Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacery. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 marca 2011

Nie do końca udany początek tygodnia... I małe podsumowanie weekendu. Bardzo udanego :-)

Sobotnie popołudnie w Parku Dreszera.
Jagnięcina na obiad. Wyśmienita…
Po obiedzie długi spacer.
Taki aż do niskiego słońca…
Z rowerem, który dźwigał głównie Tatuś M.
Bo M. na rower nie miał ochoty… Tak jakoś ;-) No chyba że przejął się tym zakazem (poniżej), który my zauważyliśmy dopiero opuszczając park... Jednak nie sądzę, że zakaz ten dotyczy również dziecięcych laufradów ;-)
Na rower więc nie wsiadł, za to z nieukrywanym szczęściem wędrował parkowymi alejkami… I odkrywał zalety amortyzującego upadki dywanu z bluszczy :-)
To po południu.
Przed południem za to udało nam się skraść trochę słonecznych promieni na wyłączność ;-) Jak dobrze było wystawić buzię prosto ku najjaśniejszemu…
Zagrzać zmęczone zimą kości - usiąść z kolanami pod brodą na ławce nad stawem.
Nakarmić kaczki z Delie i z Chłopcem (za co zostaliśmy surowo ukarani, hehe!). Okrążyć ulubione jeziorko i pogawędzić o tym i o owym... O syndromie nadopiekuńczych matek również ;-) - zdaje się, że dotyczy nas obu ;-)
M. w tym czasie drzemał w wózku (nie zdarza się to nam często na spacerach, ale widać zmęczenie wzięło górę!) – obudził się dopiero w drodze do ulubionej naszej pijalni soków. Choć koktajl, który zamówiłam, zdecydowanie nie stanie się moim ulubionym… Brrrr... Za to, o dziwo, zasmakował Chłopcu Delie ;-)
Niedzielne przedpołudnie należało do M. i Tatusia :-)
Ale po południu już wspólnie świętowaliśmy 88 (sic!) urodziny Prababci M.! Najlepszym na świecie czekoladowo-wiśniowym tortem bez 88 świeczek ;-)
Za to z bezlikiem starych fotografii…
Bezlikiem opowieści. I wspomnień…


Ze szczególną uwagą przyglądałam się pewnej kobiecie z fotografii… Praprababci M. To jej obrączkę noszę na palcu… Podarowaną przed moim z Tatusiem M. ślubem… Jednym z najpiękniejszych prezentów…
Pasowała idealnie… Mimo, że moja ‘wymarzona’ obrączka miała wyglądać zupełnie inaczej i miała nie być ze 'złotego złota', bez wahania jednak wybrałam tę właśnie – szeroką, ze starego, ciemnozłotego kruszcu... Dzisiaj już takie nie powstają… Powojenne złoto ma zupełnie inną barwę. Po wewnętrznej stronie obrączki widnieje jedna data i dwa inicjały – Tatusia M. i Prapradziadka M. ;-) I data 19 grudnia 1915 r. - jak łatwo się domyślić, nie jest to data naszego ślubu ;-)
Przyglądałam się wczoraj tej fotografii i tyle pytań krążyło w mojej głowie… Ponoć razem z Prapradziadkiem M. stanowili niezwykle dobre, szczęśliwe małżeństwo…
Może to dobra wróżba?
:-)

Taki wieczór. Pełen sentymentów. Wspomnień. I zadumy…
Słodkich ciast i tulipanowych bukietów! 
Z M., młodszym od Prababci o całe 86 lat :-) Z najsłodszym, najmłodszym łobuziakiem, który pierwszą część uroczystości spędził z nami przy stole, pochłaniając ziemniaka za ziemniakiem :-) a drugą - wspinając się po szczebelkach znalezionej za drzwiami sypialni drabince ;-)))
W tym miejscu miałam napisać, że ruszamy na spacer :-) Bo słońce. Bo wiosna. Bo już tak ciepło. Bo wróble na balkonie :-) i rozbrykane koty marcowe w dzikim sadzie!
I miałam jeszcze napisać o piątkowym wieczorze z A. Przy tajskiej zupie i muffinkach z makiem. O wieczorze ważnych słów - tych o miłości do Dzieci, i tych o miłości do Muzyki... Bo A. to moja baaardzo pokrewna dusza, o czym przekonuję się w przy każdym spotkaniu z coraz większa mocą... Choć niby wiedziałam to od zawsze :-)
I o małej Tosi, z którą widzieliśmy się w piątek przed południem.

W każdym razie na spacer się nie wybieramy... A i opowiedzieć o tym wszystkim też nie dam rady teraz...

Bo - niestety – po całkiem dobrze zapowiadającym się poranku – niemal 39 stopni gorączki u M. Całkiem nagle!

Zostajemy więc…

M. słabiuteńki… Cichutki… Chwilkę temu zasnął… Zjadł ze dwa maleńkie bliny i pokornie przełknął łyżkę syropu przeciwgorączkowego… Trudno powiedzieć: trzydniówka czy też zabłąkany wirus… Nie wygląda to na zapalenie krtani, z którym walczy od kilku dni Tatuś M.
Zobaczymy…

Taki update. Wcale nie takiego poniedziałku sobie życzyłam…
Zatem na trzy cztery – reorganizacja planów na najbliższy tydzień…

Wam dużo lepszego życzę!!!

niedziela, 6 marca 2011

Leniwie...

Pogoda…  No, jak w marcu ;-)
Niedzielny spacer przerywany gwałtownymi podmuchami wiatru (jeden z nich niemal zdmuchnął nam M. z chodnika!) oraz równie gwałtownymi śnieżycami!!! Poza tym to było całkiem słonecznie ;-)
 Tu 'nasza' aleja kasztanowa...

Popołudnie za to leniwe… Bajek czytanie i zabawy drewnianą kolejką.
Gryczane bliny na podwieczorek.

Niskie, ale takie wiosenne już słońce… Przypominają mi się niedzielne popołudnia sprzed kilku lat… Takie z książką albo słuchowiskiem w radiowej Dwójce… Z kawą i na sofie…
‘Leniwe popołudnie’ – och, jak bardzo zmieniło się znaczenie tych słów odkąd mamy M. ;-)

Wieczór za to i przyszły tydzień zapowiadają się bardzo pracowicie. Oj, będziemy mocno zabiegani, jak przypuszczam.
Krystalizują się też powoli nasze wakacyjne plany :-) 

A w mojej głowie pojawiła się pewna myśl... O wyjeździe weekendowym. W pojedynkę :-) Oj, chyba tego potrzebuję... I już wiem nawet dokąd pojadę. I to całkiem niedługo :-)

***

A jutro będzie coś o książkach :-)

Spokojnego wieczoru!



sobota, 5 marca 2011




Spacerujemy…

Po bliższej i dalszej okolicy.
Po parkach śródmiejskich.
Po lesie…
Po łąkach…


Czekamy na wiosnę.
Czekamy.
I czekamy.
I czekamy.
Cze-ka-my!!!

Póki co, deszcz rozmywa resztki śniegu. Tego ze zdjęć…
Weekend marny jeśli chodzi o pogodę…
Znów.
Dokładnie o tym pisałam tydzień temu… Że w weekendy zawsze gorzej. Bo pada, wieje i zimno.

Wieczór solo.
I ze śpiącym M.
Oraz z Solveig Slettahjel.
I z Feist.
I z Susi Hyldgaard.
Z Cat Power.
I z Joni M.


Przed południem tatuś M. próbował nauczyć Syna grać w kręgle. Z umiarkowanie zadowalającym skutkiem… Drewniana kula (kręgle mamy w wersji mini) zamiast toczyć się, odbijała się od mebli i rozlicznych sprzętów ;-) Tatuś tłumaczył i tłumaczył… Jednak M. uparcie kuli nie chciał pchnąć – wolał rzucać z całych sił. W końcu Tatuś wyszperał DVD i razem z M. obejrzeli początek filmu Big Lebowski ;-) Pamiętacie scenę otwierająca ten film? Tę z kręgielni. Z Boba Dylana ‘The Man in Me’ w tle…
Chyba nie musze dodawać, że od razu poszło lepiej ;-) 



Zamiast zaplanowanego spaceru (brr, że też musiało się rozpadać?) – miłe odwiedziny. I Tłusty Czwartek na bis, bo goście przyszli z pudłem maleńkich pączków ;-)
Za to M. mógł do woli poszaleć z Hanią na rowerze!

A potem odwiedził nas jeszcze ukochany wujek Tomek! Oj, dzień pełen emocji! Nic więc dziwnego, że zasypianie zajęło dziś M. mniej więcej 25 sekund ;-)))


Och, jak ja lubię takie dylematy: książka czy film… Kieliszek sherry czy filiżanka dobrej herbaty…
Zasłużony wieczór wypoczynkowy :-) O tak…

I jeszcze telefon do mojej drogiej A. - dziś jej imieniny...
Czyli jednak kieliszek sherry ;-)
Nie będę przecież toastu herbatą wznosić...
Ach, droga A., dlaczego mieszkasz taaak daleko??? To jeszcze dalej niż z czasów licealnych do naszego dziś...

***

Słonecznej niedzieli!

Mam nadzieję, ze naszych (ani Waszych) planów nie pokrzyżuje deszcz...

PS A w poniedziałek coś o literkach :-)


wtorek, 1 marca 2011

Łazienki. I trochę o chłopakach i dziewczynach ;-)

Niedziela. W Łazienkach. Między innymi.
W przemiłym towarzystwie :-) 

Pawie, kaczki i gołębie. I rybitwy.Z rzadka wrony.
I żadnych (sic!) wiewiórek!
A byliśmy przygotowani – wybraliśmy się z kolekcją orzechów w kieszeniach!
Potem kawa i długie popołudnie wybryków – tuż przy Placu Unii Lubelskiej, w jednym z naszych miejsc najulubieńszych  na podobną rekreację :-)
M. i Hania – dla mnie to niezwykłe – sposób w jaki z każdym tygodniem M. robi się coraz bardziej chłopcem, a Hania dziewczynką. Niezwykłe tym bardziej, że jako pilnej słuchaczce gender studies pewne rzeczy nie mieszczą mi się w głowie… Bo byłam przekonana, że skoro zarówno my, jak i rodzicie Hani nie będziemy starać się dopasować dzieci w określone dla konkretnej płci schematy – ani w oczekiwaniu co do ich zachowań, ani w retoryce, ani poprzez proponowane zabawy czy podsuwane zabawki – to te różnice nie będą aż tak widoczne… W dodatku w naszych domach ten podział ról na bardziej damskie i bardziej męskie też nie jest aż tak wyraźny. Tymczasem patrzę na Hanię i Miłosza i widzę jak bardzo rzeczywistość koryguje te wszystkie definicje i założenie, które chłonęłam podczas genderowych zajęć… Ciekawa to rzecz.

Chociaż wczoraj… Ubawiliśmy się pysznie, obserwując jak M. tańczy – ale jak! To, że zdaje się być dosyć muzykalnym Dzieckiem, to zauważyliśmy, jednak Jego wyczucie rytmu jest naprawdę zdumiewające. Muzyka = ruch! Dziś w Ogrodzie Saskim przy grających ławkach wywijał tak, że aż upadł pupą w kałużę ;-)
Ale wczoraj wieczorem przeszedł sam siebie – do dźwięków Reggae singin’ wg Putumayo Kids – przedstawił taki układ choreograficzny, że aż oniemieliśmy. Szczęśliwie Tatuś M. w odpowiednim momencie złapał kamerę!
Najlepsze, że tańcom towarzyszył częściowy striptiz ;-) ponieważ M. uparcie zsuwał rajstopy, tak poniżej kolan! Kompletnie nie rozumiemy skąd taki pomysł, ale bardzo podobało nam się to Jego reggae dancin’ :-) Nawet ze striptizem!

I ostatnio u nas trochę Boba Marleya! Dzieci uwielbiają takie rytmy – zresztą kto nie?


***
A dziś byliśmy tu:


Nie po raz pierwszy… Bardzo lubię to miejsce. Również za spokój i ciszę. Bo troszkę na uboczu od zgiełkliwych tras… Najlepsza pascha na świecie (no, nie licząc naszej domowej wielkanocnej, hihi!) i to serwowana w bardzo pomysłowy sposób. Ale o tym to już może jutro…


PS Odnośnie Madsa Mikkelsena jeszcze – czy wiecie, ze podkładał on głos Ryjkowi do ‘Muminków’? Wyobrażacie to sobie? ;-)))
Ach, i czy ktoś widział go (Mikkelsena, nie Ryjka!) w roli Strawińskiego? W tym filmie o jego związku z Chanel. Jakie wrażenia?

Miłego wieczoru!

poniedziałek, 28 lutego 2011

Sobota. Przedwiośnie...


Nie mogę tego zrozumieć, dlaczego w weekendy słońce pojawia się na niebie zdecydowanie później niż w ciągu tygodnia… I dlaczego deszcz pada też najczęściej w sobotę i niedzielę… No nic, tak widać być musi…
Sobotnie przedpołudnie. My plus pies :-) I kawałek lasu… Oraz łąki. I tak trochę brudnobiało i brązowo wszędzie… Nawet M. w podobnej tonacji ;-)
(- Dlaczego Wy Go ubieracie w takie ‘stare’ kolory? – pyta Babcia B. – Tyle wszędzie ładnych, kolorowych ubranek….)

***

A pod wieczór miała miejsce mała dobrosąsiedzka wymiana dóbr wszelakich :-) Delie, dzięki! Zapomniałam tylko o Arlington Park… Następnym razem, OK?





A odnośnie tych ubranek 'burych'...
Przypuszczam, że to bolesne dla pokolenia naszych dziadków i rodziców - oni zdaje się marzyli o kolorowych wdziankach... Skazani na szarobure, wełniane kubraczki ;-)
Zresztą pamiętam ze swojego dzieciństwa marzenie o RÓŻOWYM. Uparcie nierealizowane przez moją Mamę, która jako ogniowłosa nie znosiła tej tonacji ;-) Fundowała mi za to wełniane, granatowe (dziś uważam, że szałowe!) szerokie spodnie na szerokich szelkach... I buty - sznurowane, na 'słoninowej' podeszwie! W odcieniu camel :-) A ja marzyłam o lakierkach. Z kokardką oczywiście ;-) I o legginsach, z lycry - najlepiej takich imitujących dżinsy marmurki ;-) Och, jak bardzo zazdrościłam podobnych sąsiadce... Niedoczekanie. 
Ale różowe w końcu uprosiłam sztruksy ;-) I wcale za nimi nie przepadałam! 
Za to dziś trochę różu mieszka w mojej szafie ;-)


Z tego Oscara dla Suzanne Bier to się cieszę najbardziej!!! I polecam Waszej uwadze wszystkie jej filmy  – w szczególności ‘Tuż po weselu’ (After the Wedding) z boskim Madsem Mikkelsenem. Tu trailer! 
Tego najnowszego jeszcze nie widziałam. I przyznam, że nie mogę się już doczekać!
Zdaje się, że największymi przegranymi tej gali okazali się bracia Coen… Ale coś nie przypuszczam, że rozpaczają ;-) Wybieramy się na ‘Prawdziwe męstwo’ w tym tygodniu!


piątek, 25 lutego 2011

Chwila szczęścia?

Popołudniowy, mroźny spacer z M. Po drodze małe sprawunki. I śmiejący się w głos M., kiedy pędzę co sił w nogach naszym wózkiem przez Aleję Kasztanową, białą i bezlistną… Ale przed nami żarzy się gigantyczna, purpurowa kula słońca. Wisi nisko, niziutko ponad horyzontem. Dokładnie na wprost nas. A niebo przecinają wielkie, schodzące już do lądowania odrzutowce…
Biegnę, M. piszczy z radości – o nasz wózek obijają się torby pełne wiktuałów. Przed nami weekend. Kupiłam mąkę gryczaną na prawdziwe bliny. I dobry, wiejski twaróg. I szare renety na jabłecznik… Przed nami fajne dwa dni. We troje. Trochę tu, trochę tam…

Musiałam. Bo za chwilę zapomnę o tej chwili szczęścia. Bez zdjęcia, bo nie wzięłam aparatu ze sobą… Czego pożałowałam okrutnie, bo to słońce było nieziemskie...

Wypoczywajcie!

PS O torbie pamiętam! Spróbuję tu tak zaprogramować, żeby pojawiła się dziś w nocy ;-)

poniedziałek, 21 lutego 2011

Niespożyta energia M., czyli frustracji młodej matki ciąg dalszy ;-) I szarobury spacer z Ewą. Ale w słońcu!

Wróciłam zmęczona.
Okrutnie…
Szczęśliwa, ale zmęczona…

Niespożyta energia mojego Syna daje się we znaki.
Wszystkim ;-)
M. w jednej sekundzie znajduje się w trzech (najmniej!) miejscach.
Przy czym specjalizuje się głównie w czynnościach wysokiego ryzyka…
Jest uparty.
Uroczy, ale uparty.
Momentami nie daję rady.
Widzę obłęd w oczach Babci. Cioć. I Wujków.
I w oczach Tatusia M.
Wizyty, które składamy stają się bardzo kłopotliwe.
Coraz bardziej.
Dla wszystkich.
Ja nie zdążę nawet wypić kawy. Odwiedziny zaczynam od przemeblowywania cudzego mieszkania ;-) Od ogołacania stolików kawowych i przenoszenia co cenniejszych sprzętów na wyższe poziomy! Serwowane dania zjadamy wszyscy na stojąco, układając talerzyki daleko poza zasięgiem rąk i wzroku M.
Ale i tak od czasu do czasu u kogoś runie lampa na przykład (Ewuń, raz jeszcze przepraszamy!)
Moje cudowne, arcyspokojne Dziecko (przynajmniej to, którym M. był jeszcze parę tygodni temu) stało się szalejącym wulkanem niespożytej energii!
Psotnikiem.
Psują.
Łotrem.
Najsłodszym, najdroższym łobuzem.
Mój błogi spokój i mocno już nadwerężona cierpliwość zaczynają szwankować.
Nie mam już żadnego pomysłu na dyscyplinowanie Syna i tłumaczenie Mu jak bardzo niebezpieczne/kłopotliwe/nieuprzejme są Jego pomysły.
Z Dziecka, które swoją uwagę potrafiło przez długie minuty skupiać na jednej czynności, wykonywanej z oddaniem i precyzją, wyrósł mały hultaj, którego wszystko cieszy, bawi i interesuje ale przez jakieś cztery sekund...
Rozkojarzenie i połykanie nieoswojonej przestrzeni – jakie to dziwne u Dziecka, które potrafi przecież skupić uwagę i nawiązać kontakt, kiedy nie jest rozproszone poznawaniem nowego…

Wiem, to TEN czas.
Wiem, to pewnie wcale nie jest ADHD.
Wiem, to bunt dwulatka.
Wiem, teorię znam ;-)
Wiem, zaraz z tego wyrośnie (chyba?).
Ale…


Naprawdę nie mogę już…
Czasami.
Coraz częściej.
Nie chcę stać się tą pokrzykującą, zniecierpliwioną i wyszarpującą z rąk Dziecka przedmioty matką.
Jakich wiele, niestety…
Wciąż staram się być tą fajną, uśmiechniętą i rozsądną Mamą.
Taką, która rozumie. Nie karci bez sensu, bez skutku. Nie podnosi głosu bez przyczyny. Taką, która zawsze ma pomysł na odwrócenie uwagi Dziecka, kiedy zajęte jest czymś niemądrym.
Ale też taką, która wychowuje.
A ja teraz już wcale nie jestem pewna, czy aby wychowuję M.
Bo wydaje mi się, ze wszystko zaczyna się wymykać pod kontroli.
I niedługo wszyscy zaczną patrzeć na mnie z pobłażaniem jak na kogoś, kto nie ma wpływu na własne Dziecko. Kto wychowuje je bez żadnych reguł. I bez zasad.
A tak przecież nie jest.

Ale czasami już sama nie wiem...
Naprawdę.


Wydaje mi się, że M. w Domu zachowuje się inaczej.
Inny jest też nasz rytm życia tutaj.
I Dom jest przestrzenią zupełnie oswojoną.
Kiedy wybieramy się gdziekolwiek z wizytą, kiedy zamieszkujemy na jakiś czas u Babci, nagle ta nowa, obca przestrzeń staje się największą atrakcją. Frajda jest w wysuwaniu szuflad, wdrapywaniu się na krzesła, ściąganiu obrusów i zrywaniu zasłon (sic!), których w Domu brak.
Największa radość w bieganiu po schodach, włączaniu i wyłączaniu wszystkich możliwych urządzeń, atakowaniu kontaktów i uderzaniu pilotem od telewizora w stół (aż wszystkie baterie pofruną wysoko, wysoko pod sufit!).
Klocki, puzzle i samochodziki stają się czymś wysoce niekoniecznym.
Te same zabawki, którymi Dziecko bawi się w Domu, wydają się jakąś pomyłką i służyć mogą jedynie do rzucania na odległość…
I kiedy wszystkim tłumaczę, że tak naprawdę wszystko wygląda inaczej, czuje lekko pobłażliwe spojrzenia i uprzejme przytakiwania ;-)
- Tak, tak, na pewno. Dzieci takie są. Wszystkie.
Chociaż chwilkę później okazuje się, że jednak nie wszystkie ;-) bo czyjś syn, wnuk albo siostrzeniec  'zachowywał się zupełnie inaczej - ale też miał odpowiednią w Domu dyscyplinę'. 
W przeciwieństwie do M. (czytam między wierszami).
No właśnie. Mało kto mi wierzy, że i w naszym Domu pewne reguły obowiązują... 

Na wszelki wypadek zabieramy ze sobą zawsze małą harmonijkę – kiedy już M. zaprezentuje cały wachlarz zachowań niegrzecznych i zrobi odpowiedni bałagan, podaję mu ów instrument i próbujemy mini recitalem zatrzeć złe wrażenie ;-) Zazwyczaj się udaje! Jeszcze.


Ratunkuuuuuu!!!


My naprawdę wychowujemy M. 
Naprawdę.
Nie jesteśmy Rodzicami, którzy pozwalają na wszystko. M. ponosi (odpowiednie dla swojego wieku oczywiście) konsekwencje swoich czynów. Jest nagradzany. I karcony kiedy trzeba.
Staramy się. Pracujemy. Wychowujemy Dziecko świadomie. Poszukujemy dobrych rozwiązań. Radzimy się mądrzejszych. Bardziej doświadczonych. Staramy się być wzorem. Próbujemy. Pokazujemy. Cały czas...
Ale niekoniecznie przynosi to wszystko zamierzone przez nas rezultaty. I efekty.
I często błądzimy...
M. energii ma za troje. Za czworo ;-)
I czasami ciężko dać jej upust. Zwłaszcza zimą. Zwłaszcza w dzień pochmurny. Zwłaszcza w cudzych wnętrzach ;-)

Nic.
Czekamy.
I czekamy.
Byle do wiosny!

Uratuje nas ogród ;-)

Na razie zawieszamy wizyty i odwiedziny. Przynajmniej tam, gdzie nie ma dzieci ;-) albo gdzie dzieci już urosły, a rodzice zapomnieli jak to było ;-)



Tymczasem kilka zdjęć z cudownego spaceru z Ewą (na zdjęciach z M.).
Tą od lampy ;-)
Z moją najdroższą i najdawniejszą Przyjaciółką.
Taką od zawsze i na zawsze.
I chyba najulubieńszą Ciocią M.
Bo Ewa jest czarodziejką. Najprawdziwszą. Ona dzieci zaklina… Ma niezwykły dar i wielki do Dzieci talent.
Jest cudownym pedagogiem. I cudowną malarką. Artystką.
I będzie cudowną Mamą. Już w maju :-)
A jej Lena z pewnością nie będzie się zachowywać jak mały dzikus ;-)
Będzie subtelną, uroczą Dziewczynką. Na pewno!

A oto i Lena. Ta w środku ;-)


***

Uff...
Trochę mi lżej jak to z siebie wyrzuciłam.
Lżej, ale wcale nie lepiej...
Może lepiej już nie będzie?
Niech będzie tylko troszkę łatwiej...
To już będzie bardzo dużo :-)

Tymczasem przygotowałam sobie michę owsianki.
Z łyżką muscovado, z garścią surowego ziarna kakao (jak ono przyjemnie w tej owsiance chrupie!) i z chmurą cynamonu.
Już mi lepiej :-)
Oj, tak!


niedziela, 13 lutego 2011

Pan Chopin... I o serduszkach :-)



W Muzeum Chopina udało mi się zrobić ze sto niezamierzonych zdjęć – z aparatem na szyi biegałam za rozhasanym M. i nieopatrznie pstrykałam fotkę za fotką… Chciałam je wszystkie wyrzucić (te bardzo nieudane), ale pomyślałam, że one same opowiadają jakąś tam historię o tym niesamowitym miejscu… Alternatywną dla wypieszczonych fotosów z muzealnych prospektów  ;-)
Na samym dole wrzucam więc kilka takich przypadkowych migawek ;-) Moim zdaniem niektóre są bajeczne!

W sumie zdjęcia z muzeum nie są udane. Wcale. Z wielu powodów. Bo ciemno. Bo cały czas w pędzie za M. Bo zamiast pstrykać, chciałam to miejsce poznać... Bo...
Ale nie o zdjęcia tutaj chodzi.
O opowieść.
O muzyce...
O Chopinie...
Do powtórzenia. Koniecznie...
Wybierzcie się tam!!!

Przez zaparowany obiektyw ;-)







W którejś sal M. spotkał Marysię. Bardzo się cieszył za każdym razem kiedy dziewczynka pojawiała się w kolejnych! W ostatniej sali zachowywali się już jak starzy dobrzy kumple - częstowali nawzajem różnymi smakołykami, biegali wokół eksponatów i skakali po pufach!!!


Jeszcze tylko dodam, że ulubionym rekwizytem M. w każdej sali okazała się...gaśnica ;-)))
Ach, no i na sam koniec wspomnę o niebezpiecznie czystych szybach, przez które to M. nabił sobie porządnego guza! Bądźcie więc ostrożni i nie dajcie się zmylić ;-)

No i seria zdjęć nieudanych. To po lewej jest dla mnie prawdziwą zagadką. Intrygujące, prawda?


M. w ruchu ;-) Nieustannym!!!


***

Odnośnie akcji serduszkowo-walentynkowej - nie zdążę, nie dam rady :-( a chętnie bym w niej wzięła udział!
Znowu zapomniałam o kablu, ech... Nie mam jak zgrać zdjęć.
Ale jak tylko wrócimy wrzucę tu parę serc.
Niezwykłych, bo będą to serca origami. Które w ilości hurtowej produkowaliśmy przez ostatnie trzy dni z moim ulubionym ośmiolatkiem - starszym braciszkiem naszego M.
Serc poskładaliśmy mnóstwo, bo i mnóstwo jest osób, które kochamy :-)
Każdy dostanie po jednym takim! Jutro!!!
A niełatwo takie papierowe serduszka wykonać, niełatwo ;-) Trochę są kanciaste, ale naprawdę piękne...

Z góry więc przepraszam za to opóźnienie. Z poślizgiem wywnętrzę też moją torebkę ;-)
Wszystko to za tydzień.
Teraz jeszcze zaległości...

Bo teraz to za dużo się dzieje :-) Każdego dnia. Będzie więc o czym opowiadać!

Pozdrawiam Was najserdeczniej :-)
Tutaj cały czas obłędne słońce! Obłędne!!!