czwartek, 31 marca 2011

Back to '90, czyli o czym dzisiaj zapomniałam ;-) I jeszcze update z poranka!


Ktoś niedawno zadał mi pytanie, czy zdarza mi się zapominać, że jestem Mamą…

No więc owszem, zdarza mi się :-) Na przykład dzisiaj…

Wczesnym popołudniem zawiozłam M. na ‘przechowanie’ do najfajniejszego wujka pod słońcem, czyli do młodszego brata mojego Męża (na krótką godzinkę, później M. miał przejąć Tatuś), potem biegiem, z torbą ciężką od papierzysk, do Śródmieścia… Wszak to moje pracowite środy :-)
Plac Konstytucji przywitał mnie tak obłędnym, rozleniwiającym słońcem, że mając w zanadrzu kilka luźnych minut, wstąpiłam jeszcze na szybką kawę do Green Coffee :-)
Popijając dużą latte na sojowym, przeglądając papierzyska, poprawiając jeszcze jakieś dokumenty i rozsmakowując się w kawiarnianym zgiełku i w starych kawałkach Pearl Jam (swoją drogą, jak dobrze, że istnieją jeszcze kawiarnie, w których nikt nas nie karmi muzyką do windy, czyli wszędobylskim, odprężającym i mało absorbującym chilloutem!!!) -  ZAPOMNIAŁAM…
Na ułamek sekundy, ale tak – ZAPOMNIAŁAM!
I myśl o tym, że zapomniałam uderzyła mnie nagle z siłą pioruna ;-)
Wow!
I nie zdarzyło mi się to po raz pierwszy, o nie…

Nie wiem, to chyba ten Pearl Jam ;-)

A może wcale nie zapomniałam, tylko po prostu przez ułamek sekundy nie wychwyciłam tego nieustającego pulsu, który nadaje mi rytm od blisko dwóch lat… Który nie pozwala zapomnieć...
Może przez sekundę przełączyłam inny kanał, inny program w mózgu…
Może całkiem bezwiednie, instynktownie, całkowicie porzuciłam na ten jeden moment odpowiedzialność za M.
Fajne uczucie!

Trwało to chwilę. Bardzo, bardzo krótką…
Sięgnęłam do kieszeni, zawahałam się przez chwilę, czy zadzwonić… Zadzwoniłam… :-)
Myśli wróciły na miejsce. Wrócił rytm… Puls…
Przelałam kawę z filiżanki do mojego kubka i ruszyłam w stronę Pięknej, śmiejąc się z samej siebie po cichu…

Potem spacer, bardzo szybki, Mokotowską… W wiosennym płaszczu… Rozpiętym!!! To po pierwsze…
Po drugie - minął mnie dystyngowany pan z fajką (sic!) - a ostatnio rozmawiałam z kimś rozżalona, że to taki rzadki teraz widok… Niepoprawne to, co powiem, ale taki zapach dobrego tytoniu upaja…

Po trzecie - z wystawy MO’52 zamrugał do mnie i zatrzepotał sarnimi rzęsami cudny charcik włoski :-) Rozkoszny widok! *

A po czwarte, na którymś skrzyżowaniu zobaczyłam jakąś fajną Mamę z Dzieckiem w nosidełku – takim samym, w jakim nosiliśmy naszego M. Stąd też dzisiejsze zdjęcie ;-)
Jaka szkoda, że z niego wyrósł… Jaki to był wspaniały wynalazek!!!

A po piąte i po szóste – wracając, późnym już wieczorem, usłyszałam (i zobaczyłam) zza szyb w Sheratonie jakąś świetną dziewczynę z gitarą (koncert?), śpiewającą pewien znakomity kawałek…
Długo tam stałam i słuchałam tego genialnego utworu… To po piąte. 
Bo po szóste, to chciałam powiedzieć, że ta piosenka i ten teledysk (A.D. 1991) przypominają mi o strasznie fajnych czasach, kiedy dopiero co stałam się nastolatką, a MTV było synonimem całkiem świetnej muzyki :-) I kiedy tak o tym sobie myślałam, po raz drugi tego dnia zapomniałam, że jestem już Mamą, hehe!

No, wcale nie zapomniałam…
Tak mi tylko z głowy wyfrunęło jakoś ;-)

Dobranoc!
Albo dzień dobry!

Całą drogę nuciłam ten kawałek Kravitza – może i do Was się przyklei dziś? ;-)



*) Kiedyś niemal wybłagałam Mamę o podobnego – bardzo mi się marzył… Ten, którego sobie upatrzyłam nosił arystokratyczne imię ‘Zawsze Wdzięczna’, hehe, przynajmniej w rodowodzie… To suczka była… Zapewne znalazła innego właściciela, za to mnie wiernie dotrzymywał towarzystwa najpiękniejszy owczarek belgijski (podobny do tego, który wystąpił w ‘Czerwonym’ Kieślowskiego, pamiętacie?) o aparycji czarnego niedźwiedzia!

I mały update :-)
To, co tu wczoraj napisałam, o zapominaniu, tylko mi uświadomiło, że skoro wychwytuję takie momenty, w których jestem TOTALNIE poza, oznacza jedynie, że przez CAŁY pozostały CZAS moje myśli, bezwiednie i instynktownie, krążą wokół M. Przez cały, caluteńki czas! Niby to wiedziałam... 
Zwizualizowałam to sobie jako dwa pasma, dwa równoległe tory zwojów mózgowych, hehe ;-) Ten jeden wciąż mi podrzuca obraz M. A wczoraj się zaciął! Och, 'Było sobie życie' po prostu :-)))

środa, 30 marca 2011

Zanim...



Zanim wiosna tu zawita na dobre – taka na żółto i na fioletowo jak w Dolinie Chochołowskiej, z krokusami, żonkilami, z bukietami bazi, z krzewami forsycji – resztki z ubiegłego roku…

Kilka obrazków…
Schyłek lata w ogrodzie Prababci…


Jabłonie, grusze, czereśnie, porzeczki… Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że dzisiaj mało kto sadzi drzewa owocowe w ogrodach? Nieporozumienie… Dla mnie domowy ogród to właśnie owoce zrywane z gałęzi, z krzewów, niekoniecznie same ozdobne cyprysy…


To legendarna stara śliwa. Renkloda. Żółta, soczysta i niewyobrażalnie słodka… Nigdzie, przenigdzie indziej takiej nie uświadczysz… Tylko w tym jednym ogrodzie… To drzewo, zaraz obok starego orzecha, było naszym ulubionym do wspinania się! I teraz tak na nie patrzę i zastanawiam się, czy nie miało jeszcze jakichś dodatkowych gałęzi na dole ;-)

M. i Prababcia… Na najzieleńszym tarasie! I ostatnie maliny... Uśmiecham się, bo wczoraj Prababcia wróciła do Domu :-) Po kilkudniowym pobycie w szpitalu…




I jeden obrazek znad rzeki... Tej najbardziej mojej :-)

Schody do ogrodu… I cudowne, drobne winogrona wrześniowe, z cieniutką, pękającą skórką… Sama słodycz… I łakomy kąsek dla szpaków ;-)

Piękny schyłek lata...

***

A teraz idziemy po wiosnę na spacer :-)
Słonecznie od rana!
Zatem szczęśliwego dnia!!!
Mój zaczął się baaardzo wcześnie i skończy się baaardzo późno... Kto mówił, że będzie lekko ;-)))
Lubię sobie wyobrażać, że kiedyś jeszcze się porządnie wyśpię! Hahaha!

wtorek, 29 marca 2011

Już je miałam wyrzucić, bo jakieś takie marne, nieostre wyszły…
Ale z drugiej strony…

Lubię je :-)

Jeszcze ze stycznia…


I znowu mam zaległości…
Za nami wytrawny weekend.
A wczoraj rajd przez Warszawę – od leniwego, przedpołudniowego spaceru po Frascati, słonecznej wędrówki Skarpą w miłym towarzystwie Hani i jej Mamy, aż po popołudniową wycieczkę na Kępę Potocką. Dłuuuga podróż metrem z  powrotem, urozmaicona lekturą przecudnej książeczki o Bobo – ale to oddzielna historia na trochę później!
Niedziela równie udana. Urodzinowa. Znakomita i smakowita… M. w towarzystwie uroczego pięciolatka, zafascynowany zestawem kiji do golfa i syntezatorem (takie mamusine stare pianino to żaden cud przecież!), zupełnie nie zauważał Rodziców ;-)
Dla nas miła zatem chwila wytchnienia… I dwie filiżanki kawy - gorącej dla odmiany (bo zazwyczaj dopijam zimną, hehe)!
I pyszny obiad.
I w ogóle fajny czas jakoś…
Wczoraj długi wieczór z A&B :-) Z Dziewczynami… Uwielbiam to określenie – zawsze mi poprawia humor! Długi wieczór, dzbanki z winem, duża latte ‘na koszt firmy’ ;-)
I roześmiana droga do metra… I całe mnóstwo opowieści…


Dziś za to dla niemiłej odmiany walczę z bólem kręgosłupa… Już, już myślałam, że pokonałam wroga ;-) ale coś czuję, że ponownie zawitam na rehabilitacj...
W każdym razie pisze dziś poziomo. Z pionami jest gorzej:-(

Udanego popołudnia!
Bezbolesnego :-)

niedziela, 27 marca 2011

Somebody...


To ta piosenka, którą obiecałam…



Przypuszczam, że oboje z Tatusiem M. słuchaliśmy jej kiedyś tam… Osobno… Nie znając się, nie wiedząc o sobie…
To stary utwór z repertuaru…Depeche Mode ;-) Był taki koncert DM z roku bodaj 1989, podczas którego tę piosenkę zaśpiewał Martin Gore. Bardzo lubiłam tę płytę, choć jakąś szczególną miłośniczką Depeche Mode wcale nie byłam ;-) Lubiłam ją chyba za ten utwór właśnie…
Tutaj w wykonaniu Staszka Soyki :-)

Jedna z najpiękniejszych…
Wzrusza mnie za każdym razem. I mogę jej słuchać w nieskończoność.
Natknęłam się wczoraj na tę płytę, porządkując pudła z muzyką…

I słuchałam… A potem zaczęłam przeglądać stare nasze zdjęcia. Jeszcze z czasów, kiedy nie było z nami M.
I znalazłam to. Jedno z moich ulubionych… Tu we fragmencie :-)
Pstryknięte z ręki. Nasze fantastyczne wakacje. Ostatnie bez M. (a właściwie już z M. – tyle tylko, że nie mieliśmy jeszcze o nim pojęcia…)
Lubię swój uśmiech na tym zdjęciu… I zmrużone oczy… I nasz partner look w tych ‘kampusowych’ bluzach ;-)

Słucham tekstu tej piosenki i tak sobie myślę, że kiedyś tam sens zwrotu SOMEBODY TO LOVE miał dla mnie zupełnie inne znaczenie… Bo oczywiście to ja chciałam być tą kochaną ;-) Nawet nie myślałam, nie rozumiałam może, że prawdziwą, najprawdziwszą oznaką dojrzałości jest pragnienie i potrzeba, żeby samemu kochać KOGOŚ… I nie baczyć na wszystko inne… Po prostu kochać kogoś, kto bez tej naszej miłości przestałby istnieć… I bez czyjej miłości to my usychamy…

Taki mi wyszedł dziś wpis osobisty… Ale tu chyba wszystko przecież jest osobiste… Nawet zdjęcia pomidorów ;-)

Oj, nie mogę się już doczekać WAKACJI :-) I chociaż wiem, że w tym roku nie pojedziemy jeszcze na nie sami (jednak się bym nie odważyła), we dwójkę, to i tak myślę, że podczas wakacji będziemy bardziej RAZEM niż na co dzień… Taką mam przynajmniej nadzieję…

Wspaniałej niedzieli!
My świętujemy :-) Podwójnie urodzinowo!!! U A. i Jej 5-letnego już Synka :-)


PS Zastanawiacie się czasami, czy kiedyś, w przeszłości, mijaliście się nieświadomie z Waszymi ukochanymi, nie wiedząc o sobie? My mieliśmy parę takich szans :-) Koncertów, na które wybraliśmy się oboje, miejsc, w których mogliśmy się na siebie natknąć…
No i się w końcu spotykaliśmy ;-)
Kiedy sobie myślę o tym, jak długo już się znamy, aż mi dech zapiera ;-) Przyjdzie taki moment, kiedy będziemy się znać większą część naszego życia… Niedługo ;-)
Dużo za nami. I to daje siłę i pewność, że jeśli cokolwiek, to i tak będziemy razem...

OK, zmykam, bo się zaraz rozkleję ;-)

W dodatku jutro/dzisiaj zmiana czasu... Dobranoc!

piątek, 25 marca 2011

Ostatni wieczór tulipanów... I piosenka!

Senny piątek…

Duże plany na weekend. I dlatego chyba marzę dzisiaj o wieczorze z książką…

M. już w formie. O katarze powoli zapominamy :-)
Humor wobec tego znakomity!


Wczoraj powtórzył za mną niemal wszystkie literki alfabetu – największym supłem językowym okazała się literka G ;-) No i R jest nie do przejścia oczywiście :-)




Literki, klocki, układanki…
Ostatnio ulubioną okazała się ta od cioci A. – przedstawiająca drewnianego misia i konfigurację misiowych ubranek (misia stroje takie w stylu angielskiego dżentelmena!), które można zakładać, zdejmować, dobierać… Miś ma także głowy do wymiany (hehe!) – raz humor ma lepszy, raz gorszy… Wiadomo, jak to miś ;-)


Budujemy, łączymy, sklejamy, liczymy. Malujemy, rysujemy, w wodzie się taplamy :-)
Spacerujemy, porządkujemy szafki, gramy na pianinie, bujamy się w hamaku… Wałkujemy ciastolinę, wycinamy kształty, czytamy książeczki... I tak dzień za dniem… Ciężka praca tak naprawdę…
Dochodzi do tego, że to, co większość nazywa PRAWDZIWA pracą, staje się dla mnie relaksem… Serio! Odpoczywam, kiedy ze stanu skupienia nad Dzieckiem, przechodzę w stan skupienia nad tekstem, nad papierami, nad nowymi pomysłami… Przysięgam!
Nisko się kłaniam wszystkim Mamom, dla których opieka nad Dziećmi to full-time-job!








Wczoraj wieczór z filmem… Totalne rozczarowanie… A rzadko mi się zdarza, bo filmy dobieramy starannie.. Jednak najwyraźniej nasze gusta kompletnie nie pokryły się z tymi publiczności w Sundance – bo film zdobył główną nagrodę publiczności… Umęczyłam się okrutnie, trwając przy ekranie z nadzieją, że nastąpi COŚ, co mnie zachwyci… Nie nastąpiło, niestety… Podobnie bywa w przypadku niektórych książek – czasami nie dowierzam, że są aż tak słabe i czekam, czekam, czekam… I tak przez kolejne sto stron ;-) Na szczęście nie zdarza się to często!
Ostatnio jakoś nie relacjonuję na bieżąco naszych wypraw do kina – ale z niedawnych premier gorąco Wam polecam film 'Fighter' (Christian Bale absolutnie zachwycający!!! Ten, kto jego rolę określił mianem ‘drugoplanowej’ upadł chyba na głowę! Bale ukradł ten film wszystkim! Choć znakomita była i galeria siostrzyczek… Brawa dla castingu!) Poza tym koniecznie warto wybrać się na 'Królestwo zwierząt' (w pewnym sensie podobne są te dwa filmy). I bardzo namawiam do 'Away We Go' czyli 'Para na życie' ( brawa dla tego, kto tłumaczył tytuł, hehe!) - nie dajcie się zwieść ‘walentynkowym’ plakatom – to naprawdę znakomity obraz Sama Mendesa. I 'Wszystko w porządku / Kids Are All Right' (o tym chyba już wspominałam), i jeszcze nowy film Woody’ego Allena, i 'Tamarę', i…
I tyle jeszcze mam do obejrzenia nowych tytułów…
Zdecydowanie zaniedbuję teatr (niestety), ale cieszę się, że chociaż z kinem nie mam tyłów :-)
Na ‘Italiani’ ktoś się wybiera? To tak a’propos filmu i teatru… A co z polskich tytułów poza tym polecacie? Bo ja do współczesnego kina polskiego jak do jeża (Jerzego, hehe), ale słyszałam bardzo pochlebne recenzje nt. 'Sali samobójców' i 'Wygranego', między innymi… Polecicie?
Ach, wiem, że w niektórych kinach można teraz obejrzeć, więc od razu jeszcze polecę 'Nic osobistego' w reż. Urszuli Antoniak (z pochodzenia Polka, ale tworzy w Holandii) - bardzo we mnie został ten film... Piękne obrazy i piękna opowieść...

***

Moje tulipany…
Jutro będą nowe, czerwone, bo te już powoli konają…
Ale najpierw zamieniły się niemal w piwonie… Piękne.
Żółte tulipany rezerwuję na Wielkanoc. Podobnie jak żonkile :-) Żeby zaprosić te kwiaty do Domu, musi być naprawdę ciepło! Inaczej mi się nie podobają ;-) Tak mam. Najlepiej komponują się z zajączkiem ;-)

Zatem wyczekuję bardziej wiosennej aury… I z przerażeniem śledzę prognozy pogody… Tatuś M. miał jechać po rowery (zimują poza domem) i planował już wiosenną wycieczkę rowerową do Powsina (kupiliśmy nawet M. wiosenną czapkę pod kask!), ale zapowiadają mróz...
No nic, poczekamy ;-)

***

Tej piosenki słuchałam w ostatniej klasie LO. I w drodze na egzaminy :-)
Bardzo lubiłam tę płytę*.
Słuchając jej, myślałam o Krakowie… Bo tam miałam chyba zamieszkać…
Ale tutaj też jej fajnie się słucha ;-) Po tylu latach…
Prawie o niej zapomniałam. Dziś wpadłam na nią przypadkiem… I jakoś tak mi się dziwnie zrobiło… No, że to już tyyyle czasu…
Porządkując stare płyty, znalazłam jeszcze jedną, której dziś z wielką przyjemnością wysłuchałam… Może jutro jakiś urywek Wam zaprezentuję…

Spokojnego weekendu! Słonecznego!


*) Wydaje mi się zresztą, że miałam też wersją przenośną, kasetową ;-) bo słuchałam jej na pewno w drodze, a discman (sic!) się u mnie pojawił dopiero kiedy byłam na studiach.

czwartek, 24 marca 2011

Mo/ Obrazy* i słowa (tych sporo!) ;-)

W każdą środę przebiegam nią dwukrotnie…
Tam – wczesnym popołudniem. Z powrotem – mocno już po zmroku…
Za każdym razem pokazuje mi swoje inne oblicze. Ulicy pełnej miejsc nieoczywistych, pełnej zagadek.

Galerie, restauracje i kafejki, dorodne gmachy i odrapane kamienice, sklepy spożywcze na starą modłę i mega designerskie sklepy z niemal wysokim krawiectwem… Zakład szewski, antykwariat, ekskluzywne baleriny, egzotyczna sól wykwintnie pakowana, serwowana niczym kawior, a za rogiem magiel…
Lubię Mokotowską.
Jest taką trochę Warszawą w pigułce…
Nic tam nie jest w jeden deseń  ;-)
To, co wyszukane, komponuje się pięknie z banałem… Zaporowe ceny i dziury w chodniku…
Eleganckie limuzyny zaparkowane na tyłach Domu Dochodowego i sople spadające z niezałatanych dachów ;-)
No, rewelacja…
To też odróżnia Warszawę od wielu europejskich miast…
Psioczę na to często, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego salon Burberry w Warszawie (a raczej jego otoczenie i chodnik, zapluty i zbeszczeszczony dziesiątkami petów) nie wygląda jak ten we Wiedniu czy Londynie? I dlaczego szyby w najdroższych butikach wcale nie są TAK czyste jak tam? Dlaczego tak rzadko udaje mi się wrąbać głowa w witrynę ;-)

Taki urok. Albo przekleństwo…

*) Zdjęcia jak widać... Robione w pośpiechu. W biegu... Z naprawdę ciężką torbą na drugim ramieniu. Są więc, jakie są ;-) Mokotowską należało by obfotografować zacniej, do czego zachęcam wszystkie utalentowane dokumentalistki (oraz dokumentalistów) :-)

Mokotowska. Dla mnie zaczyna się od strony południowej (czyli będziemy iść ‘pod prąd’) – kończy Placem Trzech Krzyży (jednym z moich ulubionych warszawskich). Czyli zaczyna się zapachem…magla! Albo kończy –jeśli ktoś idzie od północy…

Napiszę o tym, co na Mokotowskiej lubię najbardziej – opiszę kilka miejsc, do których mam szczególną słabość czy sentyment…
Pominę ‘dobra luksusowe’ witryn (głównie) po północnej stronie, bo mogłabym długo i namiętnie, a wyszłam z założenie, że (chociaż) tu będę hamować swoją próżność, hehe ;-)

No więc zaczynamy od magla (mam wielką słabość – kto nie ma?) – relikt najdawniejszej (mojej) przeszłości… Jaka szkoda, że już nie zasypiam pod świeżo wymaglowaną pościelą… I że nie jem na maglowanych, lnianych obrusach… Śniło mi się wtedy piękniej, jadło smaczniej – to pewne!!!
Za maglem jest brzydko. Obskurnie wręcz. I brudno.
Kiedyś znajdowała się blisko magla mała galeria La Canela (czyli Cynamon), do której zaglądałam po rzadkie, egzotyczne drobiazgi (pamiętam, że tam właśnie kupiłam maleńką, srebrną grzechotkę dla mojego nowonarodzonego kuzyna – starszego braciszka M. Bardzo żałuję, że nie kupiłam dwóch – widać nie myślałam przyszłościowo, hehe ;-) Takiej pięknej już nigdzie potem nie widziałam…


Chwilkę dalej mijamy Teatr Współczesny. Jedną z moich ulubionych scen warszawskich. Nie zliczę, na ilu spektaklach tam byliśmy w latach studenckich. Najulubieńszy? Może ‘Bambini di Praga’, a może nie… I Maja Komorowska, którą niezwykle cenię… Tam Ją można spotkać :-) Oj, dawno tam nie byłam… Chyba jeszcze zanim urodził się M. Wstyd! Ale niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego w PL teatry grają w porze ‘kąpielowej’?!
W budynku (oszkliwej kamienicy), w którym znajduje się teatr, mieszkała przez jakiś czas nasza przyjaciółka, A. I tam właśnie zjadłam najlepsze w życiu spaghetti z małżami :-) Do dziś, mijając Współczesny, burczy mi w brzuchu ;-)

Zaraz za teatrem Mokotowska przechodzi w gwiaździsty Plac Zbawiciela (uwielbiany chyba przez wszystkich Warszawiaków). O samym Placu można by osobny wpis przygotować, bo to modne (i urocze) dość miejsce: Karma, Plan B, Izumi Sushi, W Biegu Cafe, panie kwiaciarki i piękne eustomie, retro lody w Cafe Corso, Zakład Naprawy Maszyn (nie, to nie żaden modny lokal, to naprawdę zakład naprawy maszyn do szycia, hehe) – w każdym razie Pl. Zbawiciela to takie troszkę alternatywne centrum Warszawy; latem, wiosną i jesienią – nie zasypia… W każdym razie tu bywają ‘wszyscy’ ;-) I tramwaj tamtędy jeździ (ten zakręt z Nowowiejskiej to dla mnie zawsze mega stres przy przechodzeniu na drugą stronę, hihi), i kawałek arkad się znajdzie (mała namiastka tych z Bolonii), i ulubiona teraz przez nas Kredkafe za rogiem, a jeśli skrecimy w prawo, to od razu Marszałkowska, Kino Luna, TR czyli dawne Rozmaitości, etc… No ale skupmy się na Mokotowskiej…


Idziemy więc. Po lewej stronie pałacyk cudo (niedawno odrestaurowany), a w nim Instytut Adama Mickiewicza. Po prawej jeden z wydziałów UW (znam takich, co to mają miłe i niemiłe wspomnienia z tym miejsce związane, hehe), kawałek dalej Biuro Obsługi Cudzoziemców…
Na rogu Fumo (miałam nie pisać o sklepach, no ale ten jest wyjątkowy) – tam można dostać naprawdę świetne ciuchy i akcesoria, m.in. Desiguel albo SkunFunk. Przepadam!
I uwielbiam tę mozaikę na ścianie. Te mozaiki oraz biało-czarne szachownice na podłogach licznych lokali, to znak firmowy ulicy :-) Obok Fumo – Roeckl. Szale i apaszki – marzenie. I przepiękne rękawice (do konnej jazdy na przykład). Jak będę grzeczna, to sobie kaszmirowy szal Roeckla zafunduję (na razie wpatruję się z zachwytem z ten mojej - grzecznej - Mamy – z wzorem azteckim).


Sympatyczne skrzyżowanie z Koszykową (ach, tę ulicę też lubię ogromnie) i zaczyna się robić jeszcze bardziej elegancko :-) I mniej dziur w chodnikach od razu, hihi!
Różne tam ekskluzywności po prawej, po lewej Dyspensa (niegdyś szalenie popularna restauracja, jedna z pierwszych zakładanych przez tzw. celebrytów, wówczas tylko aktorów!); po prawej duży zadrzewiony Skwer Batalionu Ruczaj (w prawo odchodzi ulica Chopina – o niej przy innej okazji) a naprzeciwko – Słodki :-)
No i tu dłuższa pauza ;-)


Słodki to maleńka cukiernia – bistro Magdy Geissler. Taka bardzo przytulna (może nawet za bardzo?), bardzo dekoracyjna. I bardzo kaloryczna ;-) Wspominałam tu zresztą o Słodkim niejednokrotnie… I o najlepszych pod słońcem kruchych babeczkach z poziomkami, na które zaprosił mnie po raz pierwszy Tatuś M. (wówczas kolega ze studiów) – potem na babeczki (z malinami, poziomkami, na truskawkową tartę i torcik gruszkowy) przychodziliśmy regularnie, mocno nadwerężając przy tym studenckie portfele, hehe! Bo w Słodkim płaci się…słono! Ale warto!!!  Moje typy to ciasto Agnieszki Osieckiej (z bukietem prawdziwych kwiatów), lekko cytrynowe napoleonki, migdałowo-kremowe tete-a tete, tort gruszkowy właśnie (bardzo rzadko w ofercie, niestety), znakomity czekoladowy tort ze świeżymi figami (również nieczęsto), drożdżóweczki z makiem, z różą, z kremem waniliowym, z powidłami, etc. Sami widzicie...
Typ Tatusia M. to (w tej chwili przynajmniej) – gęsta, mocno czekoladowa rolada cappuccino z wiśniami w środku! Nie powiem, mniammmmm ;-)
Słodkości warte każdych pieniędzy. Serio!
Tym razem do Słodkiego nie zajrzałam... Za to tuż obok, na skwerze, czekał na mnie słodki upominek :-) Z Paryża prosto ;-) Udokumentowany zresztą na ostatniej fotografii (wraz z cieniem moich oficerek!). Myślę, że domyślacie się, co znalazło się we wnętrzu torby :-) 
Wieczorem się nimi zajadałam ze smakiem... Choć sam ofiarodawca twierdzi, że mocno są przereklamowane ;-)

***

Następnie ulica się rozwidla – w lewo można skręcić w Kruczą, ale my idziemy dalej…
Samo rozwidlenie dość urocze – w prawo Piękna prowadzi w stronę Al. Ujazdowskich, ku okazałym rezydencjom, ambasadom, parkom, z kolei w lewo – do Placu Konstytucji, serca Warszawy socreal (choć i do takiej mam wielką słabość!). I znowu dwa światy…

Po lewej słynna Bukieteria Roma; ja zawsze przystanek robię przy wystawie słynnego antykwariatu (mają fajny wybór starych tytułów dla dzieci – ostatnio nabyłam tam ‘Globus’ Brzechwy – prawdziwe cacko!!! I rzadkość na rynku!), dalej trochę salonów piękności, potem Przegryź, czyli ‘Przekrojowe’ niegdyś bistro. Na podłodze, charakterystyczna dla Mokotowskiej (patrz: Fumo) czarno-biała szachownica , w Przegryziu zresztą zwielokrotniona :-) Pyszna pomidorówka i sympatyczna antresola w sam raz na małą czarną!

Po drugiej stronie Mimbla. Oj, chyba wszystkie mamy znają to miejsce. Kiedyś w tym punkcie mieścił się kultowy salon Endo, dziś – ‘zagracony’ (w dobrym tego słowa znaczeniu) do granic możliwości sklep z różnościami dla dzieci. Można znaleźć tam wszystko: świetne książki i książeczki, cudne lale fairtrade, przytulanki (właśnie zamówiliśmy tam sobie alelalowego królika z marchewką – czekamy!), zabawki drewniane, papierowe, tekstylne, farbki, kredki, wycinanki, puzzle, szydełkowe misie, mikroskopy, kalejdoskopy, kulodromy, układanki, konie na biegunach, płyty z dobrą muzyką dla dzieci, itepe, itede… Wszystko!
Tuż obok (po tej stronie co ‘Przegryź’) znajduje się niezwykły sklep (?), salon (?), galeria (!) soli. Olśniewająca. Zupełnie inne miejsce. I inna sól. Odlinkuję Was, OK? Bo warto zwiedzić La Sal Galery chociaż wirtualnie… Zwróćcie uwagę na podłogę – tam też szachownica…
Dalej sklepy, sklepy, sklepy – wszystkie pomijamy (choć nie są warte pominięcia – warto je odwiedzić, przykleić chociaż nos do szyby – stroje, buty, dekoracje, wnętrza, biżuteria, porcelana… Wszystko WOW!) Z miejsc, które nie są może należycie rozreklamowane (dlatego ponownie złamię narzuconą sobie regułę i postanowienie) warto odwiedzić Lniany Zaułek… Czego się spodziewać, sama nazwa wskazuje ;-) Chociaż teraz się przyznam, że nie jestem pewna, czy jeszcze istnieje, bo chyba już coś innego widziałam w tym miejscu… Hmm... Obok jeszcze ‘Niebieskie migdały’ – może nie do końca w moim stylu, ale tam można zaaranżować pokoje dziecięce (i kupić do nich pełne wyposażenie). Ach, i jeszcze ten sam adres – Ania Kuczyńska. Nie wiem, jak Was, ale mnie jej projekty zachwycają!!! I w dodatku widziałam, że projektuje też ubranka dla dzieci! Wow!

 
Ach, no i jeszcze zapomniałam o Lilou (kawałek wcześniej – musimy się wrócić) – co prawda te pomysłowe bransoletki z grawerowanymi zawieszkami zrobiły się taaak popularne, że swoją (nosiłam od ‘początków’) zdjęłam z nadgarstka ;-) ale z kronikarskiego obowiązku wspomnę o tym miejscu. Bo pomysł genialny w swej prostocie i uroczy w wykonaniu! Brawa! I sukces chyba niebywały, bo Liliou potężnie się rozrosło – lokal zwiększył swe rozmiary, że ho ho! Bo bywały długaśne kolejki – takie aż na zewnątrz!
I jeszcze o Galilu warto by nadmienić, bo to naprawdę niezwykłą perfumeria!

Ach, zbliżając się już do Placu Trzech Krzyży (dzielnicy modowo-rozrywkowej rozpusty, hihi) wspomnę tylko jeszcze o pięknych, ultra prostych witrynach Mo’52 i o interesującym butiku
Bohoboco (duet polskich projektantów) – oj, takie rzeczy to ja lubię! Sukienki oversize, wiosenne trencze – marzenie... I znowu szachownica :-)

Oj, mam wrażenie, że pominęłam tyle fajnych miejsc: Fundację Bęc Zmiana na przykład, Odzieżowe Pole, które uwielbiam, Alter Sklep w miejscu genialnym, jakim było 5-10-15 (coś jak Tascheles w Berlinie. czyli cała kamienica dla artystów) i to z taaakim adresem! – niestety już nie działa :-(
Itede, itepe… Ulica wszak to długa…

OK, beznadziejna ze mnie przewodniczka. Ani słowa o historii, ani słowa o zabytkach… Ale o tym coś się znajdzie w każdym innym przewodniku ;-) I w Wikipedii. Ale dla przyzwoitości nadmienię jeszcze, że w budynku nr 48 (projektu Lanciego) mieszkał Ignacy Józef Kraszewski. I że moją ‘ulubienicą’ jeśli chodzi o architekturę jest kamienica nr 51/53 (tam m.in. Mimbla) – jeden z najciekawszych, secesyjnych budynków na mapie Warszawy. Elegancka i pięknie dekorowana. Z jednym kasztanowcem na podwórzu!

I dodam jeszcze, że Mokotowska pięknieje, Zmienia się. Ale też i coś traci ze starego uroku… Słyszałam, że pod ‘ósemką’ nie strzyże już legendarny pan Witold (strzygł ponoć wszystkich profesorów z Politechniki Warszawskiej) – zakład fryzjerski zniknął… Podobnie szewc…
Niektórzy opłakują…

I to, co napisałam na samym początku – że lubię Mokotowską za kontrasty, za szachownicę – za to że blichtr przeplata się z pospolitym brudem – i nie wiem, czy to fajnie, że powoli zanikają… Że robi się już tylko wytwornie… Bo nawet ta ‘bohema’, te wszystkie tzw. ‘concept story’ z modą ‘alternatywną’ – to wszystko zaczyna robić się jednak zbyt ‘trendy’ – cała ta wysoce kontrolowana awangarda i ‘niszowe’ butiki dla klientów z Domu Dochodowego ;-)

Mam nadzieję, że przynajmniej co któryś z nich zwraca uwagę na urodę czarno-białych szachownic posadzek…
No i że ten MÓJ magiel nigdy z Mokotowskiej nie zniknie!


Przed nami Plac Trzech Krzyży… Ja teraz skręcam w Konopnickiej i znikam na chwilkę… Wracać będę wieczorem, po ciemku… Z duszą na ramieniu… Bo Mokotowska po zmroku nie świeci wystawami, lokale pustoszeją, sklepy pozamykane… Bo eleganccy panowie i dziewczyny o nogach po szyję wieczory spędzają już w innych miejscach… Za to spotkać można ‘lokalsów’ z psami na spacerach… I mnie ;-) Biegnę w butach na obcasie, z dużą teczką papierzysk, zmęczona, do metra, do Domu… Mokotowską, przez Plac Zbawiciela, fragment Nowowiejskiej, aż do stacji Politechnika. Potem znikam w podziemiach ;-)

Jednak nie mogłabym (nie chciała) mieszkać w Śródmieściu. Zaglądam tam często, niemal codziennie, od Śródmieścia odciąć się nie dam, hehe – ale lubię też wracać do domu… Zmieniać kontekst ;-) I zabierać M. do lasu, który mam o krok…  Kiedyś chyba marzyłam o jadaniu miejskich śniadań w Śródmieściu, ale – mimo wielkiej mojej miłości do Warszawy – nie jest to TAKIE miasto, z TAKĄ tkanką, zabudową… I – powiem to wprost – z pewnych rzeczy, pewnych marzeń już wyrosłam… Coś, co mnie bawiło, trochę już przybladło… Wolę śniadania z moim widokiem na bezkresne niebo i z lasem na horyzoncie, niż ze ścianą okien najpiękniejszej nawet kamienicy na wprost ;-) Bo to i nie Paryż ;-)
A może po prostu zawsze znajduję dobre strony tego, co mam? Nie wiem…
W każdym razie spędziłam dzieciństwo w samym śródmieściu mojego pięknego miasta i wiem, że mieszkanie w takim miejscu bywa męczące… Bo Śródmieście należy do wszystkich (a zarazem do nikogo), a tam, gdzie mieszkam, są miejsca tylko MOJE (przynajmniej tak mi się wydaje, hihi)!

Miłego dnia!

I do zobaczenia na warszawskich uliczkach ;-) Którą chcecie obejrzeć następnym razem? Koszykową? Gałczyńskiego? Może jakiś kwartał na Ochocie?

PS Wracałam jednak Hożą… Dla odmiany! Też miło… Te witryny, liternictwo na wystawach, szyldach, tu introligator, tam tapicer, taki trochę klimat retro (jeszcze)… I zupełnie nie wytwornie… Obowiązkowy przystanek pod Odeonem…

Ale o Hożej już chyba było…


środa, 23 marca 2011

M. gotuje, czyli Börk! Börk! Börk! :-)



M. niczym Szwedzki Kucharz…
Pamiętacie?
Odpowiadał za (niekonwencjonalne dość) występy kulinarne w Muppet Show ;-)

Trudno było go zrozumieć, kiedy podczas preparowania posiłków używał tego swojego niby-szwedzkiego ‘bełkotu’!
Dokładnie tak brzmi nasz Syn kiedy „gotuje” ;-) – w swoim prywatnym, faktycznie jakby-szwedzko-brzmiącym języku opisuje podejmowane działania ;-) I z podobnym temperamentem co Szwedzki Kucharz dobiera ingrediencje, hehe! I rozrzuca kuchenne utensylia!
Parę dni temu ‘Szwedzkim Kucharzem’ ochrzcił Go Tatuś, kiedy M. rozsypał pół paczuszki madras curry ;-) po czym perorując i gestykulując zupełnie jak postać z Muppet Show, próbował ułożyć pozostałe przyprawy w koszyku… Z różnym skutkiem ;-)
A psik!!!

W dzisiejszym lunch menu:

Zupa z żółwia kąpielowego

Gumowe prosię na różowo

Na deser wykwintny krem z kasztanów niejadalnych ;-) i deska zdrewniałych  owoców

A do tego dużo, dużo drobniutkiej fasoli ;-)
Którą teraz mamy absolutnie wszędzie – nawet w butach (sic!) i na regałach z książkami…
W planach były i pierogi, ale farsz nam się zapodział, a takie nie nadziewane – oj, słabo… Próbowaliśmy wypełnić je fasolą – nie był to najlepszy pomysł… Poprzyklejała się do ciastoliny i potem był dłubania...
Ale się nawałkowaliśmy i tak ;-)
I zrobiliśmy użytek z pierogowego urządzenia, którego to nigdy wcześniej nie miałam sposobności użyć ;-)

Mała dokumentacja fotograficzna, a tym, którzy o szwedzkim kucharzu Jima Hensona zapomnieli, dedykuję ten oto filmik ;-)





Uczymy się literek :-)



Nasze nowe magnesy na lodówkę... Teraz hop na literki :-)
I te nasze cudne lale fairtrade :-) Z dzwoneczkami...  M. gotował z nich zupę :-( Z lalek... Hmm...

Pozdrawiamy Was serdecznie!

Börk! Börk! Börk!

:-)

PS Na dobranoc poczytaliśmy sobie przy okazji o Baaardzo głodnej gąsienicy… Swoją drogą zachwycam się i zachwycam tymi książeczkami Erica Carle’a. Ta o gąsienicy chyba najdobitniej świadczy o geniuszu autora… Drugą naszą (moją) ulubioną jest ta o myszce, która szuka przyjaciela… M. uwielbia naśladowywać każde NIE, imitując odgłosy poszczególnych zwierzaków… Najchętniej okrzyk pawia ;-)
Ale myślę, że Carle’owi wypadałoby poświęcić osobny wpis tutaj… Co też uczynię za jakiś czas!

PPS A jutro zapraszam na spacer Mokotowską :-)

PPS I może jeszcze Szwedzki Kucharz i zupa z żółwia! Muszę chyba sprawić taką czapkę M. :-) Widziałam w jednym ze sklepów z ubrankami!!!



Dobrego dnia!





poniedziałek, 21 marca 2011

Kocham...


Kocham...

Tak powiedział do mnie M.
Dzisiaj!
Najpiękniejsze Święto Wiosny!!!

Rozespany, zakatarzony, przytulony do mojego ramienia...
- Kocham Cię - powiedziałam do Niego, kiedy otworzył oczy po poobiedniej drzemce...
- KOCHAM, KOCHAM - powtórzył M. tym swoim najsłodszym głosikiem...

Jeszcze nie sam siebie, ale i tak się liczy :-)

Wzruszona do nieprzytomności mówię Wam dobranoc...

Pobudka! Wiosna przyszła :-)

6.30 pobudka.
Kubek wody albo soku dla M.
Za oknem zachwycające światło uwypukla urodę bezchmurnego poranka…
Słońce. Olśniewające…

Pięć, sześć godzin snu – dużo to czy mało?
I tak od blisko dwóch lat…
Na własne życzenie – bo Dziecko śpi, mnie na sen szkoda czasu ;-)
Choć i tak wciąż mi go mało…

Porcja rannych pieszczot i całusów, i jeszcze kradzione Dziecku przez Mamę 3-4 minuty snu… Chwilę potem jesteśmy na nogach: cała trójka i pies!

***

Dobry weekend. Pomimo kataru i uporczywego kaszlu u M.…
Czuję że będzie lepiej…

Tato i Syn. Dłuuugie wspólne dwa dni…

Wczoraj pękałam (po cichu) ze śmiechu, kiedy tatuś M. (znany kawosz i koneser!) tłumaczył Dziecku, na czym polega parzenie kawy… To był długi wykład – od ziarna średnio palonej robusty po wysoce aromatyczny napar z wysoką pianką…  Z wyjaśnieniem fachowych pojęć! M. zafascynowany – pracą młynka do kawy, ciśnieniowego ekspresu, spieniacza do mleka… Niby widział to już setki razy, ale wczoraj jakby pierwszy :-)
Potem ‘parzył’ kawę w swoich miniaturowych naczyniach: maleńkich silikonowych foremkach do muffinek i na-niby-filiżankach…

Czas miłości i integracji z psem. Drapania po uszach, zachwytu nad psim ogonem, liczenia psich pazurów :-)
Ale dziś rano, przy śniadaniu M. na pytanie ‘Gdzie jest osioł?’ wskazał na psa ;-)
Tam!
Hmm, miałam na myśli tego drewnianego osiołka – w komplecie z owcą, krówką i kurczakiem ;-)

Upiekłam bagietki (Partrycjo, czy już mówiłam/pisałam, że NIKT nie inspiruje kulinarnie tak jak Ty?) :-)
Wyszły pięknie – chrupiące, choć może ciut za blade :-(
I przepyszne: Tatuś M. obiecał zgłosić moja kandydaturę do Komitetu Noblowskiego (kategoria: kulinaria) – choć oczywiście zrzekłabym się nagrody na rzecz Trufli ;-) albo chociaż głośno wymieniła Jej imię w podziękowaniach, hihi!

Mam wrażenie, że piekłam je całe dwa dni (noc wcześniej przygotowałam zaczyn, a potem przez pół niedzieli kręciłam się wokół ciasta – rosło i rosło, potem trzeba było bagietki uformować, potem dalej rosły, wiec się posklejały, formowałam je ponownie, itd. ;-) Potem piekłam je po dwie, trzy – więcej na blasze nie zmieściłam… Uff, cały dzień! W sumie wyszło ich 13, hehe!

Za to M. zachwycony, a ja spokojna, bo w bułce nie ma niczego, czego nie powinno w niej być (serwatek, mleka, maślanek, spulchniaczy, itp.)
Czasami myślę, że dzięki alergii pokarmowej M. wszyscy jemy lepiej. Zdrowiej. I – paradoksalnie – nasza kuchnia (a szczególnie kuchnia M.) jest dużo bardziej urozmaicona niż kuchnia niejednego, nie alergicznego Dziecka.
Bo szukam zdrowych zamienników dla nabiału, dla jaj, dla ryb, dla pomidorów, dla potencjalnie uczulających owoców…
Stąd tyle zdrowych kasz, otrębów, strączków, mniej popularnych (a jakże niedocenianych) warzyw, itp.
M. łakomczuch zjada wszystko. Owsianki, jaglanki, etece... Nie grymasi. Rozsmakowuje się w zupach z dyni i soczewicy ku naszej uciesze :-)

Więc tyle u nas…

A co u Was?
Tak przy okazji – dziś Pierwszy Dzień Wiosny!!!

Dzień Wagarowicza ;-)
Robicie sobie dziś jakieś wagary?
My chyba tak… Ruszamy na spacer. Taki króciutki, bo zakatarzony… W stronę lasu… Przyniesiemy Wam trochę bazi ;-)

PS Przeglądam wiosenne zdjęcia z zeszłego roku… Wiosna – jak to wiosna… Ale Dzieci… Każdej wiosny jakieś już inne. Gdzie tam dzisiejszego M. do Dziecka sprzed 12 miesięcy? Dzidziusia…
Nie mogę uwierzyć, że to już DRUGI rok powoli mija… Powoli?
Czas pędzi!!!

PPS Jeśli się uda, zapraszam z tym tygodniu na spacer po Mokotowskiej :-)

Na dobry początek...


Kawałek nieba...
Na pierwszy dzień mojego drugiego roku TUTAJ :-)

Z kuchennego okna oczywiście!


Wszystkiego dobrego na początek (tygodnia)!
:-)

sobota, 19 marca 2011

To już rok!


Rok temu – popatrzcie…
Śnieg :-)
I pierwszy mój wpis!
Niemal w przeddzień wiosny...

Dziś deszczowo dla odmiany…

Nie był to rok zmian. Raczej pewnej kontynuacji… Nie przełomów (jeśli nie liczyć codziennych ‘przełomów’ w rozwoju M.) - ciągów dalszych bardziej :-) Chociaż był to rok jakże odmienny od minionego… Od pierwszego roku M. i z M.
Moja obecność tutaj – przynajmniej z założenia – miała mieć określone ramy czasowe… Najpierw pomyślałam, że to będzie fajny sposób, żeby ‘zatrzymać’ jakoś te wszystkie, jakże ulotne chwile, ten czas z M. Bo jest to czas z wielu względów wyjątkowy… Założyłam więc, że ta moja przygoda z blogowaniem będzie trwała do czasu kiedy M. pójdzie do przedszkola, a ja wrócę do pełnowymiarowej pracy zawodowej.
Później, kiedy kilkakrotnie chciałam już zawiesić tę moją tu ‘działalność’, kiedy coś tam stawało na przeszkodzie (najczęściej ja sama, a raczej samą sobą rozczarowanie...) – uznałam, że rok – jeden rok – wystarczy. Że to będzie dobry finał… Że w marcu, że dzisiaj zamknę bloga… Że będę próbowała ‘zatrzymać’ ten umykający czas jakoś inaczej…

I teraz nie wiem… Bo rozstać się z tym wszystkim trudno… Zresztą każdy, kto prowadzi podobną ‘działalność’ dobrze wie, o czym mówię…

Zatem nie będę definiować ani ograniczać czasem ani formą tej mojej przestrzeni tutaj. Bo jej potrzebuję… W ten lub inny sposób…

Chciałam Wam podziękować… Tym, których ZNAM i tym, których NIE ZNAM, ale którzy znają mnie, znają M., znają Tatusia M. i cały ten nasz domowy 'mikrokosmos' - chciałam Wam podziękować za bardzo wiele...
Za Wasze słowa. Obecność tutaj. Za życzliwość. Za to, że mnie inspirujecie. Że dajecie mi bardzo często siłę i wsparcie…I wiele dobrych rad :-)
Za Przyjaźń, którą mnie/nas obdarzacie, zarówno tu, jak i w ‘realu’! Wpisując tutaj pierwsze słowa w marcu zeszłego roku, do głowy mi nie przyszło, że dzięki LHA poznam (również osobiście) tyle wspaniałych, dziś bliskich mi osób…
Dzięki temu, co tutaj PISZĘ, co próbuję nazwać, określić, oswoić, a także dzięki temu, co tutaj CZYTAM - nauczyłam się bardzo wiele o sobie… I za to również Wam DZIĘKUJĘ…
I dziękuję Delie (teraz w NY - szczęściara!), bo to ONA mnie zachęciła…

I mam nadzieję, że za rok tu nadal będziemy. W komplecie :-)

A zdjęcie?
Stąd (najczęściej) do Was piszę... Do Was i dla Was. I dla siebie...
Przy zielonej, ulubionej lampce...

Dobranoc!