryzysem czytelnictwa, z pewnością jednak nie mamy do czynienia z kryzysem wydawania książek. Im mniej książek ludzie czytają, tym więcej ich się wydaje - niebrzydki paradoks.

Bo drukowane książki są jak Belgia- od kiedy pamiętam, Belgia nieustannie się rozpada, od kiedy nauczyłem się czytać, książki nieodwołalnie wymierały, tymczasem Belgia trwa uparcie i trwają też książki. A co się stało, dajmy na to, z dyskietką? Gdzie jest kaseta VHS? A kaseta magnetofonowa? Wszystkie te rewolucyjne wynalazki po krótkim, choć burzliwym życiu znalazły się na śmietniku historii myśli ludzkiej. Drukowana książka trwa od ponad 550 lat. Kto pamięta - oprócz maniaków oczywiście - nazwisko wynalazcy kasety magnetofonowej? Każdy zaś - prócz milionów zatwardziałych analfabetów, ma się rozumieć - pamięta doskonale nazwisko faceta, który wypuścił pierwszą drukowaną książkę, w tamtych czasach dość duży bestseller swoją drogą. Bo doskonałość książki, powiadają Carierre i Eco, polega na tym, że nic lepszego wymyślić się nie da, nic doskonalszego służącego do czytania, oczywiście. Książka jest bowiem jak koło - lepszego koła, jeśli chodzi o kształt, wymyślić się nie da. A bez koła żyć nie potrafimy, tak jak bez pisma i książek.

Właściwie to jedyny, choć monstrualny problem z książkami polega na tym, że jest ich zdecydowanie za dużo. Żyjemy w zdumiewającym świecie, w którym co prawda wszyscy odwracają się od tradycyjnych drukowanych książek, a jednocześnie książek wciąż przybywa. W średniowieczu, jak podaje Eco, wybitnie zaopatrzona biblioteka składała się maksymalnie z czterystu woluminów. Dziś to jest śmieszna liczba, pokażcie mi bibliotekę, która ma czterysta książek, tyle to ja powinienem usunąć z mieszkania, bo nie mam miejsca na nowe. Ale o ile średniowiecznemu mądrali wystarczało przeczytać te czterysta ksiąg, żeby być największym erudytą w królestwie, dziś przeczytanie choćby czterech tysięcy książek nie załatwia sprawy. (…)Tylko tyle, że dziś po prostu nie można być erudytą, nie ma na to szans. Można być erudytą w wąskiej dziedzinie, erudytą w ogóle - nie sposób. O ile kiedyś całego życia wystarczyło na to, by przeczytać wszystkie istniejące na świecie książki, i to po kilkakroć, jeśli się miało szczęście nie zostać ofiarą czarnej ospy, to dziś, nawet gdybyśmy odżywiali się wyłącznie rybami gotowanymi na parze i warzywami, nie pili, nie palili i uprawiali jogging dla zdrowia - nijak nie zdążymy przeczytać nawet setnej części książek, jakie napisano. Mam tu na myśli jedynie książki, które warto przeczytać, nie liczę tych niewartych lektury.


I ja, rozkoszując się książką przekonującą, że książki nie znikną, mam jednocześnie dojmująca świadomość, że coraz szybciej znika czas, który powinien być nam dany na te lektury. Im bardziej książek przybywa, tym szybciej życia ubywa, jakoś mi się ta zależność nie podoba.


Oto moje wstrząsające wyznanie: kocham papier. Jego fakturę, zapach, zarówno ten świeżego druku, książki, która dopiero co trafiła na księgarską półkę, a stamtąd na moją, domową, jak i lekką woń pleśni ze starego tomu o pożółkłych stronach, znalezionego w antykwariacie czy u warszawskich bukinistów na placu Wilsona, gdzie już samo powietrze nie wpływa pozytywnie na układ oddechowy. Lubię też zapach świeżej gazety przyniesionej z kiosku i rozkładanej uważnie na stole, gdy zabieram się do śniadania. Uwielbiam przewracać ostrożnie strony powieści i płachty dzienników oraz strony tygodników. Robię to uważnie, by przypadkiem nie przedrzeć kartki, właściwie to sam temat artykułu lub komentarza w pewnym momencie wydaje mi się sprawą drugorzędną, sprawą pierwszorzędną jest bowiem kontakt z papierem i wydrukowanymi na nim literami.

Kocham papier tak jak kocham płyty w pudełkach, a nie pliki mp3, jak kocham filmy DVD w ładnie wydanych boksach, a nie ściągnięte z sieci. Kocham papier i nie umiem bez niego żyć, tak jak nie umiem czytać dłuższych tekstów w internecie. Newsy, komentarz, felieton, owszem, fora dyskusyjne, czemu nie, ale coś dłuższego, recenzję, artykuł, esej nie daj Boże? Nie da rady, tu sieć nie ma szans, musi być papier.
Kiedy myślę o mojej miłości do papieru, to jest to jedyny moment, gdy cieszę się, że mam już tyle lat, ile mam, i że przyszło mi spędzać dzieciństwo na początku lat 80. bez kablówki i internetu, za to z dobrze zaopatrzoną biblioteką, moim prawdziwym darkroomem, w którym doznawałem perwersyjnych rozkoszy pośród regałów wypełnionych tomami obłożonymi w szary gruby papier.

Być może to, co napisałem powyżej, to jest ryk zdychającego mamuta, to jest charkot padającego dinozaura, ale ja bez czytania zadrukowanego papieru nie funkcjonuję. Owszem, wiele głupot i bredni dzięki temu w życiu przeczytałem, tysiące godzin zmitrężyłem na nieistotne lektury, ale gdybym nie zmitrężył ich w ten sposób, z pewnością zmarnowałbym je w inny, być może jeszcze bardziej jałowy i szkodliwy. Człowiek musi co jakiś czas zmarnować trochę czasu na głupoty, dzięki późniejszej refleksji, że oto przechlapał pół dnia na bzdury, wyostrzają mu się myśli na temat sensu, względnie raczej bezsensu jego życia.


Piszę to wszystko nie po to, by epatować swoimi niszowym potrzebami, ale dlatego, że przeczytałem właśnie najbardziej ponurą książkę, jaką miałem w rękach w ciągu ostatnich kilku miesięcy. I nie jest to bynajmniej horror, thriller, czarny kryminał ani Franz Kafka, jest to książka napisana przez Francuza o nazwisku Bernard Poulet i nosząca mrożący krew w żyłach tytuł "Śmierć gazet i przyszłość informacji".

Poulet zajmuje się tematem schyłku prasy drukowanej, przenoszeniem się świata informacji i komentarzy do internetu, daje drastyczne przykłady z Francji, Wielkiej Brytanii i Ameryki, gdzie nawet zasłużone tytuły z długoletnią tradycją cienko śpiewają, o ile nie zeszły już ze świata, przywołuje legendarne gazety, które tną brutalnie koszta, żeby przetrwać, i te, które nie przetrwały bądź wegetują jedynie w sieci, podaje niknące procenty i malejące liczby sprzedanych egzemplarzy, ujawnia prawdziwą grozę, że na miejsce jednego zmarłego czytelnika gazet nie przychodzi żaden nowy, że za niedługo gazety będą już tylko dla ludzi starych, a kiedy ci zejdą z tego świata, prasa pójdzie za nimi. A wreszcie zadaje fundamentalne pytanie: czy możliwa w ogóle jest demokracja bez gazet?

Wydawałoby się, że sieć jest tu najlepszym wytłumaczeniem, sieć czy szerzej media elektroniczne, zasypujące nas tonami świeżych, jędrnych informacji, które wszak dopiero następnego dnia mogłyby się znaleźć na szpaltach gazet - następnego dnia, a więc tak jakby ukazały się za sto lat. Poulet akcentuje jednak rzecz kluczową, jak mi się wydaje, to mianowicie, że tak naprawdę informacji w sieci jest coraz mniej, prawdziwych doniosłych informacji, a nie z jelita grubego wyciągniętych od czapy newsów. Błędne koło sieci polega na tym, że im więcej badziewnych informacji, które mają przyciągnąć i zmusić do klikania użytkowników sieci, tym mniej ich one interesują, z nadmiaru rodzi się przesyt i znużenie, młodzi użytkownicy sieci coraz głębiej mają wszelkie informacje, ponieważ rzeczywistość społeczna i polityczna coraz mniej ich interesuje, świat przyszłości może być nie tylko światem bez gazet, bez analiz i opinii, ale światem bez informacji w ogóle. I to może być prawdziwy koniec demokracji, koniec ery nowożytnej, powiada Poulet.

Stanie się tak, ponieważ ludzkość zmierza nie tylko ku temu, żeby przestać kupować i czytać gazety, ale żeby przestać czytać w ogóle, przestać czytać cokolwiek, nie tylko w Polsce, o ile to nas może pocieszyć. Nie tylko Polacy bowiem już niczego nie czytają, choć trzeba Polakom przyznać, że nie czytają jeszcze bardziej niż inni, nie czytają intensywnie i z pełną determinacją, można powiedzieć, że w tej dyscyplinie jesteśmy w awangardzie światowego postępu. Odwrót od czytania papieru jest trendem masowym, ogólnoświatowym i wygląda na to, że ludzkość świetnie się z tym czuje, dryfując powoli i beztrosko ku spektakularnej zapaści cywilizacyjnej. U Pouleta znalazłem najbardziej przerażające zdanie, na jakie natknąłem się w ostatnich miesiącach, jak nie latach, jest to zdanie wypowiedziane przez Steve'a Jobsa, jak sądzę zadowolonego z siebie założyciela Apple'a, który powiedział, że nie ma co w ogóle zawracać sobie głowy nawet e-bookami czy elektronicznymi czytnikami książek, bo "niebawem nikt już nie będzie czytał, ani książek, ani gazet".

"Niebawem" jest mało precyzyjne, moment, gdy ostatni czytelnik gazety wraz z ostatnim czytelnikiem książek opuszczą ten świat, nie jest jeszcze określony, ale zbliża się jak wielka asteroida.

Ja wiem, że będę czytał do końca, i to czytał na papierze, nie spodziewam się bowiem aż tak długiego życia, żebym przeżył ostatnią gazetę i ostatnią książkę. Bo gdybym już w małolactwie nie pokochał papieru, grubego i o niejednorodnej fakturze, o makulaturowej proweniencji, na którym drukowano powieści, które rozświetlały mi drogę przez szare dni peerelowskiego dzieciństwa, dziś bym nie umiał sklecić ani jednego zdania tego felietonu, a i z werbalizacją myśli nie byłoby najlepiej, być może zresztą i tak nie byłoby czego werbalizować, ponieważ moją głowę wypełniałaby rozkoszna bezbrzeżna pustka. Naturalnie czytałem, bo nic lepszego do roboty nie było, książki były jedynym wyjściem awaryjnym z rzeczywistości w tamtych czasach, jak będzie wyglądało wyjście awaryjne z rzeczywistości nadchodzącej - nie mam pojęcia, być może nie będzie żadnego. Na razie trzyma mnie w pionie to, że o końcu świata gazet i książek czytam w gazetach i książkach. 
 
Bardzo gorąco Was zachęcam do lektury obu tych książek. W ogóle do lektury ;-)

A najbardziej mnie rozbawił Tatuś M. kiedy wczoraj, przejęta, czytałam Mu fragmenty obydwu felietonów K.Vargi.
– Hmm, największy problem będą miały służby wywiadowcze jak już znikną papierowe wydania gazet.
- Służby wywiadowcze????
- No, a za czym wówczas będą się chować szpiedzy na parkowych ławkach? Albo w kawiarnianych ogródkach? Za tabletami? E-bookami? Ipadem?

No tak… Będzie ciężko…

***

Oj, miałam dziś trudny dzień.
Zatem dobranoc.





niedziela, 6 marca 2011

Leniwie...

Pogoda…  No, jak w marcu ;-)
Niedzielny spacer przerywany gwałtownymi podmuchami wiatru (jeden z nich niemal zdmuchnął nam M. z chodnika!) oraz równie gwałtownymi śnieżycami!!! Poza tym to było całkiem słonecznie ;-)
 Tu 'nasza' aleja kasztanowa...

Popołudnie za to leniwe… Bajek czytanie i zabawy drewnianą kolejką.
Gryczane bliny na podwieczorek.

Niskie, ale takie wiosenne już słońce… Przypominają mi się niedzielne popołudnia sprzed kilku lat… Takie z książką albo słuchowiskiem w radiowej Dwójce… Z kawą i na sofie…
‘Leniwe popołudnie’ – och, jak bardzo zmieniło się znaczenie tych słów odkąd mamy M. ;-)

Wieczór za to i przyszły tydzień zapowiadają się bardzo pracowicie. Oj, będziemy mocno zabiegani, jak przypuszczam.
Krystalizują się też powoli nasze wakacyjne plany :-) 

A w mojej głowie pojawiła się pewna myśl... O wyjeździe weekendowym. W pojedynkę :-) Oj, chyba tego potrzebuję... I już wiem nawet dokąd pojadę. I to całkiem niedługo :-)

***

A jutro będzie coś o książkach :-)

Spokojnego wieczoru!



sobota, 5 marca 2011




Spacerujemy…

Po bliższej i dalszej okolicy.
Po parkach śródmiejskich.
Po lesie…
Po łąkach…


Czekamy na wiosnę.
Czekamy.
I czekamy.
I czekamy.
Cze-ka-my!!!

Póki co, deszcz rozmywa resztki śniegu. Tego ze zdjęć…
Weekend marny jeśli chodzi o pogodę…
Znów.
Dokładnie o tym pisałam tydzień temu… Że w weekendy zawsze gorzej. Bo pada, wieje i zimno.

Wieczór solo.
I ze śpiącym M.
Oraz z Solveig Slettahjel.
I z Feist.
I z Susi Hyldgaard.
Z Cat Power.
I z Joni M.


Przed południem tatuś M. próbował nauczyć Syna grać w kręgle. Z umiarkowanie zadowalającym skutkiem… Drewniana kula (kręgle mamy w wersji mini) zamiast toczyć się, odbijała się od mebli i rozlicznych sprzętów ;-) Tatuś tłumaczył i tłumaczył… Jednak M. uparcie kuli nie chciał pchnąć – wolał rzucać z całych sił. W końcu Tatuś wyszperał DVD i razem z M. obejrzeli początek filmu Big Lebowski ;-) Pamiętacie scenę otwierająca ten film? Tę z kręgielni. Z Boba Dylana ‘The Man in Me’ w tle…
Chyba nie musze dodawać, że od razu poszło lepiej ;-) 



Zamiast zaplanowanego spaceru (brr, że też musiało się rozpadać?) – miłe odwiedziny. I Tłusty Czwartek na bis, bo goście przyszli z pudłem maleńkich pączków ;-)
Za to M. mógł do woli poszaleć z Hanią na rowerze!

A potem odwiedził nas jeszcze ukochany wujek Tomek! Oj, dzień pełen emocji! Nic więc dziwnego, że zasypianie zajęło dziś M. mniej więcej 25 sekund ;-)))


Och, jak ja lubię takie dylematy: książka czy film… Kieliszek sherry czy filiżanka dobrej herbaty…
Zasłużony wieczór wypoczynkowy :-) O tak…

I jeszcze telefon do mojej drogiej A. - dziś jej imieniny...
Czyli jednak kieliszek sherry ;-)
Nie będę przecież toastu herbatą wznosić...
Ach, droga A., dlaczego mieszkasz taaak daleko??? To jeszcze dalej niż z czasów licealnych do naszego dziś...

***

Słonecznej niedzieli!

Mam nadzieję, ze naszych (ani Waszych) planów nie pokrzyżuje deszcz...

PS A w poniedziałek coś o literkach :-)


czwartek, 24 lutego 2011

Serduszko z poślizgiem. A także o zabawie w teatrzyk. Oraz David Bowie :-)


Bardzo spodobał mi się dzisiejszy wpis u Delie (hmm, nie mogłam coś zrobić odnośnika do tamtego konkretnego posta). To, co wyczytałam z niego między wierszami…
O tych wszystkich rolach, jakie przychodzi nam odgrywać w życiu… I o dystansie, który sprawia, że czasami patrzymy na siebie z góry/z boku i zanosimy się śmiechem :-)
Ja też tak mam!

Zaczęłam się zastanawiać u Delie, która z ról jest mi bliższa… Czy beztroskiej, roześmianej, takiej trochę hippie Mamy, w uszance, w wygodnych camperach, na spacerze z Dzieckiem, z psem, z sankami? Dziewczyny ze słuchawkami na uszach, pogrążonej w lekturze w metrze, przegapiającej stację (notorycznie mi się to zdarza!), pędzącej dokądś z kubkiem kawy w ręce… Ciągle dokądś spóźnionej, ciągle czegoś ciekawej, ciągle czymś zachwyconej?

Bo jest jeszcze druga ja – w butach na całkiem słusznym obcasie. W żakiecie. W wytwornym naszyjniku. Bez psa, bez Dziecka i bez słuchawek ;-) Na arcypoważnym spotkaniu służbowym. Przy arcypoważnych negocjacjach. Na lotnisku. Na wściekle nudnej kolacji biznesowej. Ślęcząca nad kontraktem. Poważną korespondencją. Nad terminarzem. Nad stertą papierzysk…
Nie ma jej tutaj i raczej nie będzie. Poza tym chwilowo jest w odwrocie ;-)
Czasem mam wrażenie, że część moich bliskich, moich przyjaciół takiej mnie nie zna. Nie wyobraża sobie mnie nawet w podobnej roli...
Może to dobrze?

Ale lubię taką siebie. Naprawdę. Czasem jestem z niej nawet dumna ;-) Ale zdecydowanie bardziej wolę tę pierwszą :-) I jeśli miałabym wybierać, wybrałabym ją właśnie. Taka jestem naprawdę! A to drugie to tylko gra w teatrzyk ;-) Choć nie ukrywam, że czasami tęsknię już za tą moją 'sceną'…

Chciałam tu napisać jeszcze więcej na ten temat – głowę mam pełną zdań i myśli… Ale dość już na dzisiaj!
Przez całe popołudnie grałam M. na altowym flecie Alouette i Panie Janie. I temat z Moon River :-) I wałkowaliśmy ślimaki z ciastoliny!
A potem głośno słuchaliśmy Davida Bowie! Tej piosenki kilka razy! Uwielbiam ją również w wykonaniu F.M., ale ta jest równie elektryzująca!!! A partie Freddiego zaśpiewane przez Gail Ann Dorsey - no cudo!

Serduszko z origami to w ramach spóźnionej akcji walentynkowej! Żałuję, że nie dałam rady do Was dołączyć… Może za rok? Za jakiś czas wrzucę więcej tych serduszek, bo przygotowaliśmy ich z Mikołajem całe mnóstwo :-)

Miłego wieczoru!
Tak sobie myślę, że ta piosenka mocno ‘od czapy’, ale może właśnie nie… Czasami brzmi w moich uszach jak jakiś motyw przewodni… Jak ścieżka dźwiękowa do mojego życia… I po prostu ją lubię :-)

***

Jutro szczepienie. A potem znikamy na chwilkę :-) Wcześniej jednak wywnętrzę torebkę (co mi się bardzo marzyło i do czego mnie zachęciła D.)
Do zobaczenia więc!

piątek, 14 stycznia 2011

Uwaga! Debiut!!!


Pierwsza próba fotograficzna M.
:-)
Ta po lewej.
W obiektywie Mama.
To oczywiste, prawda? ;-)
I Andżelina w tle - słodki, anielski prezent od E.
Zdjęcie oczywiście zrobione przez M. przypadkowo - chwilę po tym jak porwał mój aparat ;-)

Music!
Na dobry początek.
Chociażby weekendu!

;-)

środa, 15 grudnia 2010

Jak wygląda 'mama z blogiem' ;-) i słów kilka na inne tematy!



Ciepłe wolfskiny.
Czapka uszanka.
Rękawice z jednym palcem.
Dziecko.
Sanki.
I aparat.
Tatuś M. mówi, że wyglądam jak „mama z blogiem” ;-)
Mama z blogiem, haha!
Czasami podczas spacerów przyglądam się innym mamom – takim z aparatami i w uszankach ;-) i się zastanawiam, czy one też ;-)
Pomyślałam, że może warto by było pomyśleć o jakimś znaku rozpoznawczym dla całej blogosfery. Może szczególnie dla mam z blogiem ;-) Bo z ta uszanką to marny trop! Znam takie, co noszą, a bloga nie prowadzą ;-)



Wczoraj cudnie sypał śnieg.
Mięciutki, gęsty.
Odcinał się bielą od niebieskiego jeszcze koło czwartej nieba…
Lubię tę porę dnia.
Szarą.
Wczoraj szaro-białą.

Przed południem były sanki.
Las.
Bez zdjęć. Bez telefonu. I bez portfela ;-)
Dobrze, że wychodząc z domu, nie zapomniałam o Dziecku!!!
Po powrocie talerz gorącej zupy.
Oj, gotuję je zdecydowanie za rzadko.
A nie ma nic wspanialszego, nic lepiej rozgrzewającego w takie dni jak ten wczorajszy…

Dziś za to słonecznie.
Olśniewająco.
Pięknie.
Tym razem nie zapomniałam o aparacie.
A M. zaprzyjaźnił się z przesłodkim retrieverem :-)
I zjeżdżaliśmy z tysiąc razy z górki.
Ale bez retrievera ;-)
A po powrocie zjedliśmy pizzę. To znaczy ja zjadłam pizzę, a M. coś na jej kształt ;-)





A to my!
I retriever ;-)



Chwilkę temu przygotowałam ciasto na pierniczki.
Ciągle mi ich mało!
Dziś z nowego przepisu :-)
Ciasto przenocuje w lodówce, a jutro wałkowanie i wykrawanie.
I pieczenie.
Tylko serca i gwiazdeczki!

Na biurku znalazłam dziś nową Cassandrę Wilson.
Zjawiskową.
Cassandry słuchamy głośno albo na słuchawkach, bo tylko tak można tej jej muzyki ‘dotknąć’! 
M. chyba też Cassandrę lubi, bo śpiewa, tańczy i bije brawo przy jej utworach.
Znalazłam tylko jedną jej świąteczną piosenkę.
Może i nie jest to najlepsza wersja, ale niech będzie. Bo ten głos ma niesłychaną moc i głębię…
A gdyby ktoś miał ochotę na inne, równie zaskakujące wykonanie, to proszę bardzo.
Ladies&Gentleman! Marlena Dietrich!
Dobrej, spokojnej nocy!

Jutro będzie o książkach. I o choince..

Na maleńką zachętę ilustracja z przesłodkiej książeczki. Z ilustracjami Juliusza Makowskiego. Wierszyk Genowefy Karasiewicz. Och, jak bardzo tę książeczkę lubiłam w dzieciństwie. Za ilustracje głównie. Za zajączka na okładce. Książka mocno wiekowa. Oj, mocno… Jeszcze z lat sześćdziesiątych!