piątek, 9 lipca 2010

Parę słów...

...i jeszcze więcej obrazków :-)


Plac zabaw.
Nowy!



Kolejny, który zafundowała dzieciakom nasz dzielnica! Brawa! Naprawdę wielkie, wielkie brawa! Plac jest znakomity – wzdłuż pięknej, starej kasztanowej alei… Oddzielny dla maluchów, oddzielny dla starszych, spragnionych prawdziwych szaleństw dzieciaków! Dużo zielni, fajna architektura, dbałość o szczegóły… Niedługo mają powstać w tym miejscu jeszcze boiska i pawilon kawiarniany! Coś dla Mam ;-)))
A to nie koniec – miasto planuje kolejne tego typu inwestycje w naszej dzielnicy!!!
Czekamy i bardzo się cieszymy!




Ach! Jak bardzo się cieszymy!!!

Porzeczki. Biało-czerwono...



Porzeczki.
Niedoceniane, moim zdaniem…
A ja je kocham! Ubóstwiam!
Czerwone!
Tu w tarcie, pod kremem custard!!!
M. też próbował ;-)
A jak!


Prawdziwa porzeczkowa orgia!



PS. Chciałam zamieścić przepis, bo tarta naprawdę pyszna, ale czasu mało, a czeka nas jeszcze pakowanie… Uzupełnię ten wpis o przepis (rymem, hehe) po powrocie!!!

Ale chociaż niech tu sie zaprezentują w swej swieżej okazalosci ;-) sprawczynie zamieszania:

Kuzyniątka. A także o wielkim sukcesie M.

Popołudnie z Z.
Wspólne figle.
Fajny czas.
Razem.
Kuzyniątka ;-)




Z. wróciła z pierwszego samodzielnego wyjazdu – nasza siedmiolatka była na obozie pływackim!!! I wróciła ze złotym medalem. Zdobyła pierwsze miejsce w triatlonie!!!
A kolorowe paznokcie to trochę dlatego, że od września czeka ją szkolny mundurek ;-)
Tak przynajmniej tłumaczy to całe zamieszanie z manicurem i pedicurem Jej Mama, czyli moja kuzynka, hihi! No dobra, jak szaleć, to szaleć!!! W końcu mamy wakacje!!!



A najlepsza zabawa to z wlasnym cieniem ;-)





Ach, dzisiaj M. samodzielnie zakręcił bąkiem!!!
Rano!
I od rana już z tysiąc razy!!!
To też jakiś tam pierwszy krok :-)))

czwartek, 8 lipca 2010

Zielone jeże, czyli kłuj-kłuj :-)

Po niedawnej wichurze, znaleźliśmy na ziemi mnóstwo młodych, zielonych kasztanków… Takie jeżyki…
Sama frajda dla M.
I akupunktura ;-)



Jakoś się ochłodziło odrobinkę. I dobrze…
Wyśmienicie się spaceruje w takich temperaturach!
Powoli szykujemy się do kolejnego wakacyjnego wypadu :-)
I znów trzeba się pakować, wrrrr... Tego nie lubię!

***

Tymczasem czas miło nam płynie… Od rana Mollo Melomana :-) Od rana bujanie się w hamaku. Od rana samo szczęście…
Trochę Debussy’ego, odrobinę Chopina, ciut Schumanna…
Tak na dzień dobry!
I zaraz w plenery :-)

PS. I nie może się ode mnie odkleić pewna historia – opowiadanie z tomu Annie Proulx, które to wczoraj podczytywałam na ławeczce. Bardzo poruszające. Och, nie mogę się teraz uwolnić…

poniedziałek, 5 lipca 2010

Ach, jeszcze odrobina zamglonego...

Bałtyku…

Na koniec tego upalnego dnia…

Bo tu żar i skwar, a tam miły chłód. I bryza. I rześko.

Kawałek mnie...

Kawałek morza...

Kawałek M.

***

Spędzamy trochę osobny czas, bo Tato M. chwilowo away… Ale jutro już wraca!!!
Cieszymy się!
Bo pusto jakoś…
I wieczory trzeba naprędce zagospodarowywać…
Tato ma przecież zawsze jakiś fajny pomysł na zabawę :-)

Zawędrowaliśmy dziś pod Jego nieobecnosć na plac zabaw.
I były huśtawki. I zjeżdżalnia. I wspólne podrygiwanie na koniku z pewną uroczą dwulatką.
I niewyobrażalnie radosny śmiech mojego M.

A potem usilne próby (moje!) nauczenia M. gwizdania na glinianym ptaszku!
Bo śmieje się nieprzytomnie kiedy gwiżdżę ja!
Wobec tego postanowiłam sprzedać Mu tę wiedze i umiejętność, ale niestety – nie idzie to tak jak powinno…
Gliniany ptaszek w buzi, czyli „ammmm” – należy go zjeść ;-) albo chociaż pokruszyć sobie ząbki na nim… Ech…
Próbujemy też z wiatraczkiem i bańkami mydlanymi… I też nie bardzo!
Dmuchanie „na sucho”, w przestrzeń, już dawno opanowane, ale w konkretny przedmiot – nie bardzo…
No nic, mamy czas!!!

Poza tym czuję, że M. jest skupiony na pierwszym kroku, który chyba już tuż, tuż przed nami…
Dziś pomiędzy szczebelkami na placu zabaw przez moment wydawało mi się, że ruszy… Ale nie, schylił się i poraczkował…

***

A wczoraj Radziejowice.
I komary…
I niesłychanie intensywna woń olejku goździkowego, którym przed komarami się ratujemy…
Olejkiem skropiłam także wózek, w którym M. uciął sobie leśną drzemkę na tarasie i rano, już w naszym Domu, roztaczał się taki zapach, jakbym całą noc piekła pierniczki :-)))

Poza tym boskie wypoczywanie – nigdzie, ach nigdzie indziej nie smakuje tak kalafior, koperkiem posypane młode ziemniaczki, fasolka szparagowa, a także (a moze przede wszystkim) najwspanialsza zupa jarzynowa…
I kawa w kubku.
Na schodach.
Po obu stronach krzewy hortensji, a nad głowami stuletnie blisko sosny…

niedziela, 4 lipca 2010

Motherhood. W sobotę...

Parę obrazków* domowych na dobranoc.
Przypadkowych.
I kawałek tekstu.
Nieprzypadkowego ;-)


Jak dobrze, że mam tego bloga. Że mam kawałek, hmm, wirtualnego papieru, na który mogę przelać własne emocje, swoje tu i teraz, swoje tęsknoty, myśli, cokolwiek… Że mi nie uciekną… Że mogę to zrobić o dowolnej porze, w towarzystwie filiżanki dobrej herbaty…

Nawet jeśli nikt tego nie przeczyta… Choć jeśli przeczyta, tym milej… To czuję się zaszczycona. Naprawdę. Tymi wszystkimi komentarzami. Słowami. Nowymi znajomościami. Emocjami. Waszą obecnością tutaj…


A więc piszę…
Przy otwartych na oścież drzwiach balkonowych, z widokiem na ciemny, zdziczały sad oraz naszą prywatną Unter Den Linden ;-), jeszcze zanim skończą się napisy do filmu, który obejrzałam przed chwileczką…
Motherhood.
Naprawdę dobry film.
Mnie potrzebny.
Dzisiaj.
I nie, nie jest to komedia, jak sugeruje dystrybutor.
I nie, plakat nie ma nic wspólnego z zawartością.
I tak, jest o macierzyństwie.
Trochę inaczej, trochę po mojemu, wybitnie po nowojorsku (ach, to przeklęte NYC!!!Kto tam może mieszkać?)
Film jest świetny!!!
Nowy Jork pewnie też ;-)))

O różnych obliczach macierzyństwa, o wiecznym wyścigu z czasem, o porażkach, o zwycięstwach, o potędze tej niewyobrażalnej miłości, którą darzy się własne Dzieci, o chwilach zwątpienia i słabości, o reorganizacji świata i priorytetów, o tym, co boli, o tym, co cieszy, o tym wszystkim, co stało się i moim udziałem rok z okładem temu…
O byciu mamą.
O byciu żoną (równocześnie).
O byciu sobą (równocześnie).
I o próbie pogodzenia tych wszystkich ról.
Czego doświadczam niemal każdego dnia.
I co wcale łatwe nie jest…


There is no TRY. There is only DO and DO NOT.
So DO it!!!
To z filmu.



Warto obejrzeć. Dla paru znakomitych scen. Dla świetnej sceny w samochodzie. Dla tej pięknej, baaardzo wzruszającej na dachu. Dla rewelacyjnej Umy Thurman. Dla równie rewelacyjnej Minnie Driver (oj, jak dawno jej nie widziałam w żadnym filmie – tu wygląda zjawiskowo: w pięknej, mocno zaawansowanej ciąży i bez tych dramatycznych loczków!!!), i dla uroczego Anthony’ego Edwarda w roli lekko ekscentrycznego męża, książkowego pasjonata (och jak bardzo Kogoś mi przypominającego…)



***

Mój M. śpi mocnym snem. Przesłodko.
Tatusia niestety zmógł ból zęba.
Dom śpi.
Pies śpi.

A ja słucham sobie starej płyty Petera Gabriela.
Ostatnia scena filmu wyzwoliła we mnie głęboką potrzebę wysłuchania po raz milionowy utworu Red Rain z płyty UP. Mojej ulubionej. Oczywiście ;-)

***

Dziś mieliśmy niezwykłego Gościa. Kogoś bardzo bliskiego. Kogoś z daleka. Kogoś, kogo dziś zobaczyliśmy po raz pierwszy.
Spotkanie.
Wielki, ważny dzień.
Bardzo emocjonujący.
Prawie zero zdjęć.
Mimo, że dźwigałam dziś ze sobą aż dwa aparaty, żeby uwiecznić na nich to Spotkanie.
W emocjach rzadko po nie sięgam… Tak mam…

***



A poza tym dni upalnie nam mijają.
W rytm utworów Omary Portuondo.
I Lizz Wright (kiedy temperatura sięga trzydziestu stopni, zawsze włączam jej Salt – uwielbiam!)
I Cassandry Wilson. Tej trochę Mexico. I tej trochę Missisipi.

M. stoi już samodzielnie.
Potrafi utrzymać się samodzielnie w pionie przez naprawdę długi czas.
Potrafi nawet podnieść jedną nogę w górę ;-)
Potrafi utrzymać równowagę, wkładając sobie różne zabawki na głowę.

Myślę, że pierwszy samodzielny krok bardzo, bardzo niedługo!!!
Aparat w stanie gotowości! Będziemy nagrywać!

Wypiekam przeróżne słodkości.
Drożdżowe z kruszonką. Z owocami. Była i Pavlova z trukawkami. I duży sernik na zimno (zjedzony podczas jednego posiedzenia z E. i P. – naszymi Przyjaciółmi).
I torcik cappuccino, i dacquiose, czyli przeraźliwie słodki tort bezowy z masą kawową i mnóstwem bakalii – ostatni kawałek zjadł Filip, hehe), i moje ukochane tete-a-tete :-)
Trzy ostatnie to ze Słodkiego - najwspanialszej cukierni pod sloncem! Naszej absolutnie ulubionej! Bezkonkurencyjnej! Przyniesione przez E. i P.
Zjedzone przez nas!
Hektolitry wody. Z cytryną i miętą.
Czeresnie. Porzeczki. Czerwone i biale.

A także dwa inne filmy ostatnio.
Ale o nich może jutro.
I o najnowszych pomysłach mojego Syna. Pomysłach na zabawę. Upychanie płyt DVD pod dywanem. Albo jazdy na odkurzaczu ;-)
I o tym, co nowego w jadłospisie M.
A się dzieje w jadłospisie, dzieje!!!
I w ogóle się dzieje w naszym życiu.
Dużo.
A może wcale nie dużo?
Dzieje się dobrze w każdym razie :-)



A jutro jedziemy do Radziejowic.
Z dwoma aparatami ;-)
Z książką, której pewnie i tak nie uda mi się doczytać.
(Na lektury jest czas pomiędzy północą a czasem kiedy zasnę, haha!)
I ze starym Vogue’iem, którego może w końcu uda mi się przejrzeć.
(To bardziej prawdopodobne).
Za to jak pojedziemy na wakacje to sobie poczytam.
;-)))
To tak a’propos dzisiejszego filmu...

PS. OK, przyznam się, że w pewnym momencie sobie tak trochę nawet zapłakałam, oglądając go. Gorzko. I trochę ze wzruszenia też…

Dobranoc!

* a na jednym z nich lodówkowa ekspozycja zdjęć - pocztówka i fotografia, na których kawalek MOJEGO MIASTA RODZINNEGO :-) I pocztówka wyjątkowa, i fotografia... I Młody zając Durera. Mój ulubiony. Powieszę dużą reprodukcję nad łóżeczkiem M.
Kiedyś…

piątek, 2 lipca 2010

Unter Den Linden... I wcale nie o Berlinie!

Kołysz mi się kołysz,kołysko lipowa...*


Bo lipiec…
Bo upały…

Bo odklejam się od własnych myśli…

Bo pod moimi oknami prawdziwa Allee Unter Den Linden
Bo przyjemnie się spaceruje w jej cieniu…
Bo pachnie nieziemsko…
Upojnie…
Najintensywniej wieczorami…

Bo choć namiastką tego zapachu ukrytą w miodzie karmię się przez całą zimę…
Bo pszczoły to królowe lata…

Bo lipa to z łaciny tilia… A z francuskiego tilleul – baaardzo adekwatnie – zawiera „ul” w sobie…

Ach, lipiec!
Julio, Juillet, Juli, July, Luglio
Jak to pięknie brzmi… W każdym języku…



Marzy mi się taka rycina z kwiatem lipy właśnie. Z liściem. Z szypułkami. Jak ze starego zielnika…
Uwielbiam takie ryciny… Kiedyś podziwiałam je na niezwykłej wystawie w jednym z londyńskich muzeów. I do dziś nie mogę przeżałować tej jednej publikacji właśnie z Royal Collection – była to Mr. Marshal’s Flower Book z siedemnastowiecznymi rycinami. Piękna. Przeglądałam. Zachwycałam się. Nie kupiłam. Ech…
W ogóle marzą mi się ze dwa takie albumy ze starymi rycinami botanicznymi. Z kwiatami i z drzewami. I może jeszcze jedna z ziolami... Bym je przeglądała i przeglądała… I oprawiła kilka takich rycin… I powiesiła kiedyś w swojej wymarzonej, bielonej kuchni… Której kiedyś, mam nadzieję, się doczekam ;-)

*to chyba Konopnickiej, tak?