czwartek, 17 czerwca 2010

Jesień mojej róży...

A róża - jak poniżej...

Uschła, ale pięknie jej z tym...




środa, 16 czerwca 2010

Pippa Lee. I jedno zdjęcie na dobranoc.

Ach, tyle miałam tu napisać dzisiaj i zdjęć dodać nowych tyle, ale dopiero co skończyliśmy The Private Lives of Pippa Lee – film – and I’m deeply impressed, więc…

Idę.
Pomyśleć.
Idę.
Na spacer.
Z psem.

Bardzo nam się film podobał. Oj, bardzo.
Jutro będzie więcej. Również o filmie.

A teraz dobranoc.

I dwa słodziaki na deser – dziś znowu spędziliśmy dzień razem.
Z H. i jej Mamą.
Fajny dzień :-)

wtorek, 15 czerwca 2010

A dzisiaj...

A dzisiaj było tak:


No niestety, morza za rogiem jak nie było, tak nie ma… Za to jest jeziorko. No prawie, prawie za rogiem… Ale jak mocno wychylę się przez kuchenne okno to je (prawie) widzę! A jak się pospieszę, to w niecałe pięć minut już siedzę na pomoście… I mogę sobie patrzeć ile zechcę na miniaturowe żabki skaczące po ścieżce. Na przykład ;-)


A mój Syn w tym czasie nawiązuje pierwsze przyjaźnie na placu zabaw. Dziś z Alą. Z Filipem. I z Basią. Może to trochę za wiele powiedziane „przyjaźnie”, zważywszy na to, że M. jeszcze samodzielnie nie chodzi, nie mówi zbyt wiele, a wszystkie dzieci na placu są zdecydowanie starsze ;-) ale mimo to można się z nim pobujać na konikach, zjechać wspólnie ze zjeżdżalni, zajrzeć do zapiaszczonego domku…



A jedna z dziewczynek powiedziała, że bardzo jej się podoba imię mojego M.
Miło!
Spędziłam więc na placu zabaw trochę czasu. Posłuchałam opowieści o Hello Kitty, o zaczarowanym cukierku miętowym (?), o Babci, która potrafi wróżyć z dłoni, o tym, jak szkoda, że nie ma danonek o smaku cukierków (miętowych?), itp. Fajnie!
Mój Syn za to nie dał się oderwać od huśtawek. Aż płakał, zmęczony i śpiący, ale tak baaardzo nie chciał wsiadać do wózka. Potem próbował zjeść trochę tamtejszego piasku, który jednak konsystencją przypominał bardziej glinę ;-) w każdym razie miała miejsce próba wylizania łopatki do czysta.



W końcu zasnął i trochę drzemał nad jeziorkiem. A ja obserwowałam te miniaturowa żabki!
I czytałam trochę.


A po powrocie do domu M. odkrył nową zabawkę. Spryskiwacz do kwiatów. Pełen wody! Psikałam mu tym po rączkach – aż piszczał z radości! A potem bawiliśmy się szczotką do włosów. Bo teraz największa frajda to czesanie zabawek. M. najpierw próbuje uczesać sam siebie (oczywiście odwrotną stroną szczotki!), a potem rusza do ataku ;-) i czesze pluszową żyrafę, miśka Zygmunta, a także cymbałki ;-) Obłęd!
Zmieniły się też typy literackie mojego Syna. Już żaden tam Freud czy Raczkowski. Teraz wertuje stare Notatniki Teatralne (BTW, ach jak bardzo do teatrów tęsknię… Chyba najbardziej…Wędrując po centrum gapię się z tęsknotą na te wszystkie plakaty, przeglądam recenzje, jestem na bieżąco z repertuarami moich ulubionych scen i… tyle. Jakoś ciężko się nam teraz zorganizować…), lubi też przeglądać mapy drogowe ;-) i niestety dorwał się do półki z literatura fachową Taty… Oj, niedobrze… ;-)

I popołudnie zrobiło się leniwe. Z Joao Gilberto. Z Ana Caram. Z udaną Lost Session Stana Getza. Z bossami. Ciekawe, nie jestem jakąś szczególną miłośniczką południowych rytmów, a jednak… Dziś mną zakołysało! I to jak!
Słuchamy sobie zatem rozbujanych Francuzów z Gabin (moje odkrycie sprzed tygodnia!), słuchany bosskiej Libelle ;-) W ogóle mnóstwo słuchamy. Mało, zdaje mi się, piszę tutaj o muzyce. W sumie nie wiem dlaczego. Przypuszczam, że z obawy, że utonę w temacie. Bo muzyki u nas dużo. Mnóstwo! Słuchamy nieustannie.
Ech, muszę pomyśleć w końcu o otagowaniu mojego bloga… Jak się za to zabrać? Z tagiem DŹWIĘKI będę miała problem. Tyyyle bym chciała o dźwiękach tutaj pisać. O tym, czego słuchamy. Każdego dnia.
Dziś Savalla. I właśnie Francuzów z Gabin. I Me’shell Ndegeoncello. I Mahlera. I brazylijskiej Elliane Elias. I Buffalo. I Ravela. I Truffaza. I Cassandry Wilson. I Kath Bloom. Czyli nieprawdopodobny miszmasz ;-)

A sobotniego koncertu w Teatrze Wielkim, na który nie idę, nie mogę wprost przeżałować…
Wrrrrrr…
Za to mam inne plany na weekend. Równie fajne! Albo nawet fajniejsze niż jakiś tam Gustavo Dudamel ;-)

PS. I słuchaliśmy dziś dużo Lisy Ekdahl. Ajjj, jak ją lubię. Jest taka very, very skandynawska. I taka bardzo, bardzo Jackpot&Cottonfield ;-) I taaaka śliczna. Jak Lisa z Bullerbyn. Tyle, że blondynka ;-)
Hmm, jak tylko opanuję wprowadzanie linków tutaj, to będziemy się łączyć z youtube, obiecuję! Na przykład z Lisą Ekdahl i jej http://www.youtube.com/watch?v=p4NSoDfhhO0

Wakacje. W obrazach. Cz. II

Dzień drugi. Piasek. Dużo piasku. Zabawy z wiaderkiem. Z łopatką. Ale najfajniejszą sprawą okazało się przesypywanie piasku z dłoni do dłoni. Ewentualnie zakopywanie własnych butów. Lub butów Mamy. Albo chociaż psich łap.


Piasek. Ziarenko. Forma terapii sensorycznej. Mogłabym tak godzinami. Przesypywać, przesypywać, przesypywać…
Moje Dziecko z kolei mogłoby piasek jeść. Godzinami. Zjadać, zjadać, zjadać...
Z przerwami na konsumpcję muszelek ;-)


Wiaderko-zamek. Piekielnie natrudzić trzeba się było, żeby wieżyczki wyszły w całości. Piasek nie mógł być ani za mokry (wówczas ciężko było wydostać go z formy), ani za suchy (natychmiast się osuwał)…. Sztuka nie lada ;-)
Ale Tato nie miał z tym najmniejszych problemów ;-))) A ile frajdy miał!

No i zielona łopatka. I grabki. Mistrz symetrii nie miał lekko ;-)
Grabki podpadły mi okrutnie – po tym, jak wbiłam je sobie w kolano… Do dziś mam mały ślad po zębach. A wyglądały tak niewinnie – zielone, plastikowe…

Piasek... Dzis jeszcze wysypywalam trochę z butów :-))) I z kieszeni!

Wakacje. W obrazach. Cz. I

Zilustruję każdy dzień wakacji. W odcinkach.

Po kolei.



To dzień pierwszy.
Przede wszystkim wolność. Przestrzeń. Aż po horyzont. Prawie niczym nieograniczona.
Śmialiśmy się kiedy nasze Dzieci w niesłychanym wprost tempie zmierzały w stronę morza. Niczym maleńkie żółwiki, które dopiero co wykluły się z jaj i wiedzione instynktem pędzą do wody, odpychając się jeszcze dość nieporadnie płetwami…

Puste, naprawdę puste plaże…
Piękne.
Najpiękniejsze…

Zdecydowanie przedkładam morza północne nad te, do których tęskni większość. Nad te ciepłe. Słoneczne. Oswojone. Wolę morza zimne. Wietrzne. Groźne. Tylko tam naprawdę wypoczywam.
Choć oczywiście nie jest tak, że południowych mórz unikam. Oj, nie ;-)


A horyzont na tych zdjęciach to tak raz w górę, raz w dół ;-) Zabawne…


A dla psa jaki to raj... Oj, czasami mi brakuje takiej plaży gdzies za rogiem...

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Chłopiec i morze...


Wróciliśmy…

Baaardzo powoli oswajamy się z domową rzeczywistością…

Baaardzo tęsknimy za szumem fal…

Baaardzo piękne było pierwsze spotkanie mojego Syna z morzem…

Trochę pierwsze, a trochę drugie... Kiedyś już tam byliśmy we trójkę ;-)

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Z powrotem. Na chwilkę. Urodzinowo :-)

Ponieważ jutro pierwsze urodziny H., zapożyczamy na tę okazję kawalek tortu od naszego M. :-) O cale trzy tygodnie starszego!

I swieczkę. Różową. Baaardzo adekwatną.



Kochanej H. życzymy tyyyyylu szczęsliwych chwil, ile tylko wyobrazic sobie potrafimy...
I radosci!
I beztroskich dni bez liku!

Kochanej Pchelce :-) Najslodszej, przekochanej, przeslicznej...
Najlepszej Przyjaciólce naszego M.
WSZYSTKIEGO NAJWSPANIALSZEGO!!!

PS. A stosowna dokumentacja fotograficzna zamieszczeona zostanie z lekkim opóźnieniem... Po wakacjach!