piątek, 13 stycznia 2012

Do śmiechu :-) I do tańca!


Kilka rysunków M.
I piosenka na weekend.
Jakieś tańce macie może w planach?
Karnawał trwa!





Wczoraj mój młodszy o dwa lata kuzyn, Tomek, przeze mnie zwany Tom Cat, uczył M. tańczyć twista ;-)
Taka popołudniowa migawka: włączony głośno soundtrack z Pulp Fiction*, beztroskie wygłupy, improwizowany twist i spaghetti, które gotowaliśmy we trójkę.
Tomek, M. i ja :-)
Czy ja już Wam opowiadałam o moim młodszym kuzynie?
Oj, długo by tu pisać ;-)
Skondensowany w ludzką postać żywioł - to tak w największym skrócie ;-)
W każdym razie ilekroć się widzimy, automatycznie wyłącza mi się mechanizm samokontroli, hahaha, i zachowuję się w jego towarzystwie jak rozbrykana sześciolatka ;-)))
Naprawdę - świrujemy, tarzamy się ze śmiechu, porozumiewamy tylko nam znanym kodem półsłówek i niedomówień ;-) i często wprawiamy tym innych w osłupienie!
Wczoraj nawet M. zbaraniał, hahaha!
Mamy tak z Tomkiem od zawsze.
W takim mocno karnawałowym nastroju tkwiłam do późnych godzin nocnych, co udzieliło się nawet mojej Przyjaciółce, z którą trzy kwadranse przed północą nawijałam przez telefon i było nam tak wesoło, że aż się obie popłakałyśmy ze śmiechu ;-)
Kilkakrotnie!
Nie, żadnymi używkami się nie wspomagałyśmy ;-)
Samo przyszło!
To chyba ze zmęczenia człowiek traci nad sobą kontrolę, hahaha!
Tak myślę.
Bo ja ze zmęczenia padam ostatnio...
W dodatku od kilku dni wyrzyna mi się ostatnia dolna ósemka, co mi czaszkę wprost rozsadza i do tego mam zapalenie spojówek :-(
Ale co tam - pełna mobilizacja i do dzieła.
Dzień przed nami!

Żebyście popłakali się ze śmiechu w ten weekend - tego Wam życzę!
W piątek 13-go :-)

Samolot




Autoportret bez fryzury

Koala :-) albo królik. Nos i buzia to mój wkład w rysunek, cała reszta - M.


Kolorowa mozaika na skorupie żółwia - wspólne nasze dzieło :-)
 

Królik
Jaja dinozaurów ;-) Chyba...

Tory

- A narysujesz Mamusię. Synku?
Ja rysuję owal i uszy, a M. rysuje oczy, nos, buzię oraz... grzywę lwa :-)
- Czy to jest Mamusia? 
- Tak, Mama LEW! Rrrrrrraaaaaaaa!

No jasne, czasem zdarzy mi się głośna ryknąć ;-)

*) Ten soundtrack... Wyobrażacie sobie bez niego jakąkolwiek imprezę? Bo ja nie :-) A strój UT był przez lata moim dyżurnym wdziankiem imprezowym, hahaha! Fryzura też bywała inspiracją ;-) Oj, jak mi się marzy jakieś dobre party z Przyjaciółmi z dawnych lat... Wszyscy rozsiani po Polsce, po świecie - może by się tak zmobilizować cała bandą choć na jeden wieczór karnawałowy? Ech, raczej niewykonalne - coś tak czuję...

środa, 11 stycznia 2012

Drobiazgi, zapiski i dwa słowa o przedszkolu :-)



Cudne to przedszkole!
Cudne!
Razem z Tatusiem M. uznaliśmy, że sami chętnie byśmy do takiego poszli ;-)
Najchętniej od teraz.
Zachwyt od pierwszego wejrzenia :-)
M. opuszczał je po godzinie z płaczem...
Co oczywiście nie gwarantuje, że kiedy nadejdzie godzina zero, płacz nie pojawi się w zgoła innym momencie...
Ale jesteśmy dobrej myśli.

Kameralne i odrobinę zideologizowane ;-)
Właśnie takie miało być!

Marianka, prześliczna równolatka M., dopytywała się, kiedy już zbieraliśmy się do wyjścia, czy M. jeszcze tu wróci :-)
No wróci, wróci :-)
Ale dopiero późną wiosną...
Na dłużej.
Bo na razie będziemy przychodzić co jakiś czas na troszeczkę. Oswoić temat ;-)
Tak zdecydowaliśmy.

Zostaliśmy tak przemiło powitani - przez Panie wychowawczynie i przez Dzieci.
Niezwykłe to było...
I zaskakujące.
M. naprawdę nie chciał stamtąd wychodzić!
A założycielka przedszkola bardzo mi Kogoś przypominała... Kogoś bardzo mi drogiego :-) 

Udzielił mi się tamtejszy spokój i dobra atmosfera...
I zupełny brak pośpiechu...
I przymusu.
Szacunek i zrozumienie dla Najmłodszych.
Dla wszystkich.
A wnętrze i jego wystrój przywiodło mi na myśl pewien bliski mi Dom :-)
I jak w Domu się poczułam.
Naprawdę.

Zabrałam potem M. na spacer do pobliskiego parku...
Szukaliśmy wiosny ;-)
Znaleźliśmy zbłąkane koty.
I parę stokrotek (sic!) :-)
A potem poszliśmy do cukierni na drożdżowe rogaliki.
Z różą.
Kupiliśmy nawet cały ich zapas na popołudnie, z myślą o Tatusiu M., ale uraczył się nimi (pod naszą nieobecność) Filip.
Pies łakomczuch ;-)
Łajdak jeden.
Ech, na zdrowie staruszkowi!

Zahaczyliśmy też o fryzjera.
M. strzyże się u pana Tomka :-)
I to nie w jakimś tam salonie dla maluchów ;-) W żadnym razie! 
To prawdziwy fryzjer męski!
Tylko męski.
Do pana Tomka mam prawdziwą słabość ;-)
Ma fenomenalne podejście do dzieci (sam ma chyba dwójkę), przez cały czas prowadzi ożywioną konwersację z M., wygłupia się z nim, podczas gdy ja siedzę sobie na wygodnej sofie, porzucona przez syna i nikomu niepotrzebna ;-)
W domu mycie głowy i czesanie nie należą do ulubionych zabiegów pielęgnacyjnych M. - jednak podczas wizyty u fryzjera M. nawet nie piśnie ;-)
Zadowolony ustawia głowę według wskazówek, pochyla ją w dół, odwraca... Przegląda się z uznaniem w lusterku ;-)
Coś wspaniałego!
Pan Tomek naprawdę zasługuje na te wysokie napiwki ;-)
W dodatku bezbłędnie zapamiętuje imię M.
Moje również ;-)

No i tyle u nas.
Chwilkę temu wróciłam z pracy...
Długi dzień, dłuuuugi...
Zaczął się wczoraj.
Teraz mam siłę jedynie na dwa odcinki Mad Men.
Na nic więcej...
Dobranoc.

Na zdjęciu M. w moich kultowych okularach Swatcha :-)
Dostałam je wieki temu i chętnie nosiłam - dziś służą nam głównie do wygłupów. Są absolutnie cool, nie uważacie?
Swoją drogą ciekawe, czy Swatch jeszcze produkuje słoneczne okulary? Muszę to sprawdzić.
Patent ma świetny, bo wymienne są fronty oprawek, podczas gdy cała 'podstawa' i zauszniki są elementem stałym.
Można więc kombinować różne oprawki do różnych sukienek!
Kiedyś byłam wielką fanką Swatcha.
Pierwszy zegarek, który dostałam w prezencie od Chrzestnego Taty, nosiłam przez długie lata :-)
Szkolne :-)
A potem kupowałam sobie kolejne zegarki tej marki. Z różnych kolekcji. Do rożnych sukienek ;-) 
Aż przyszedł czas na elegancką, srebrną kopertę :-)
Piękną, prostokątną DKNY na jasnobeżowym pasku.
Oj, długo nosiłam.
A potem urodził się M. i zdjęłam zegarek z nadgarstka.
I jakoś od tamtej pory nie założyłam.
Dziwnie się z nim czuję.
A kiedyś dziwnie czułam się bez.

Mało kto nosi dziś zegarek.
Wszyscy sprawdzają godzinę na telefonach.
Moje i Tatusia M. zegarki spoczywają na dnie komody.
Tatusiową Doxę po Dziadku odziedziczy pewnie kiedyś M.
Prawdziwy zabytek to dla niego będzie ;-)
Kiedy poznałam Tatusia M., nosił ten zegarek...

OK, zmykam sprawdzić, co u Dona Drape'a ;-)

Wiecie co?
Fajnie tak postukać tutaj - parę liter na dobranoc.
Trochę jak mała etiudka przed snem.
Etiudka, nie etiuda ;-)
Zawsze to coś, a o tej godzinie do pianina ciężko usiąść ;-)
W dodatku mam poczucie, że ocalę w taki sposób parę chwil.
Które umykają, umykają i umykają...
Jak to chwile ;-)
Które nawet nie wiadomo kiedy zamieniają się w mętne zlepki dni...

W każdym razie fajnie mieć takiego bloga :-)
Między innymi z tego powodu.

Dobranoc.

Ale mnie stopy bolą od tych obcasów.
Zupełnie odwykłam...
Czuję się jak po Studniówce ;-)
Którą przetańczyłam boso!
Mam takie zdjęcie ze Studniówki: pod ścianą rządek butów na wysokim obcasie, hahaha!
Nie tylko ja założyłam wtedy swoje pierwsze szpilki ;-)

OK, dobranoc raz jeszcze ;-)
Dziś już ostatni!

poniedziałek, 9 stycznia 2012



Na dobranoc...
Kawałek nieba.
Przedwczorajszego bodaj.
Widok z kuchennego okna :-)
I piosenka.








Jaka to ładna wokalna wersja Gymnopedie...

Obejrzeliśmy niedawno 'Restless' Gusa Van Santa.
I bardzo Wam ten film polecam...
Ładny.
Liryczny.
Choć smutny trochę...
I odrobinę pretensjonalny.
Recenzenci piszą, że hipsterski ;-)
I naiwny.
No, trochę tak.
Ale za to bardzo, bardzo nastrojowy...
Mnie się podobał.
A Mia Wasikowaska imię nosi nie przez przypadek chyba ;-)
Zachwycająca jest!'
Taka eteryczna.
Tak jak panna Farrow kiedyś...
A młodziutki Henry Hopper - jak się okazuje - jest synem Dennisa.
I po legendarnym ojcu ma to COŚ :-)
To pewne.
Och, wzdychałabym do niego, nastolatką będąc ;-)

A jutro ważny dzień.
Wybieramy się z M. do... przedszkola.
Takiego, które od dawna mi się marzy...
Jedziemy we trójkę.
Na rozmowę.
I pewnie jutro podejmiemy decyzję :-)
A raczej utwierdzimy się w przekonaniu, że ten moment już nastąpił.
Że już czas.
Mam nadzieję, że to nowe miejsce spodoba się M.
I Tatusiowi M.
Bo mnie spodoba się na pewno!

Nowy rozdział przed nami.
I to chyba już całkiem niedługo :-)
Ja tam się cieszę!
I boję jak diabli równocześnie ;-)
Bo nowe dla M. oznacza nowe dla mnie.
Niby wcale nie takie nowe, niby oswojone, niby dobrze znane, no ale teraz już w zupełnie innych okolicznościach.
Więc się boję.

Dobrej nocy!



niedziela, 8 stycznia 2012

Micio ;-) Przez 'c'. O zabawkach :-)

To dziś dwa słowa o zabawkach :-)
Jakoś się nie mógł doczekać publikacji ten post, hahaha!
W ogóle tyle ich czeka już zakolejkowanych...
Mało, mało, mało czasu...
Na wszystko.

Bo tyle się dzieje...
Każdego, każdego dnia :-)

No to o zabawkach.
W ramach noworocznych porządków - prawdziwy remanent ;-)
Odzieżowy głównie... Przerzedzamy szafy!
No i przyszła też pora na selekcję zabawek...
Nie ukrywam, sporo ich.
Za dużo!
O wiele za dużo!
Kiedyś sobie obiecywałam, że w tym temacie pozostaniemy wierni programowi minimum ;-)
No ale wiecie...
Ten, kto sam ma Dzieci, chyba dobrze mnie rozumie, hahaha!
Często sobie myślę, że M. tak wyśmienicie potrafi się bawić tekturową rolką po ręczniku papierowym albo kawałkami drewna...
Więc po co to wszystko?
Te kosze wiklinowe pełne zabawek, kartony samochodzików, pudła klocków.
Układanie, przekładanie, upychanie...
Ratunkuuuuu!
I to jak się rozmnażają resoraki, wagoniki...
Staramy się kupować 'z głową' - zabawki trwałe, mądre, które wystarczą na dłużej - takie też M. otrzymuje w prezencie.
Ale...
I tak sporo tego!
I chyba tak już zostanie ;-)
Pokolenie nadmiaru.
Choć ponoć to my mieliśmy już o wiele za dużo...

Na tych pierwszych zdjęciach - zabawki nasze.
Moje i Tatusia M.
Update: brata Tatusia M. ;-) Właśnie mnie uświadomił, że sam z nimi nie miał nic wspólnego, hahaha! Ale to chyba detal - tak czy tak są stare ;-)
Mój jest ten hipopotam Lego. Przetrwał blisko 30 lat (podobnie jak mój JEDYNY duży zestaw klocków Basic - czyli dzisiejsze City - i wydaje mi się, że przez te wszystkie lata nie zaginął ani jeden klocek!). A ten hipopotam znajdował się w pierwszym mini zestawie, który sprezentował mi mój Tato Chrzestny :-) Zestaw składał się z kilku klocków, czerwonego łóżeczka, hipopotamka właśnie, czterech kwiatków i konewki :-) W drugim zestawie znajdowała się biała owieczka (i ją również przechowuję!), fotel, toaletka i mała brązowa szczotka do włosów :-)
Przez długi czas owieczka i hipopotamek były moimi największymi drogocennościami :-)
Zresztą dziś pełnią rolę osobliwych 'talizmanów' - noszę je ze sobą w torebce!

Jeśli chodzi o przytulanki z dzieciństwa to moje wszystkie przetrwały (no, te najbardziej ukochane). Tatuś M. miał ulubionego pieska z pluszu - bodaj żółtego... Niestety, piesek nie zachował się :-( Czego bardzo, ale to bardzo żałuję...

Poniżej parę 'najpierwszych' przytulanek M. :-)
Kilka zostało przekazanych dalej, część trafiła do naszej 'skrzyni skarbów', a niektórymi wciąż M. się bawi :-)
Musiałam je sfotografować. Dla pamięci.

W lewym górnym rogu misio-pozytywka - pamiętam, że kupiliśmy go od razu, kiedy okazało się, że zostaniemy Rodzicami :-) i M. słuchał jej, będąc jeszcze po drugiej stronie brzucha :-)
Gra moją ulubioną kołysankę LaLeLu :-)
Ten biało-niebieski również pochodzi jeszcze z czasów SPRZED ;-)
Dostałam go (tzn. M. dostał) od Ady, mojej Przyjaciółki - i jakoś tak M. sobie tego misia ulubił - do dziś często z nim zasypia!
A to pierwsza książeczka M. :-)
Dziś 'czyta' ją Lenka!


Z żyrafką Sophie historia jest taka, że sama się taką bawiłam w dzieciństwie :-) Dostałam swoją Sophie od dalekiej ciotki z Francji :-) W spadku była ta moja - po ciotki wnuczkach! Uwielbiałam tę żyrafkę! Skończyła marnie - w paszczy psa :-(((
M. zatem doczekał się swojej - i to jedyna zabawka, którą z czystym sumieniem polecam każdemu na trudy ząbkowania! Był czas, kiedy bez żyrafki nie mogliśmy się nigdzie ruszyć! M. tarmosił ją bezdusznie, kąsał, zgryzał, pakował różki i nogi do buzi... Cierpliwie to wszystko znosiła!
Co ciekawe, Sophie była jedyną zabawką M., na którą ostrzył zęby Filip, nasz pies! Żadna inna zabawka tak go nie zainteresowała, nie kusiła! Coś musi być więc na rzeczy, zważywszy na smutny los, jaki spotkał tę moją ;-) Może zapach? Delikatny, bardzo charakterystyczny... Ale jakoś Filipa udało się przekupić - odpuścił z żyrafką, kiedy pozwoliliśmy mu porwać żółtą kaczkę kąpielową ;-) Ach, brzydko się z nią obszedł, haha!
Drewniany pajacyk po lewej to w spadku po Mikołaju. I bardzo, bardzo długo pajacyk nam służył! Jedna ze sprytniejszych zabawek - grzechocze, wygina się na boki... Bardzo trwała. Niedawno kupiłam spory ich zapas (są również w wersji dziewczęcej!) i prezentuję każdemu zaprzyjaźnionemu Maluchowi :-)
A ta grzechotka po prawej jest dla nas wyjątkowa, ponieważ była pierwszą, którą udało się M. samodzielnie wziąć do łapki :-) A nam udało się nagrać właśnie ten moment - szczerego, niemowlęcego zachwytu i zdumienia własnymi umiejętnościami :-)
No i pierwsze dwa autka! Ten różowy blaszany autobus/pandabus kupiliśmy w sklepie obuwniczym (sic!) - po przymierzeniu dwunastej pary sandałków zakup jakiejkolwiek nowej zabawki okazał się koniecznością - i przez długi czas był wielkim hitem!
A tu jeszcze dwie ważne przytulanki.
Ta po lewej to pozytywka (ta również gra LaLeLu) - i śmiało mogę powiedzieć, że była to (i chyba nadal jest) absolutnie najukochańsza zabawka M.
Miłość od pierwszego wejrzenia...
Już nie pamiętam, kto zauważył podobieństwo tego kociego pyszczka do maminej piersi :-) Ale o to chyba chodziło - z tego powodu właśnie ta przytulanka okazała się ulubioną! M. często próbował się do tego nosa przyssać ;-))) W każdym razie ten, kto zabawkę zaprojektował, był prawdziwym geniuszem! Chyba, że tak wyszło przez przypadek ;-)

A tego żółwia po lewej zakupił z kolei Tatuś M. - pani ekspedientka przekonała go, że wbudowany w żółwia moduł, imitujący rytm ludzkiego serca (serca matki!), ukoi zapłakane niemowlę, uciszy i w smutku utuli ;-) A ja w tym czasie zamiast wstawać i biec w stronę łóżeczka, spokojnie przewrócę się na drugi bok, snu nie przerywając. Kochany ten Tatuś M. ;-)
Dziecięcy płacz miał aktywować moduł - w praktyce moduł włączał się nieustannie, uruchamiany głównie przez szczekanie psa ;-) na które M. nie reagował, wybudzał się natomiast, słysząc dźwięki modułu, hahaha!
Odgłos to był przedziwny - trochę jak uderzanie blachą o blachę ;-) W każdym razie dźwięki mocno industrialne ;-) Ponoć takie dochodzą do uszu Dziecka, kiedy mieszka jeszcze w brzuchu Mamy...
Rany julek, jak dobrze, że nie pamiętamy wiele z tamtych czasów...
Szczęśliwie moduł można było wyciągnąć z żółwiej jamy brzusznej ;-)

No dobra, to taki wpis zaległy :-)
Dziś nastąpiła kolejna wymiana zabawek z Hanią. To też znakomity wynalazek - takie cykliczne wymiany między Dziećmi!

Życzę Wam miłego wieczoru!
I udanego tygodnia :-)

Jutro może opowiem w kilku słowach o tym, co u nas ;-)
I o piątkowym koncercie.

To do jutra!

PS M. na misia mówi MI-CIO :-) Przez duże i wyraźne C :-) Bardzo, bardzo to lubię!


czwartek, 5 stycznia 2012

Laurka :-)


Zgrywając wczoraj z telefonu zdjęcia, znalazłam takie dwa :-) 
Z jednego z ostatnich jesiennych spacerów.
Wrzucam je tu dzisiaj na przekór temu, co za oknem... Całe szczęście, ze już przynajmniej trochę przestało wiać! 

Dziś mija 10. rocznica śmierci mojej Babci. 
Zawsze mi powtarzała, że jedynaczka musi sobie znaleźć dobrą Przyjaciółkę :-) 
Też najlepiej jedynaczkę. Dobrze się będą rozumieć - tak mi mówiła. I cenić.
Sama miała dwie siostry, jedynaczką jestem ja. 

Dziś obchodzi urodziny Ada. 
Moja Przyjaciółka. 
Jedynaczka oczywiście ;-) 
Moja Babcia była baaardzo mądrym człowiekiem, a Ty jesteś baaardzo dobrą Przyjaciółką, Aduń :-) 
A nawet wspaniałą! 
I dobrze, że się wtedy odezwałaś! 

Babcia mi powtarzała, że Przyjciele wymagają troski jak rośliny. 
I regularnego zasilania. 
Niepodlewane mogą nigdy nie wrócić do życia. 
Ale czasem wracają :-) Na szczęście! 

Wszystkiego wspaniałego, kochana moja Przyjaciółko! 

Jaka szkoda, że Babcie nie żyją wiecznie...

Udanego weekendu Wam życzę! 
My jutro wybieramy się na wspaniały, świąteczny jeszcze trochę, koncert :-) I na zaległy obiad noworoczny! I pokolędujemy trochę... Poodwiedzamy przyjaciół znaczy się ;-) 
Ugotowałam gar zupy grochowej i kompot z suszu. Pachnie wigilijnie i tak też smakuje :-) 

Do zobaczenia!


PS Muzyka! Mało dziś oryginalnie ;-) ale ja po prostu kocham tę piosenkę!!! I jej cudowne przesłanie :-)
Dziś w wersji instrumentalnej, ale myślę, że każdy ją rozpozna :-)





Którą wersję najbardziej lubicie? Bo wydaje mi się, że ten temat grali i śpiewali niemal wszyscy!

środa, 4 stycznia 2012

DeeDee, śnieg i inne czary :-)


Zatem o koncercie DeeDee, o śniegu i o cudach!

Pierwszy się zdarzył w przedświąteczny wtorek.
Wieczorem :-)
Bo spadł śnieg!
Niektórzy nawet podejrzewali, że to ja go wyczarowałam ;-) Tak gorliwie o nim marzyłam, tak go zaklinałam...
Więc spadł.
Litościwy ;-)
Zaczęło sypać tuż przed koncertem - stojąc przed Archikatedrą, z niedowierzaniem zadzierałyśmy z Aśką głowy wysoko w górę...
No, sypał!
Bielusieński i mięciutki - wszystko jak należy :-)
Kiedy wyszłyśmy - Świętojańska była całkiem biała...
Wymarzony spacer po Starówce - zaśnieżonej, rozświetlonej - a potem grzane wino w Gwiazdeczce... Marzenia się jednak spełniają :-)

Drugi cud miał miejsce rano.
I trwał przez długie godziny naszej podróży...
Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś podobnego - poranna, wprost olśniewająca szadź i szron szczelnie opakowały wszyściutko przy drodze...
Niczym srebrny woal...
Każde drzewo, każdy listek, krzewy, trawy i kamienie.
Zmrożona, biała mgła, a w tle ciężkie, szarobure chmury.
Jak dostojne, jakże uroczyste...
To, co zazwyczaj ulotne, trwało parę godzin. Jak gdyby mgły nie chciały wcale opaść - srebrząc całą naszą drogę...
Odrobinę nierealną w swej urodzie...
Zapamiętam ją na zawsze.
Drogę, którą pokonywaliśmy w zupełniej niemal ciszy - w ten najsmutniejszy dla nas dzień Adwentu...
Piękną i posępną. I tego dnia zupełnie niemal pustą.
Jak gdyby Ktoś ją dla nas zaczarował...

 

A koncert DeeDee był fenomenalny.
Tylko DeeDee i fortepian.
Repertuar - marzenie :-)
Sporo utworów świątecznych, ale też coś z repertuaru Billie Holiday, m.in. zachwycający 'Strange Fruit' i moje ulubione 'God Bless the Child'; poza tym  'Speak Low' Weila, 'Midnight Sun' i wiele innych...
Obłędne było nawet 'Jingle Bells' :-) I jakie inne!
Na bis zabrzmiało a capella 'Amazing Grace'. Potężne i fenomenalne wykonanie! Wysłuchane na jednym wdechu! Jak to świetnie określił Marek Dusza: 'Wykonanie godne Białego Domu!'.
No i sama DeeDee - w połyskującej, zielonej sukni z cekinów, uśmiechnięta i odrobinę natchniona :-) Trochę spiritual :-) A przy tym cudownie niepretensjonalna!
Wspaniały, wspaniały koncert...
No i ten śnieg...
I sama Archikatedra... Jak pięknie oświetlona!
Dorożki przy Placu Zamkowym...
Choinka wysoka po niebo i rozświetlone Krakowskie Przedmieście...
Chociaż tyle :-)


Zdjęcia takie, bo 'uzbrojona' byłam tylko w telefon ;-)
Ale że biało było - oto dowód!
Te dwa kolaże powyżej - wiadomo, a tu po lewej Pl. Bankowy zza samochodowej szyby, a po prawej ze spaceru z psem - parking nocą!

I jeszcze fragment koncertu DeeDee :-) Tutaj z VJF z 2009 - w fenomenalnym i moim ulubionym 'Don't Explain'! Tak ta Pani śpiewa! Chapeau bas!



Dobrej nocy i do zobaczenia!

Z kilkudniowym poślizgiem spieszę z noworocznymi życzeniami :-)

Oby w Nowym Roku spełniły się Wasze marzenia!
Niektóre ;-)
Nie wszystkie!!!
A może to my spełnimy czyjeś?
Oby!
Tego drugiego może nawet życzę Wam bardziej.
Radości dawania!

1 stycznia bawiłam się dużo lepiej niż w Sylwestra ;-)
Naprawdę.
Chyba wolę początki od zakończeń.
I czysty kalendarz od zabazgranego ;-)
Jakie pole do popisu!!!

Jakoś za każdym razem ten pierwszy dzień Nowego Roku wydaje się dłuższy niż wszystkie pozostałe...
Nawet jeśli zaczyna się dopiero po 14-tej.
(Bywały i takie czasy, hehe!)
I jakiś taki piękny...
Niezależnie od wszystkiego.



Mroźny, biały, pierwszy styczniowy poranek...
Słoneczny.
Wysokie zaspy śniegu w ogrodzie.
Gwarne, rozszczebiotane ptactwo skupione wokół karmnika zawieszonego na modrzewiu - moim równolatku ;-)
Stoję zapatrzona przy drzwiach na taras i piję ciepłą zbożową kawę...
I słucham tej właśnie piosenki.


I tylko ja nie śpię ;-)

Taka noworoczna migawka sprzed lat...
Którą wspominam każdego roku w pierwszy poranek stycznia.
Zupełnie nie mam pojęcia, dlaczego właśnie tę.
Może ze wszystkich noworocznym poranków ten właśnie był najfajniejszy?
I może dlatego zawsze, od tamtego czasu, pierwszą płytą, którą wrzucam do odtwarzacza w NR jest ta Elvisa Costello :-)

Do naszej noworocznej tradycji należy tez sute śniadanie przy wiedeńskim Koncercie Noworocznym.
Od kiedy pamiętam starszyzna w moim Domu mobilizowała się przy radioodbiornikach lub telewizorach na godzinę 11 ;-)
A potem długi spacer...
I tak właśnie było w tym roku :-)
A pogoda okazała się wymarzona.

Na naszej ulubionej drodze do lasu prawdziwe tłumy!
W jesiennych paltach ;-)
Ciężko uwierzyć, że to zdjęcia z 1 stycznia 2012?
Jak dziwnie...

Nasze tegoroczne Święta były takie inne...
Już zeszłoroczne właściwie.

Bardzo ciche.
I mimo że smutne - ukoiły...

Przeczytałam od nowa (i na nowo) 'Dziadka do orzechów'.
M. oglądał ze mną piękne ilustracje Bożeny Truchanowskiej. Uwielbiam je!
Zdecydowanie wolę też to stare wydanie (i stary przekład) od najnowszego.
Czasem lubię te baśniowe uproszczenia...
Bo nowe tłumaczenie jest co prawda wierne oryginałowi E.T.A. Hoffmanna, ale moim zdaniem straciło na uroku :-(
Tylko na tę jedną książkę czas znalazłam.
Mam wrażenie, że jakoś przedrzemałam te wszystkie okołoświąteczne dni.
Bo kiedy smutno - zasypiam...
W zeszłą środę rano nawet się zdziwiłam, że to już zupełnie po.
I tylko kompot z suszu popełniłam, jeśli chodzi o świąteczne kulinaria.
Nic więcej...
Z choinką też nie zdążyliśmy.
Ale nie o to chodzi, prawda?
Kiedy wróciliśmy do Domu rajskie jabłuszka w naszym świątecznym bukiecie pomarszczyły się niczym rodzynki ;-)

M. mówi i mówi!
Prawie tyle, co w tych moich snach ;-)
Powtarza kolejne słówka, powtarza i przetwarza! I to jest najfajniejsze!
Pak-pak zamiast kap-kap Albo psi zamiast śpi ;-)
Na przykład.
Wydłużają się konstrukcje wyrazowe. Postęp geometryczne, o ja Cię!
Czuję, że wkraczamy w nową erę. Najfajniejszą na świecie!

Wydłużają się też poranki.
Tzn. stały się leniwe, bo M. nie zrywa się na nogi, pędząc ile sił przed siebie (a my za nim!), ale wskakuje do naszego łóżka i pozwala nam się cieszyć ciepłem kołdry jeszcze przez parę(naście) minut ;-)
I opowiadamy sobie.
O tym i o owym.
Podobnie przed snem - zamiast lektur - historyjki z życia wzięte ;-)
Najchętniej.
Ulubiona to ta o Babci, która spieszy pociągiem w odwiedziny do M. - o licznych Babci po drodze przygodach: a to o syjamskim kocie, który postanowił podróżować na gapę w babcinej walizce, a to o panu konduktorze, który zapomniał kasownika, ale na całe szczęście Babcia ukrywała w torebce krokodyla ;-) który nadał się wręcz idealnie do dziurkowania biletów ;-) Swoją drogą, pamiętacie takie stare kasowniki-dziurkacze i bilety - szarobure, ze sztywnej tektury, malutkie jak te na autobus?
Opowieści, opowieści, niekończące się historie...
Ach, wyobraźnia młodej matki musi sięgać wyżyn momentami ;-)))
Do dziś pamiętam wielowarstwowe, skomplikowane  i szkatułkowe niczym powieść Potockiego obiadowe historyjki, opowiadane małemu Mikołajowi przez Jego Mamę ;-) Sama siedziałam z zapartym tchem niejednokrotnie ;-) i z łyżką zastygłą po drodze do ust od talerza!
Prawdziwe przygodówki to były! Te zwroty akcji, te zapierające dech w piersiach pościgi, te psychologiczne przemiany bohaterów: od żarłoka do niejadka i odwrotnie ;-)

No dobra, zmykam już...
Pora późna, pracy moc, pies żąda spaceru.
Pochwalę się jeszcze tylko, że pod choinką znalazłam w tym roku prezent-marzenie :-)
Którego się nie dość, że nie spodziewałam, to przerósł moje najśmielsze oczekiwania!
Jak fajnie być grzeczną dziewczynką ;-)
Bo niegrzeczne znajdują pod choinką rózgę.
Chyba!

To do zobaczenia!
Koniec już tej laby ;-) 
Od maili, sieci, blogosfery!!!
Witajcie w Nowym Roku!

Ach, zapomniałam jeszcze napisać, że rozpoczęliśmy sezon łyżwiarski!!!
Tzn. M. i Tatuś M. :-)
Bo ja tylko kibicuję!
Na razie ;-)

Jutro będzie o koncercie DeeDee :-)
I o cudach!
Ale to dopiero wieczorem...
Się rozpisałam dzisiaj ;-)

Dobrej nocy!