środa, 19 stycznia 2011

Nim stanie się tak... :-)




Hmm, wydawało mi się, że te zdjęcia już tu były…
Ale chyba jednak nie…





Jedno z moich zaczarowanych miejsc…
Staw naszych Przyjaciół.
A wokół sad...
Czegóż chcieć więcej?
Sarny – są.
Bażanty – proszę bardzo…
Dzięcioły, kukułki, ważki…
Konie – nieopodal…
I góry na horyzoncie...


Zimą uczyłam się tam jeździć na łyżwach.
Raz jedyny.
Bardzo, bardzo dawno temu.
Już zupełnie zapomniałam.
Ale wrócę do tematu. To już postanowione!








A za oknem wciąż szarości :-(
I jak tu nie tęsknić za zielonym...

***

Krótka przerwa.
Wracam po weekendzie...
Zostawiam Was z zielenią i z piosenką.
Która zawsze bardzo mi pomaga. Stawia do pionu. I przywraca uśmiech. I nadzieję. Zawsze :-)

PS I jeszcze to. Dziś E. przysłała mi taki link. Zobaczcie... Coś niesłychanie pięknego... Ja oniemiałam...




wtorek, 18 stycznia 2011

Kawiarniane życie M. :-)



Śmieję się, że pierwszą kolację ‘na mieście’ moje Dziecko zjadło w szóstej czy siódmej dobie swojego życia ;-) 
Ponieważ M. urodził się w maju, pogoda sprzyjała wieczornym wędrówkom i faktycznie, nawet już po zmroku zabieraliśmy wózek, czasem psa i spacerowaliśmy… Niedaleko nas znajduje się urocza rodzinna restauracyjka (zawsze idziemy do ‘Włocha’, ale tak naprawdę ma całkiem inną nazwę) – jedna z moich ulubionych w okolicy. Serwują w niej znakomitą cacciucco alla livornese, czyli toskańską zupę rybną, całkiem smaczne pasty oraz znakomite czekoladowe profiterolki :-)
I podają najlepszą na świecie zbożówkę, która smakuje jak prawdziwa, wyborna kawa – a to rzadkość w naszych restauracjach i kawiarniach… I na tę zbożówkę lubiłam tam zaglądać za ‘mlecznych’ czasów jeszcze ;-)
Tatuś M. zamawiał małe espresso, ja swoją kawę albo po prostu kubek spienionego mleka, pies kładł się wygodnie pod stolikiem, M. czasami drzemał w wózku, a czasem zasypiał na naszych kolanach… W ciepłe majowe jeszcze, a potem czerwcowe wieczory… To był dobry czas.
Mam wielki sentyment do tego miejsca :-)

Dla mnie to było bardzo ważne. Chciałam sobie udowodnić, że tak można. Że tak to właśnie będzie wyglądać… Że w żaden sposób nie dam się zamknąć w czterech ścianach, że nie zrezygnuję z życia towarzyskiego, kawiarnianego, takiego, jakie prowadziłam wcześniej… Które uwielbiałam.
Oczywiście, pewne zmiany nastąpiły ;-) ale jednak M. spędził gros czasu w kawiarnianych ogródkach albo baraszkując na przepastnych kanapach naszych ulubionych restauracji…

Teraz jest gorzej, bo nie usiedzi ani przez chwilkę… Bo wszystko Go interesuje… Nie tylko zawartość talerza i serwetnik na środku stołu, jak to miało miejsce jeszcze kilka miesięcy temu ;-)
Na całe szczęście istnieje całe mnóstwo miejsc przyjaznych Dzieciom i Mamom – kilka świetnych również w naszej najbliższej okolicy. Uwielbiam do nich zaglądać. M. również :-) Zazwyczaj spotykamy w nich jakieś inne Mamy (lub Tatusiów – i to coraz częściej!) z Dziećmi, więc M. od razu ma towarzystwo! Bardzo często, wracając z długiego spaceru, zamiast pędzić do Domu, zatrzymujemy się w takiej mama friendly cafe – posilamy drobną przekąską, rozgrzewamy porządną herbatą – i pędzimy dalej…

Zdjęcie pochodzi z jednego z takich 'naszych' miejsc… Najnowszych na mapie :-)
Dziś zabraliśmy tam na pyszny napar rooibos z imbirem i sokiem malinowym Mamę Tosi (oraz Tosię)… Na chwilkę odetchnąć… M. przeszczęśliwy: ma tam swój ulubiony, tekturowy domek, cały serwis obiadowy do zabawy, kolorowe balony, maski karnawałowe, kręgle, itepe...
Przedpołudnie spędziliśmy więc wesoło :-) Chociaż spacer nie należał do tych najbardziej udanych – wiał silny wiatr, a M. wzgardził wózkiem i uparcie szedł w odwrotnym od zamierzonego przez nas kierunku… Były łzy. I złość. I wierzganie nogami nawet!!!

To już ten czas. Ciężkiego, stanowczego buntu…
Momentami mam dość.
Dobrze więc czasami zajrzeć w takie miejsce. Po łyk kawy. I łyk siły ;-)
Taki zadaszony plac zabaw…
I plac wytchnienia dla Mam ;-)

Dobranoc.
I dla wytchnienia jeszcze takie coś...

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Nie jestem kreatywna.
Do takiego wniosku dochodzę, kiedy widzę Tatusia M. jak bawi się z Dzieckiem. Na przykład klockami.
Na ile świetnych pomysłów wpada…
Jak w jednej chwili potrafi wykreować cały wszechświat z Lego.
Zaaranżować tysiące przezabawnych sytuacji.
Zabawki animuje z talentem godnym Jima Hensona. Naprawdę! Bardzo tego zazdroszczę, bo w moich rękach nawet pacynki jakieś takie drętwe… Bez życia.
Tatuś M. w niezwykły sposób ożywia każdą zabawkę…
M. pęka wtedy ze śmiechu.
(Ja zresztą również!)

Wycofuję się.
Z zazdrością się przyglądam tym ich wspólnym zabawom.
Mają swój czas. I swój świat. Trochę osobny od mojego…
Cieszy mnie to.
Ale i gdzieś kłuje. Tak delikatnie. I głęboko.

Tata i Syn.
Tak miało być…

Wiecie, że ja od samego początku czułam, że to będzie Chłopiec.
Nie, że wolałam. To nie tak…
Ale wiedziałam to.

M. sobie ulubił ostatnio taką naszą maskę indonezyjską... Przygląda się jej uważnie i całuje, co zresztą dobrze widać na tym zdjęciu... No i te Jego rzęsy...

Ach, no i piosenka. Na dobranoc. I z urodzinową dedykacją dla Bu :-)
(King Crimson następnym razem, OK?)






Dzisiejsze przedpołudnie na placu zabaw.
Dwa tygodnie różnicy… Niecałe.
Co to za zima tak w ogóle? Ktoś mi nawet mignął w szortach… Sanki chowamy, wyciągamy rower…



Dziś po raz pierwszy M. tak aktywnie bawił się z innymi dziećmi. Aż tak!
Głównie z dziewczynkami: Julką i Zosią.
Ale też z Tomkiem…
Biegali wszyscy po całym placu, bawiąc się w coś na kształt berka ;-)
Mnóstwo było pisków, śmiechu, żartów i…zabawy w chowanego!!!
I trwało to długie kwadranse!
A potem M. odkrył rower Zosi. Różowy :-)

M. odważny – bawi się już na placu zabaw dla starszych dzieci – widzę, że część dla maluchów przestała go interesować…


 

Wczorajsze popołudnie spędziliśmy za to u Dziewczynek.
M. oczarowany Tosią.
Nawet sobie nie wyobrażacie przez jak długi czas i z jakim skupieniem przyglądał się maleńkiej kuzyneczce huśtającej się w bujaczku…
Tosia słodko spała, a M. po prostu zastygł… I oniemiał. Po raz pierwszy miał taki dobry widok – wcześniej albo zerkał na Malutką kiedy była karmiona przy stole albo zaglądał na paluszkach do wózka. Tym razem była to właściwa dla Jego oczu perspektywa… I tak jakby dopiero ‘odkrył’ swoją małą kuzyneczkę…
W pewnej chwili odważył się jej dotknąć.
Leciuteńko. W stópkę.
Tosia otworzyła oczy, troszkę się skrzywiła… Potem uśmiechnęła…
M. przejęty podbiegł natychmiast do maminych nóg ;-)
Ale potem wrócił.
I kiział małą Tosię po rączkach, i miział po nóżkach…
Rozkoszny widok…
I jak to dawno było… Kiedy M. był taki maleńki…

A potem nastąpiła część harców ze starszą kuzyneczką. Wrzaski! Piski! Bieganina! Wspinanie się po schodach. Po krzesłach. Zamiatanie. Tańce. Zabawa w pocztę, która polegała głównie na tym, że Z. próbowała sprzedać M. znaczki i koperty, ten natomiast dewastował okienko pocztowe, hehe, oraz kradł awiza ;-) Wandal jeden! Z zabawą w warzywniak poszło im nie lepiej! Tzn. po chwili obrzucali się sałatą ;-)
A potem była wspólna gra na pianinie.
Z. dała się przekonać i usiadła do instrumentu. M. wskoczył razem z nią na krzesło i zdecydowanie akompaniował :-) Pierwszy taki koncert na cztery ręce…
Od razu mi przed oczami stanęły te nasze koncerty – na cztery, a nawet na sześć rąk.
Nasze numery popisowe!
Była kiedyś taka ‘trójca’… Kuzynostwo. Lat temu ho ho ;-)
Jakie to niezwykłe, że już nasze Dzieci koncertują…
Czas płynie…

Ach, zapomniałam jeszcze dodać, że M. po zeszłoweekendowym wieczorze z Tatą oraz Stingiem ;-) najwyraźniej się rozochocił, bo mój sobotni wieczór z winem i kinem rozpoczął się tuż przed 23!!! Wcześniej M. dotrzymywał nam towarzystwa, nie przejawiając najmniejszego zainteresowania snem… Biorąc pod uwagę fakt, że w sobotę poszłam spać grubo po 2, a M. pobudkę zarządził po 7 – oj, było wesoło ;-)

PS Właśnie wyczytałam, że w kategorii Najlepszy Film Zagraniczny Złoty Glob otrzymała Susanne Bier za 'Haevnen'. Nie widziałam tego akurat filmu, ale zachwyciły mnie wszystkie poprzednie. Najbardziej chyba 'Tuż po weselu' - jeśli macie możliwość zobaczcie to koniecznie! Bardzo ucieszyła mnie ta nagroda!

BTW, Będę miała fajną piosenkę na wieczór :-)

sobota, 15 stycznia 2011



Chwila wytchnienia…
Uparcie nie odwracam głowy w stronę okna. Co to w ogóle za pora roku??? Jakaś niepotrzebna…
Dzień dzisiaj zatem mamy wewnętrzny.
Długo szukałam pretekstu, żeby jednak ruszyć na jakiś spacer, chociażby pod folią… Nie znalazłam.
Sobota zaczęła się leniwie.
M. łaskawy pozwoli nam spać aż do 10-tej (sic!)
Potem długie, długie śniadanie. Takie niedzielne trochę…
I zostaliśmy sami: M. i ja.
Tatuś M. do jutra w pracy :-(
Co zrobić…

Wieczorem wino i kino z K.
Po sąsiedzku :-)

Zabieram się za książkowe porządki.
Zamawiam dodatkowe dwa regały…
Nie mieścimy się już z tym wszystkim…
Ksiązki na parapecie, wokół łóżka, na kuchennych półkach, sterty na pianinie… Tunele i wieże…
Nie mogę już na to wszystko patrzeć. Nie sposób zaprowadzić porządku…
I klocki.
Wszędzie.
Wszystko,
Wszędzie.

Choinka do rozebrania.
Jak walizka do rozpakowania (ktoś takie nasunął mi porównanie – trafne niezwykle).
Nie znoszę…

M. coraz bardziej samodzielny.
Zakłada skarpetki. Buty. Oczywiście nieporadnie. Nieskutecznie.
Wspina się po krzesłach. Na stoły. Na parapet. Nasze łóżko.
Gałki i guziki – wszystko, co można przekręcić, przycisnąć – są jego!
Winda. Zaczęłam zamykać na klucz wejściowe drzwi, odkąd odkryłam, że potrafi już je otworzyć, wyjść na korytarz i zamówić windę… Obłęd!
Chociaż do czego służą klucze i klamki też już wie doskonale.
Czuję, ze zaczyna się robić niebezpiecznie…

Ale w tym wszystkim jest rozkosznie słodki…
I tak często muszę przy nim tłumić śmiech… Bo wiem, że powinnam zachować poważną minę, tymczasem w środku wszystko mnie łaskocze…  Rozbraja mnie tymi swoimi minkami niewiniątka… Uśmiechami, które rozsyła wszem i wobec…

Kawa.
Tego potrzebuję…
Right now!

I jakiejś muzyki.
Szaroburomokropopielato.
I taki też nastrój…

Powinnam usiąść do pianina…
Wciąż to sobie obiecuję…
Że będę grała więcej.
Tego chyba potrzebuję…
Moje dłonie drewnieją od niegrania...
Od sporadycznego plumkania po klawiaturze.
Muszę więcej GRAĆ...

piątek, 14 stycznia 2011

Uwaga! Debiut!!!


Pierwsza próba fotograficzna M.
:-)
Ta po lewej.
W obiektywie Mama.
To oczywiste, prawda? ;-)
I Andżelina w tle - słodki, anielski prezent od E.
Zdjęcie oczywiście zrobione przez M. przypadkowo - chwilę po tym jak porwał mój aparat ;-)

Music!
Na dobry początek.
Chociażby weekendu!

;-)

czwartek, 13 stycznia 2011

SPA PSA :-)


...i kąpiele błotne!
Jesienią.
Parę lat temu...

Ostatnio Delie zapytała mnie, jak zareagował Filip, kiedy w Domu pojawił się M.
 
Chyba niełatwe były dla psa pierwsze dni.
No bo pewnie, że był zazdrosny…
Na początku.
Ale potem już było tylko lepiej.

Z każdym dniem był coraz bardziej ciekawy tego Nowego.
Asystował przy kąpielach, przy karmieniu ;-)
Przy wszystkich zabiegach pielęgnacyjnych.
No i chodził z nami na długie spacery.
Prosty przekaz: Dziecko = wózek = spacer = szczęście :-)
Więc nie było co rozpaczać…









Dziś śmiało można powiedzieć, że Filip zaakceptował Dziecko w stadzie.
Cieszy się na widok M.
Biegnie go przywitać każdego ranka.
Pies to myśliwski, wiec nie ma mowy o wielkiej czułości między nimi ;-) ale jednak Filip zdaje się być bardzo ostrożny względem M.
Zna hierarchię.
To Dziecko zawsze ma pierwszeństwo i pies to zrozumiał.

M. chętnie psa głaszcze.
Dobry pies i poklepywanie Filipa po grzbiecie są w stałym repertuarze.
No i rzucanie piłek.

To zdumiewające z jaką łatwością pies rozpoznaje zabawki Dziecka (te są nie do ruszenia), a Dziecko – zabawki psie (te z kolei służą do rzucania). Pies jest bardzo wyrozumiały wobec talentów M. – choć przyznam, że jak na troszkę ponad półtoraroczne Dziecko rzuca w dal całkiem nieźle ;-) W każdym razie Filip zawsze udaje zaskoczonego i z radością biegnie w stronę piłki. Zabawne to.

Pies i Dziecko.
Fajny team.
Polecam!
Również na wakacje.
Nic fajniejszego nad takie stado ;-)

PS Droga Bu! Jeśli chodzi o tytuł dzisiejszego posta, to trochę się zainspirowałam widokiem z Twojego balkonu ;-) i Waszym abecadłem przekręcadłem ;-)