Śmieję się, że pierwszą kolację ‘na mieście’ moje Dziecko zjadło w szóstej czy siódmej dobie swojego życia ;-)
Ponieważ M. urodził się w maju, pogoda sprzyjała wieczornym wędrówkom i faktycznie, nawet już po zmroku zabieraliśmy wózek, czasem psa i spacerowaliśmy… Niedaleko nas znajduje się urocza rodzinna restauracyjka (zawsze idziemy do ‘Włocha’, ale tak naprawdę ma całkiem inną nazwę) – jedna z moich ulubionych w okolicy. Serwują w niej znakomitą cacciucco alla livornese, czyli toskańską zupę rybną, całkiem smaczne pasty oraz znakomite czekoladowe profiterolki :-)
I podają najlepszą na świecie zbożówkę, która smakuje jak prawdziwa, wyborna kawa – a to rzadkość w naszych restauracjach i kawiarniach… I na tę zbożówkę lubiłam tam zaglądać za ‘mlecznych’ czasów jeszcze ;-)
Tatuś M. zamawiał małe espresso, ja swoją kawę albo po prostu kubek spienionego mleka, pies kładł się wygodnie pod stolikiem, M. czasami drzemał w wózku, a czasem zasypiał na naszych kolanach… W ciepłe majowe jeszcze, a potem czerwcowe wieczory… To był dobry czas.
Mam wielki sentyment do tego miejsca :-)
Dla mnie to było bardzo ważne. Chciałam sobie udowodnić, że tak można. Że tak to właśnie będzie wyglądać… Że w żaden sposób nie dam się zamknąć w czterech ścianach, że nie zrezygnuję z życia towarzyskiego, kawiarnianego, takiego, jakie prowadziłam wcześniej… Które uwielbiałam.
Oczywiście, pewne zmiany nastąpiły ;-) ale jednak M. spędził gros czasu w kawiarnianych ogródkach albo baraszkując na przepastnych kanapach naszych ulubionych restauracji…
Teraz jest gorzej, bo nie usiedzi ani przez chwilkę… Bo wszystko Go interesuje… Nie tylko zawartość talerza i serwetnik na środku stołu, jak to miało miejsce jeszcze kilka miesięcy temu ;-)
Na całe szczęście istnieje całe mnóstwo miejsc przyjaznych Dzieciom i Mamom – kilka świetnych również w naszej najbliższej okolicy. Uwielbiam do nich zaglądać. M. również :-) Zazwyczaj spotykamy w nich jakieś inne Mamy (lub Tatusiów – i to coraz częściej!) z Dziećmi, więc M. od razu ma towarzystwo! Bardzo często, wracając z długiego spaceru, zamiast pędzić do Domu, zatrzymujemy się w takiej mama friendly cafe – posilamy drobną przekąską, rozgrzewamy porządną herbatą – i pędzimy dalej…
Zdjęcie pochodzi z jednego z takich 'naszych' miejsc… Najnowszych na mapie :-)
Dziś zabraliśmy tam na pyszny napar rooibos z imbirem i sokiem malinowym Mamę Tosi (oraz Tosię)… Na chwilkę odetchnąć… M. przeszczęśliwy: ma tam swój ulubiony, tekturowy domek, cały serwis obiadowy do zabawy, kolorowe balony, maski karnawałowe, kręgle, itepe...
Przedpołudnie spędziliśmy więc wesoło :-) Chociaż spacer nie należał do tych najbardziej udanych – wiał silny wiatr, a M. wzgardził wózkiem i uparcie szedł w odwrotnym od zamierzonego przez nas kierunku… Były łzy. I złość. I wierzganie nogami nawet!!!
To już ten czas. Ciężkiego, stanowczego buntu…
Momentami mam dość.
Dobrze więc czasami zajrzeć w takie miejsce. Po łyk kawy. I łyk siły ;-)
Taki zadaszony plac zabaw…
I plac wytchnienia dla Mam ;-)