Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 grudnia 2011

8/24 * Taki dzień...

Jak ładnie z moich okien potrafi zima czasami wyglądać...
No nie dzisiaj, niestety.
Dzisiaj obraz makabryczny. Bury i deszczowy...
Mimo to wybraliśmy się na długi spacer.
I zmokliśmy.
Same takie wspaniałości dziś ;-) Od świtu...

Przed chwilą zawiesiliśmy z M. kolejne światełka - tym razem na naszym mocno obeschłym fikusie ;-)
Lichy ten fikus, aż patrzeć przykro - od lat wydobrzeć nie może... Miejsce chyba mu nie służy, sama nie wiem...
M. ozdobił go girlandą i kilkoma szyszkami...
I tak marne to drzewko, nic mu chyba nie pomoże :-(

O nowych wyrazach miałam coś napisać...
Nawet prowadzę specjalny zeszycik, w którym zapisuję wszystkie te zabawne słówka :-)
Teraz absolutnym hitem jest 'fo' (czyli foka), 'klauna' (czyli klaun oraz... krasnoludek!), oraz piknik (czyli piknik) ;-)
No i 'pimpin', czyli pingwin :-)
Wydłużają się też zdania. 
To jest moja Mama. To jest mója Tata. To jest mója haua. I moja Babcia/Ciocia/itp.
Generalnie wszystko jest 'móje' ostatnio. Albo moje. Tzn. Jego ;-) I wkurza się niemiłosiernie, kiedy próbuję Mu tłumaczyć (i zaprezentować), na czym polega współwłasność ;-)

Z tym mówieniem to jest tak, że czasem wprost zalewam się łzami, bo wciąż tego niewiele... Tzn. M. wszystko rozumie, komunikuje się z nami (i nie tylko z nami) bezbłędnie, ale...
Ale...

OK, wiem, wiem, wiem... Więc już nie marudzę ;-)

No dobra, taki dzień.
Mętny pod każdym niemal względem.
Od rana jak w slapsticku ;-)
No bo kiedy M. pociągnął za sznur ze światełkami, to lampa wylądowała na podłodze... Kiedy ją podnosiłam, M. zabrał się za przesuwanie doniczki. Z której oczywiście wysypała się ziemia. Na naszą sofę, naturalnie ;-) A kiedy zabrałam się za usuwanie (czyt.: rozmazywanie) plam, M.wybrał się z wizytą do kuchni. Niby szczytny był cel tej wizyty, bo chciał odnieść swój kubeczek i (na to wygląda) dolać sobie wody... No więc powódź ;-)
I tak dalej, i tak dalej...

W tej chwili udaje niewiniątko i układa swoje pluszowe zabawki w szeregu - do snu je szykuje najwyraźniej... Mam wielką nadzieję, że niedługo sam zamarzy o spoczynku ;-)
A wtedy ja będę mogła... nie, nie odpocząć. Niestety nie :-(
Ale OK, miałam nie marudzić.
Może jutro będzie lepiej?
Na razie życie mi ratują lampiony, które W NAGRODĘ zapalam (i pozwalam M. zdmuchiwać!) - tylko dla lampionów M. jest w stanie bez awantur posprzątać z podłogi zabawki, założyć rajstopy albo dokończyć zupę jarzynową...
Och, jakie ja mam ciężkie życie...

;-) 

PS 'Szpiega' jeszcze nie widziałam, za to obejrzeliśmy 'Dług' z Helen Mirren i z Jessicą Chastain (grała główną żeńską rolę w 'Drzewie życia' Terrence'a Malicka). Może nie jest to film wybitny, ale kawał porządnego kina. Więc w sumie polecam.

Ach, i jeszcze piosenka świąteczna. Ech, no aura kompletnie temu mojemu Kalendarzowi Adwentowemu nie sprzyja :-(  No ale próbujmy. Takie coś znacie?


Idealna płyta na ten okres tuż po Świętach :-) Kiedy mocno rozluźnieni przyjmujemy miłych gości. Do słuchania pod makowczyk. I pod koniak ;-) Albo sherry, jak kto woli!

Miłego wieczoru! I do jutra!
Będzie odrobinę lirycznie :-)

piątek, 25 listopada 2011

Drobiazgi :-)

Jest cudowny ten nasz Syn :-)
Cudowny...

Gramy w berka. Nauczył się w ostatni weekend :-)
Nauczył się to może za dużo powiedziane...
Według M. zabawa polega na celowaniu w nas obłymi przedmiotami.
Miękkimi to już niekoniecznie ;-)
Wczoraj zarobiłam twardą, drewnianą kulą do kręgli!
W czoło!

- Belek! Belek!
I w śmiech :-)
To 'el' naszego M. jakieś takie lwowskie w brzmieniu...

Chwilę temu wrócliśmy z wycieczki do Parku Praskiego...
Powiem Wam szczerze, że nigdy wcześniej tam nie byłam!
Do tej pory znałam go tylko od strony ogrodu zoologicznego - za to dziś wybraliśmy się na spacer Floriańską... Zmiany, zmiany :-) Jak wypiękniał ten odcinek Pragi, no no!

A za mną noc długa :-)
Bezsenna...
Z 'Bohemian Rhapsody' na cztery ręce...
I z grzanym winem :-)
Dopiero po północy obejrzałam tamten koncert...
A potem jeszcze dwa odcinki 'Mad Men' ;-)
Znacie?
Rzecz fenomenalna! Polecam!
Więc sama już nie wiem, czy najpierw się spać położyłam, czy zadzwonił budzik, hehe!
Chyba w tym samym momencie...

***

Dziś w kuchni cynamon :-) I dużo kolendry!
Marokoński tadżin.
Mocno daktylowy!

A wieczorem będziemy szykować lampiony :-)
Wczoraj przyniosłam do domu trzy zwoje bibułki, dużo drutów, arkusze papieru czerpanego, klej i pędzle :-)
Będzie się działo!

Za to weekend zamierzamy spędzić we Dwoje. Tzn. ja i Tatuś M. :-)
A M. będzie u Babci.
W każdym razie taki jest plan!
Dobra kolacja i znakomity teatr :-)
A w niedzielę śpię do oporu!!!

Więc i dla Was - dużo dobrego na najbliższe dni!

A na zdjęciach ukochane łapki. Sprzed roku i z tego lata :-)
Coraz bardziej precyzyjne...
Dziś będą szarpały bibułkę i naklejały ją na szkło!
Myślę, że sobie poradzą!






piątek, 25 marca 2011

Ostatni wieczór tulipanów... I piosenka!

Senny piątek…

Duże plany na weekend. I dlatego chyba marzę dzisiaj o wieczorze z książką…

M. już w formie. O katarze powoli zapominamy :-)
Humor wobec tego znakomity!


Wczoraj powtórzył za mną niemal wszystkie literki alfabetu – największym supłem językowym okazała się literka G ;-) No i R jest nie do przejścia oczywiście :-)




Literki, klocki, układanki…
Ostatnio ulubioną okazała się ta od cioci A. – przedstawiająca drewnianego misia i konfigurację misiowych ubranek (misia stroje takie w stylu angielskiego dżentelmena!), które można zakładać, zdejmować, dobierać… Miś ma także głowy do wymiany (hehe!) – raz humor ma lepszy, raz gorszy… Wiadomo, jak to miś ;-)


Budujemy, łączymy, sklejamy, liczymy. Malujemy, rysujemy, w wodzie się taplamy :-)
Spacerujemy, porządkujemy szafki, gramy na pianinie, bujamy się w hamaku… Wałkujemy ciastolinę, wycinamy kształty, czytamy książeczki... I tak dzień za dniem… Ciężka praca tak naprawdę…
Dochodzi do tego, że to, co większość nazywa PRAWDZIWA pracą, staje się dla mnie relaksem… Serio! Odpoczywam, kiedy ze stanu skupienia nad Dzieckiem, przechodzę w stan skupienia nad tekstem, nad papierami, nad nowymi pomysłami… Przysięgam!
Nisko się kłaniam wszystkim Mamom, dla których opieka nad Dziećmi to full-time-job!








Wczoraj wieczór z filmem… Totalne rozczarowanie… A rzadko mi się zdarza, bo filmy dobieramy starannie.. Jednak najwyraźniej nasze gusta kompletnie nie pokryły się z tymi publiczności w Sundance – bo film zdobył główną nagrodę publiczności… Umęczyłam się okrutnie, trwając przy ekranie z nadzieją, że nastąpi COŚ, co mnie zachwyci… Nie nastąpiło, niestety… Podobnie bywa w przypadku niektórych książek – czasami nie dowierzam, że są aż tak słabe i czekam, czekam, czekam… I tak przez kolejne sto stron ;-) Na szczęście nie zdarza się to często!
Ostatnio jakoś nie relacjonuję na bieżąco naszych wypraw do kina – ale z niedawnych premier gorąco Wam polecam film 'Fighter' (Christian Bale absolutnie zachwycający!!! Ten, kto jego rolę określił mianem ‘drugoplanowej’ upadł chyba na głowę! Bale ukradł ten film wszystkim! Choć znakomita była i galeria siostrzyczek… Brawa dla castingu!) Poza tym koniecznie warto wybrać się na 'Królestwo zwierząt' (w pewnym sensie podobne są te dwa filmy). I bardzo namawiam do 'Away We Go' czyli 'Para na życie' ( brawa dla tego, kto tłumaczył tytuł, hehe!) - nie dajcie się zwieść ‘walentynkowym’ plakatom – to naprawdę znakomity obraz Sama Mendesa. I 'Wszystko w porządku / Kids Are All Right' (o tym chyba już wspominałam), i jeszcze nowy film Woody’ego Allena, i 'Tamarę', i…
I tyle jeszcze mam do obejrzenia nowych tytułów…
Zdecydowanie zaniedbuję teatr (niestety), ale cieszę się, że chociaż z kinem nie mam tyłów :-)
Na ‘Italiani’ ktoś się wybiera? To tak a’propos filmu i teatru… A co z polskich tytułów poza tym polecacie? Bo ja do współczesnego kina polskiego jak do jeża (Jerzego, hehe), ale słyszałam bardzo pochlebne recenzje nt. 'Sali samobójców' i 'Wygranego', między innymi… Polecicie?
Ach, wiem, że w niektórych kinach można teraz obejrzeć, więc od razu jeszcze polecę 'Nic osobistego' w reż. Urszuli Antoniak (z pochodzenia Polka, ale tworzy w Holandii) - bardzo we mnie został ten film... Piękne obrazy i piękna opowieść...

***

Moje tulipany…
Jutro będą nowe, czerwone, bo te już powoli konają…
Ale najpierw zamieniły się niemal w piwonie… Piękne.
Żółte tulipany rezerwuję na Wielkanoc. Podobnie jak żonkile :-) Żeby zaprosić te kwiaty do Domu, musi być naprawdę ciepło! Inaczej mi się nie podobają ;-) Tak mam. Najlepiej komponują się z zajączkiem ;-)

Zatem wyczekuję bardziej wiosennej aury… I z przerażeniem śledzę prognozy pogody… Tatuś M. miał jechać po rowery (zimują poza domem) i planował już wiosenną wycieczkę rowerową do Powsina (kupiliśmy nawet M. wiosenną czapkę pod kask!), ale zapowiadają mróz...
No nic, poczekamy ;-)

***

Tej piosenki słuchałam w ostatniej klasie LO. I w drodze na egzaminy :-)
Bardzo lubiłam tę płytę*.
Słuchając jej, myślałam o Krakowie… Bo tam miałam chyba zamieszkać…
Ale tutaj też jej fajnie się słucha ;-) Po tylu latach…
Prawie o niej zapomniałam. Dziś wpadłam na nią przypadkiem… I jakoś tak mi się dziwnie zrobiło… No, że to już tyyyle czasu…
Porządkując stare płyty, znalazłam jeszcze jedną, której dziś z wielką przyjemnością wysłuchałam… Może jutro jakiś urywek Wam zaprezentuję…

Spokojnego weekendu! Słonecznego!


*) Wydaje mi się zresztą, że miałam też wersją przenośną, kasetową ;-) bo słuchałam jej na pewno w drodze, a discman (sic!) się u mnie pojawił dopiero kiedy byłam na studiach.

środa, 23 marca 2011

M. gotuje, czyli Börk! Börk! Börk! :-)



M. niczym Szwedzki Kucharz…
Pamiętacie?
Odpowiadał za (niekonwencjonalne dość) występy kulinarne w Muppet Show ;-)

Trudno było go zrozumieć, kiedy podczas preparowania posiłków używał tego swojego niby-szwedzkiego ‘bełkotu’!
Dokładnie tak brzmi nasz Syn kiedy „gotuje” ;-) – w swoim prywatnym, faktycznie jakby-szwedzko-brzmiącym języku opisuje podejmowane działania ;-) I z podobnym temperamentem co Szwedzki Kucharz dobiera ingrediencje, hehe! I rozrzuca kuchenne utensylia!
Parę dni temu ‘Szwedzkim Kucharzem’ ochrzcił Go Tatuś, kiedy M. rozsypał pół paczuszki madras curry ;-) po czym perorując i gestykulując zupełnie jak postać z Muppet Show, próbował ułożyć pozostałe przyprawy w koszyku… Z różnym skutkiem ;-)
A psik!!!

W dzisiejszym lunch menu:

Zupa z żółwia kąpielowego

Gumowe prosię na różowo

Na deser wykwintny krem z kasztanów niejadalnych ;-) i deska zdrewniałych  owoców

A do tego dużo, dużo drobniutkiej fasoli ;-)
Którą teraz mamy absolutnie wszędzie – nawet w butach (sic!) i na regałach z książkami…
W planach były i pierogi, ale farsz nam się zapodział, a takie nie nadziewane – oj, słabo… Próbowaliśmy wypełnić je fasolą – nie był to najlepszy pomysł… Poprzyklejała się do ciastoliny i potem był dłubania...
Ale się nawałkowaliśmy i tak ;-)
I zrobiliśmy użytek z pierogowego urządzenia, którego to nigdy wcześniej nie miałam sposobności użyć ;-)

Mała dokumentacja fotograficzna, a tym, którzy o szwedzkim kucharzu Jima Hensona zapomnieli, dedykuję ten oto filmik ;-)





Uczymy się literek :-)



Nasze nowe magnesy na lodówkę... Teraz hop na literki :-)
I te nasze cudne lale fairtrade :-) Z dzwoneczkami...  M. gotował z nich zupę :-( Z lalek... Hmm...

Pozdrawiamy Was serdecznie!

Börk! Börk! Börk!

:-)

PS Na dobranoc poczytaliśmy sobie przy okazji o Baaardzo głodnej gąsienicy… Swoją drogą zachwycam się i zachwycam tymi książeczkami Erica Carle’a. Ta o gąsienicy chyba najdobitniej świadczy o geniuszu autora… Drugą naszą (moją) ulubioną jest ta o myszce, która szuka przyjaciela… M. uwielbia naśladowywać każde NIE, imitując odgłosy poszczególnych zwierzaków… Najchętniej okrzyk pawia ;-)
Ale myślę, że Carle’owi wypadałoby poświęcić osobny wpis tutaj… Co też uczynię za jakiś czas!

PPS A jutro zapraszam na spacer Mokotowską :-)

PPS I może jeszcze Szwedzki Kucharz i zupa z żółwia! Muszę chyba sprawić taką czapkę M. :-) Widziałam w jednym ze sklepów z ubrankami!!!



Dobrego dnia!





poniedziałek, 21 marca 2011

Kocham...


Kocham...

Tak powiedział do mnie M.
Dzisiaj!
Najpiękniejsze Święto Wiosny!!!

Rozespany, zakatarzony, przytulony do mojego ramienia...
- Kocham Cię - powiedziałam do Niego, kiedy otworzył oczy po poobiedniej drzemce...
- KOCHAM, KOCHAM - powtórzył M. tym swoim najsłodszym głosikiem...

Jeszcze nie sam siebie, ale i tak się liczy :-)

Wzruszona do nieprzytomności mówię Wam dobranoc...

Pobudka! Wiosna przyszła :-)

6.30 pobudka.
Kubek wody albo soku dla M.
Za oknem zachwycające światło uwypukla urodę bezchmurnego poranka…
Słońce. Olśniewające…

Pięć, sześć godzin snu – dużo to czy mało?
I tak od blisko dwóch lat…
Na własne życzenie – bo Dziecko śpi, mnie na sen szkoda czasu ;-)
Choć i tak wciąż mi go mało…

Porcja rannych pieszczot i całusów, i jeszcze kradzione Dziecku przez Mamę 3-4 minuty snu… Chwilę potem jesteśmy na nogach: cała trójka i pies!

***

Dobry weekend. Pomimo kataru i uporczywego kaszlu u M.…
Czuję że będzie lepiej…

Tato i Syn. Dłuuugie wspólne dwa dni…

Wczoraj pękałam (po cichu) ze śmiechu, kiedy tatuś M. (znany kawosz i koneser!) tłumaczył Dziecku, na czym polega parzenie kawy… To był długi wykład – od ziarna średnio palonej robusty po wysoce aromatyczny napar z wysoką pianką…  Z wyjaśnieniem fachowych pojęć! M. zafascynowany – pracą młynka do kawy, ciśnieniowego ekspresu, spieniacza do mleka… Niby widział to już setki razy, ale wczoraj jakby pierwszy :-)
Potem ‘parzył’ kawę w swoich miniaturowych naczyniach: maleńkich silikonowych foremkach do muffinek i na-niby-filiżankach…

Czas miłości i integracji z psem. Drapania po uszach, zachwytu nad psim ogonem, liczenia psich pazurów :-)
Ale dziś rano, przy śniadaniu M. na pytanie ‘Gdzie jest osioł?’ wskazał na psa ;-)
Tam!
Hmm, miałam na myśli tego drewnianego osiołka – w komplecie z owcą, krówką i kurczakiem ;-)

Upiekłam bagietki (Partrycjo, czy już mówiłam/pisałam, że NIKT nie inspiruje kulinarnie tak jak Ty?) :-)
Wyszły pięknie – chrupiące, choć może ciut za blade :-(
I przepyszne: Tatuś M. obiecał zgłosić moja kandydaturę do Komitetu Noblowskiego (kategoria: kulinaria) – choć oczywiście zrzekłabym się nagrody na rzecz Trufli ;-) albo chociaż głośno wymieniła Jej imię w podziękowaniach, hihi!

Mam wrażenie, że piekłam je całe dwa dni (noc wcześniej przygotowałam zaczyn, a potem przez pół niedzieli kręciłam się wokół ciasta – rosło i rosło, potem trzeba było bagietki uformować, potem dalej rosły, wiec się posklejały, formowałam je ponownie, itd. ;-) Potem piekłam je po dwie, trzy – więcej na blasze nie zmieściłam… Uff, cały dzień! W sumie wyszło ich 13, hehe!

Za to M. zachwycony, a ja spokojna, bo w bułce nie ma niczego, czego nie powinno w niej być (serwatek, mleka, maślanek, spulchniaczy, itp.)
Czasami myślę, że dzięki alergii pokarmowej M. wszyscy jemy lepiej. Zdrowiej. I – paradoksalnie – nasza kuchnia (a szczególnie kuchnia M.) jest dużo bardziej urozmaicona niż kuchnia niejednego, nie alergicznego Dziecka.
Bo szukam zdrowych zamienników dla nabiału, dla jaj, dla ryb, dla pomidorów, dla potencjalnie uczulających owoców…
Stąd tyle zdrowych kasz, otrębów, strączków, mniej popularnych (a jakże niedocenianych) warzyw, itp.
M. łakomczuch zjada wszystko. Owsianki, jaglanki, etece... Nie grymasi. Rozsmakowuje się w zupach z dyni i soczewicy ku naszej uciesze :-)

Więc tyle u nas…

A co u Was?
Tak przy okazji – dziś Pierwszy Dzień Wiosny!!!

Dzień Wagarowicza ;-)
Robicie sobie dziś jakieś wagary?
My chyba tak… Ruszamy na spacer. Taki króciutki, bo zakatarzony… W stronę lasu… Przyniesiemy Wam trochę bazi ;-)

PS Przeglądam wiosenne zdjęcia z zeszłego roku… Wiosna – jak to wiosna… Ale Dzieci… Każdej wiosny jakieś już inne. Gdzie tam dzisiejszego M. do Dziecka sprzed 12 miesięcy? Dzidziusia…
Nie mogę uwierzyć, że to już DRUGI rok powoli mija… Powoli?
Czas pędzi!!!

PPS Jeśli się uda, zapraszam z tym tygodniu na spacer po Mokotowskiej :-)

piątek, 18 marca 2011

Jeszcze o słodkich malinach... I o gorzkim słowie WYRZECZENIE... Do poczytania na dłuuugi weekend ;-)

Jeszcze trochę w temacie malin…
Zdjęcia sprzed ośmiu miesięcy. W malinowym chruśniaku u Prababci ;-)
Malinowo-poziomkowym.
Pełnia lata.
M. taki inny… Przeglądałam wczoraj zdjęcia z tamtego okresu i – nie do wiary jak się zmienił…
Inne rysy, mam wrażenie. Inna budowa ciała. Proporcje…Rączki już nie takie pulchne. Dopiero widzę, jak bardzo M. wysmuklał, wydłuuużył się ;-) I ta zupełnie inna dynamika ciała. I włosy jakie króciutkie wtedy miał! Niesłychane…
Często zerkam na te zdjęcia najwcześniejsze i czuję, jakbym oglądała fotografie w cudzym albumie… Nawet ja na tych zdjęciach jakaś inna się wydaję ;-)


Rozczulają mnie te zdjęcia malinowe. M. łakomczuszek wyciągał rączki w stronę dojrzałych owoców, których pilnie wypatrywał w gęstwinie krzewów. Rozdziawiał buzię, kiedy piękna, dojrzała malina wędrowała w stronę Jego usteczek… Niecierpliwił się, kiedy zbierając maliny do miseczki, zapomniałam o ‘stałej dostawie’ do buzi M. Potem już obsługiwał się sam ;-) Póki co, maliny są produktem wysokiego ryzyka dla M. – mam na myśli, że potencjalnie uczulają… W zeszłe lato jeszcze tego nie wiedzieliśmy :-( Ponieważ w tej chwili systematycznie wprowadzamy kolejne produkty z ‘czarnej listy’ (z różnym skutkiem), będziemy próbować latem z malinami… Zobaczymy...

Wczoraj mrożone maliny (dzielnie je mroziłam latem z myślą o M. – no i proszę – trzy spore woreczki do rozdysponowania) posłużyły nam za kostki lodu ;-) Zapomnieliśmy zamrozić i groziło to serwowaniem drinków na ciepło, hehe! Okazało się to znakomitym pomysłem! Od razu barwiły nam drinki na różowo ;-)
Malinowy był też deser – zapiekane owoce pod pierzynką ciasta… Nieskromnie powiem: mniammmm…

Tyle o malinach (i poziomkach) :-)

A my wracamy niestety do punktu wyjścia – sprzed tygodnia… M. od rana kaszle. I kaszle. I kaszle. Wydawało się, że przed nami słoneczny weekend w plenerach po kilkudniowym, przymusowym areszcie domowym ;-)
Niech to…

***

Znacie blog Zimno? Pewnie, że znacie…
No właśnie…

Wczoraj długi wieczór z E. i P.
Długi, z tequilą, przy stole pełnym smakołyków (na literkę T), w dobrych poparyskich nastrojach (E. i P. wrócili dopiero co!).
I długie rozmowy.
Również (a może głównie) o macierzyństwie. Rodzicielstwie. Moim i Tatusia M. – E. i P. dzieci nie mają (jeszcze).
Rozmowa głośna, z lekka pozbawiona ładu (a czasem i sensu). w jakiś sposób dla mnie bolesna… Czasem sama już nie wiem, czy próbuję przekonać innych, czy samą siebie… I nawet wśród tych, z którymi łączą mnie i priorytety, i pasje, czuję się pojedyncza w swoim przywiązaniu do pewnych (dla mnie oczywistych) racji… I w którymś momencie tracę potrzebę argumentowania… Przestaje mi zależeć na zrozumieniu… Robię swoje, robię co uważam za słuszne i już... Ale i tak boli…
Jasne, chciałabym, żeby każdy dzielił moje poglądy (chociaż z drugiej strony może to i bez sensu?) i pomysły na życie…
Poczułam się źle, mówiąc o – tak, użyję tego słowa – wyrzeczeniach. I poświęceniach (tfu, cóż za obrzydliwy wyraz! - oba te słowa zresztą wydają mi się w tym kontekście tak naprawdę mocno nieadekwatne i nacechowane pejoratywnie…).
O wyrzeczeniach związanych z rodzicielstwem (głównie jednak macierzyństwem).
Poczułam się fatalnie – jakbym sama sobie przywdziewała fartuch 'Matki-Polki', z którą mało mam przecież wspólnego… Matki zmęczonej. Sfrustrowanej. Pełnej żalu oraz tęsknot… Momentami, przecież nie permanentnie! Zrezygnowanej.
OK, czy powinnam zacząć mówić o macierzyństwie, że to nieprzerwane pasmo sukcesów, pełnej szczęśliwości i pomyślnych zdarzeń? Ale to trochę bujda.
Czuję się jako mama szczęśliwą, spełnioną kobietą. Czuję się równocześnie kobietą/mamą wolną i samostanowiącą (Czyż prawdziwie wyzwolona kobieta to nie ta, która robi to, na co ma ochotę? Ja mam ochotę na ten czas domowy teraz – na domowe macierzyństwo przed czasem przedszkolnym). Mój związek z Tatusiem M. mogę z pełną uczciwością określić mianem partnerskiego (co nie oznacza braku nieporozumień i konfliktów, hihi).    
Próbując być uczciwą wobec samej siebie (ale także innych), pewne emocje nazywam po prostu po imieniu… Chcę być wiarygodna. Zawsze chciałam. I potwornie cierpię, kiedy podobna szczerość obraca się przeciw mnie…
No bo, czy przyszło Wam do głowy, żeby komuś, kto skarży (sporadycznie i umiarkowanie) się na dolegliwości związane z sytuacją zawodową, zarzucać brak konsekwencji? No bo skoro podjął wyzwanie, itd… Że jeśli nie daje rady – powinien zmienić pracę albo w ogóle ją rzucić? Nie, w podobnej sytuacji każdy klepnie ‘marudę’ w ramię i powie, że zna to uczucie…Zrozumie. Pocieszy. Nie osądzi...
Nie, nie, wczorajsza rozmowa wcale nie przebiegała w tym tonie, ale czasem wyczuwam gdzieś, między słowami, podobne sugestie… Jestem na nie wyczulona. A może przewrażliwiona?
Warianty są dwa: szczerość albo jej brak. Wychowywanie Dziecka to nie wyłącznie  spacery w słońcu i wspólne czytanie bajeczek… Jest dużo pytań, obaw, klęsk i pustki. I – o paradoksie! – sporo samotności w tym wszystkim…

Nasza (świadoma) decyzja o moim trzyletnim urlopie wychowawczym staje się czasami w oczach innych fanaberią. Moją fanaberią. Tak, dla mnie to sytuacja wysoce luksusowa… Tak ją postrzegam. Tak, można nazwać ją fanaberią… Tak, niby nie mam prawa w takim razie marudzić…
Ale robię to… Z rzadka, ale jednak. Bo czuję się czasami wykończona (śmiem porównywać swoje zmęczenie ze zmęczeniem matki, która pędzi z pracy odebrać dziecko ze żłobka!). Rozżalona…
I tak, czuję ból wyrzeczeń (wielu). Choć samej decyzji nie żałuję…

Pogrążają mnie takie teksty jak te w ostatnich WO – wokół i na temat ‘ustawy żłobkowej’ – czasami odnoszę wrażenie, że nie posyłając M. do żłobka, skazuję Go na szereg niedogodności… Że żłobek zapewniłby Mu lepszy rozwój – stały kontakt z rówieśnikami, pełną interakcję, urozmaicenie… Więc co ja tam z moimi pielgrzymkami na plac zabaw mogę? Z najbardziej wyszukanymi zabawami w domu. Albo z odwiedzinami u rówieśników M. To wszystko przypadkowe relacje – w żłobku Dziecko miałoby stały kontakt z tymi samymi dziećmi, opiekunami, itp. Że kiedyś, w domach wielopokoleniowych, warunki przypominały właśnie te ‘żłobkowe’ – że może to żłobek jest paradoksalnie bardziej naturalnym środowiskiem dziecka niż dom, w którym spędza czas z mamą (głównie), że żłobek bardziej stymuluje rozwój emocjonalny, umysłowy, psychoruchowy, itp. Nie wiem, nie wiem, nie wiem… Czytam i zgadzam się. A potem nie zgadzam się. A potem znów się zgadzam. I tak w kółko. Mam dość!

Być może dla mnie urlop wychowawczy to asekuranctwo… Bo znam siebie i wiem, że pewnie bym potem żałowała. A odwrotu by nie było. Rozmawiając z Delie niedawno, powiedziałam jej, że nie zdecyduję się na wcześniejszy powrót do pracy zawodowej z wielu powodów. Jednym z nich jest strach – i najbardziej chyba bałabym samej siebie – tego, że sobie nie wybaczę… Wierzę (i wiem), że te trzy lata to czas najważniejszy – i dla mojego Syna, i dla mnie…
Użyłam wczoraj argumentu, że chodzi tutaj o niepowtarzalność – praca zawodowa jest dla mnie pasmem rutynowych w pewnym sensie czynności – tam zmieniają się detale, sytuacje, czasem kontekst – w przypadku M. zmienia się on sam… Bo M. sprzed trzech miesięcy to zupełnie inny M. niż ten teraz… I w przeciągu tych trzech lat zmiany te następują najgwałtowniej… Dlatego tu jestem… I z miliona innych powodów…
Choć za pracą zawodową, tym moim innym ‘kontekstem’, tęsknię bardzo…. Coraz bardziej.

Właśnie nie przyjęłam nowej, szalenie atrakcyjnej propozycji zawodowej. Dlatego piszę o tym wszystkim dzisiaj… Biłam się z myślami przez ostatnie dni…  Czy dobrze zrobiłam? Nie, nie uzyskam odpowiedzi na to pytanie za X lat, bo nie o to chodzi, że ten czas mój teraz z Dzieckiem to INWESTYCJA (nie uważam tak!) czy SZCZEPIONKA przeciw złu całego świata (w to też nie wierzę!) i kiedy M. podrośnie, zbiorę plony…Może tak, może nie.... Nie dlatego też podjęłam taką, a nie inną decyzję.
Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Wiem tylko, ze inaczej nie potrafiłam… I wiem, że nie umiem zwerbalizować tych wszystkich odczuć i emocji, które teraz mi towarzyszą… Mimo prób usilnych ;-)
Ale jeśli kiedyś, w przyszłości, będę czegoś żałować, to wolę, żeby nie był to czas, którego NIE spędziłam z Dzieckiem. Bo chyba tego najbardziej żałujemy... Tak już na samym końcu...
Tyle ode mnie.

Dlaczego na początku nadmieniłam o Zimno? Bo przeczytałam u niej coś takiego i poczułam się lżej… I dlatego, że szalenie mi Zimno imponuje! Z wielu powodów :-)

Wyrzeczenie to nie jest dobre słowo. W wyrzeczeniu nie ma cienia lansu. Lepiej mówić - dziecko mnie w niczym nie ogranicza, robię z dzieckiem wszystko tak jak do tej pory. W pracy stawiam dziecko pod biurkiem, na zakupach wkładam dziecko do sklepowego wózka. Ale to bujda. Któregoś dnia dziecko wyrasta spod biurka i wcale nie chce siedzieć w koszu. Więc dlaczego wyrzeczenie to takie marne słowo, nawet wtedy, kiedy się świadomie i dobrowolnie przez nie przechodzi?

by zimno | 2004-10-06 10:05:52

Słońca na najbliższe dni!!!

***

I jeszcze piosenka na weekend :-) Słuchamy jej - i śpiewamy - cały dzień z M., ale w innym zupełnie wykonaniu (z płyty Sing Along with Putumayo). Ale ta wersja też urocza :-)
M. tak pięknie podśpiewuje ze mną przy 'doodle, oodle, oodle, doodle, oodle, oodle, doodle, oodle, oodle oo'
Z akcentem na ooooooooo, czyli uuuuuuuuuu ;-)

Dużo dobrego dla Was!!!





czwartek, 17 marca 2011

Malinowo...


Jest lepiej…

M. zdrów.

Rozszalały wiatr za oknem... Rozhulany. Jesteśmy w Domu: M., Tatuś M. i ja :-)
Pacynkowy teatrzyk, wspólne kucharzenie, trochę malujemy, układamy z klocków wieże, bujamy się w hamaku…

Takie dni…

A wyraźny leitmotiv stanowi herbata ;-) Jeszcze trochę zimowa. Taka z plastrem pomarańczy i goździkiem albo taka z sokiem malinowym. Prawdziwie malinowym. Maliny z ogrodu Prababci M. ;-) I sok z nich, najprawdziwszy… Ostatnie słoiczki…

Przedwiośnie zdecydowanie nie jest moją ulubioną porą roku… Czekam na wiosnę, ale i tęsknię do pełnego lata… Do darów lasu i bujnych zielenią ogrodów…

***

Dziś wieczór z E. i P.
Z tortillą, tequillą i innymi na literę T smakołykami ;-)

Postaram się jakoś nadgonić te dopiero co 'uciekłe' dni - zabiegane i zapracowane mimo domowego rozleniwienia...

wtorek, 15 marca 2011


Trochę kolorów.

Bardzo ich dzisiaj potrzebuję…
W Domu dwoje chorych. Chory M. Chory Tatuś M.

Ja się trzymam. Jeszcze ;-)
Ale kolorów potrzebuję…
Wczoraj M. taki cichutki… Osłabiony gorączką...
Położyliśmy się razem – M. wtulony w moje ramię…
Mocne światło popołudniowego słońca przygaszone lnem zasłon w sypialni…
M. zasypiał… Liczyłam Jego oddechy…
Aż do zachodu słońca...

Wieczór spokojny. Zjadł. Zasnął… Noc bezpieczna… Poranek bez gorączki. W dobrym nastroju. Jednak areszt domowy mimo wszystko.

Z ulgą przywitałam dzisiaj chmury… Jakoś mi lżej z nimi… To wczorajsze słońce trochę mnie rozzłościło. No bo świeci tak bezczelnie kiedy my tu chorujemy ;-)

Zatem dziś na kolorowo. W kontraście do tego, co za oknem…

Kredki, farby, pędzle…

Miłe wspomnienia z dzieciństwa… Weekendy – w co któryś odwiedzał nas brat Mamy – wtedy student architektury. Zwijał dywany w salonie, rozkładał wielkie płachty brystolu, brał pędzle, farby i malowaliśmy!!! Najbardziej żałuję, że niewiele z tych dzieł przetrwało… Pamiętam, jak uczył mnie rysować wróble, koty i choinki. Do dziś tak właśnie je rysuję ;-)
Siostra mojego Taty za to skompletowała w grubym zeszycie niemal wszystkie ‘dzieła’ z mojego i mojego kuzynostwa dzieciństwa. Zeszyt przetrwał. Muszę pilnie go obfotografować ;-) Niektóre nasze rysunki są kapitalne. Zwłaszcza te autorstwa mojego młodszego kuzyna ;-) Pamiętam serię ‘morską’ z okrętami! Ten to miał fantazję ;-)

Oj, trzeba te wszystkie najwcześniejsze dzieła przechowywać. Zdecydowanie. Później mają wielka wartość! Moja mama, jak widać, przechowuje nawet kredki, którymi bazgrałam ;-) Pamiętacie takie opakowanie? Kredki ołówkowe z misiem!!! 12 sztuk! Fajne były!
Chomikowanie ma również swoje dobre strony, hihi :-)


I jeszcze M. :-)

Dobrego dnia! I dużo zdrowia dla wszystkich!!!

poniedziałek, 14 marca 2011

Nie do końca udany początek tygodnia... I małe podsumowanie weekendu. Bardzo udanego :-)

Sobotnie popołudnie w Parku Dreszera.
Jagnięcina na obiad. Wyśmienita…
Po obiedzie długi spacer.
Taki aż do niskiego słońca…
Z rowerem, który dźwigał głównie Tatuś M.
Bo M. na rower nie miał ochoty… Tak jakoś ;-) No chyba że przejął się tym zakazem (poniżej), który my zauważyliśmy dopiero opuszczając park... Jednak nie sądzę, że zakaz ten dotyczy również dziecięcych laufradów ;-)
Na rower więc nie wsiadł, za to z nieukrywanym szczęściem wędrował parkowymi alejkami… I odkrywał zalety amortyzującego upadki dywanu z bluszczy :-)
To po południu.
Przed południem za to udało nam się skraść trochę słonecznych promieni na wyłączność ;-) Jak dobrze było wystawić buzię prosto ku najjaśniejszemu…
Zagrzać zmęczone zimą kości - usiąść z kolanami pod brodą na ławce nad stawem.
Nakarmić kaczki z Delie i z Chłopcem (za co zostaliśmy surowo ukarani, hehe!). Okrążyć ulubione jeziorko i pogawędzić o tym i o owym... O syndromie nadopiekuńczych matek również ;-) - zdaje się, że dotyczy nas obu ;-)
M. w tym czasie drzemał w wózku (nie zdarza się to nam często na spacerach, ale widać zmęczenie wzięło górę!) – obudził się dopiero w drodze do ulubionej naszej pijalni soków. Choć koktajl, który zamówiłam, zdecydowanie nie stanie się moim ulubionym… Brrrr... Za to, o dziwo, zasmakował Chłopcu Delie ;-)
Niedzielne przedpołudnie należało do M. i Tatusia :-)
Ale po południu już wspólnie świętowaliśmy 88 (sic!) urodziny Prababci M.! Najlepszym na świecie czekoladowo-wiśniowym tortem bez 88 świeczek ;-)
Za to z bezlikiem starych fotografii…
Bezlikiem opowieści. I wspomnień…


Ze szczególną uwagą przyglądałam się pewnej kobiecie z fotografii… Praprababci M. To jej obrączkę noszę na palcu… Podarowaną przed moim z Tatusiem M. ślubem… Jednym z najpiękniejszych prezentów…
Pasowała idealnie… Mimo, że moja ‘wymarzona’ obrączka miała wyglądać zupełnie inaczej i miała nie być ze 'złotego złota', bez wahania jednak wybrałam tę właśnie – szeroką, ze starego, ciemnozłotego kruszcu... Dzisiaj już takie nie powstają… Powojenne złoto ma zupełnie inną barwę. Po wewnętrznej stronie obrączki widnieje jedna data i dwa inicjały – Tatusia M. i Prapradziadka M. ;-) I data 19 grudnia 1915 r. - jak łatwo się domyślić, nie jest to data naszego ślubu ;-)
Przyglądałam się wczoraj tej fotografii i tyle pytań krążyło w mojej głowie… Ponoć razem z Prapradziadkiem M. stanowili niezwykle dobre, szczęśliwe małżeństwo…
Może to dobra wróżba?
:-)

Taki wieczór. Pełen sentymentów. Wspomnień. I zadumy…
Słodkich ciast i tulipanowych bukietów! 
Z M., młodszym od Prababci o całe 86 lat :-) Z najsłodszym, najmłodszym łobuziakiem, który pierwszą część uroczystości spędził z nami przy stole, pochłaniając ziemniaka za ziemniakiem :-) a drugą - wspinając się po szczebelkach znalezionej za drzwiami sypialni drabince ;-)))
W tym miejscu miałam napisać, że ruszamy na spacer :-) Bo słońce. Bo wiosna. Bo już tak ciepło. Bo wróble na balkonie :-) i rozbrykane koty marcowe w dzikim sadzie!
I miałam jeszcze napisać o piątkowym wieczorze z A. Przy tajskiej zupie i muffinkach z makiem. O wieczorze ważnych słów - tych o miłości do Dzieci, i tych o miłości do Muzyki... Bo A. to moja baaardzo pokrewna dusza, o czym przekonuję się w przy każdym spotkaniu z coraz większa mocą... Choć niby wiedziałam to od zawsze :-)
I o małej Tosi, z którą widzieliśmy się w piątek przed południem.

W każdym razie na spacer się nie wybieramy... A i opowiedzieć o tym wszystkim też nie dam rady teraz...

Bo - niestety – po całkiem dobrze zapowiadającym się poranku – niemal 39 stopni gorączki u M. Całkiem nagle!

Zostajemy więc…

M. słabiuteńki… Cichutki… Chwilkę temu zasnął… Zjadł ze dwa maleńkie bliny i pokornie przełknął łyżkę syropu przeciwgorączkowego… Trudno powiedzieć: trzydniówka czy też zabłąkany wirus… Nie wygląda to na zapalenie krtani, z którym walczy od kilku dni Tatuś M.
Zobaczymy…

Taki update. Wcale nie takiego poniedziałku sobie życzyłam…
Zatem na trzy cztery – reorganizacja planów na najbliższy tydzień…

Wam dużo lepszego życzę!!!

czwartek, 10 marca 2011

Pies. Przyjaciel.

No i pojawił się Przyjaciel.
Przytulny.
I nieodłączny.
Piesek.
Należy do Hani… I w tym największy problem ;-)
No nic, może uda się go przehandlować za jakąś lalę, hihi! No chyba, że uda nam się dostać podobnego! Na razie został nam jedynie wypożyczony ;-)
Ten piesek ma smycz. I chyba dlatego M. go tak bardzo lubi… Bo na każdym spacerze M. usilnie próbuwał przytrzymać Filipa na smyczy – zadanie jest oczywiście niewykonalne, wszak Filip jest niemal trzydziestokilogramowym myśliwcem ;-) I to o dużym temperamencie!  Za to ten piesek nie stwarza podobnych trudności ;-) I jak grzecznie idzie przy nodze!
Do tej pory M. nie wyrażał wielkiej miłości wobec przytulanek. Kosz pełen pluszowych zabawek (każda jedna cudna!) zamieszkał pod łóżeczkiem i czeka na lepsze czasy. Od czasu do czasu M. robił w nim 'przegląd'. ale jakoś żadna nie przykuła Jego szczególnej uwagi.
Ale piesek to piesek.
Przyjaciel i już…
Towarzyszy nam wszędzie. Również na spacerach.
M. demonstruje nawet jak piesek podnosi nogę w wiadomym celu ;-) I jak merda ogonkiem! Piesek z nami nawet je (ten, dla miłej odmiany, nie żebrze pod stołem!). Z własnej miseczki! Ostatnio M. postawił przed nim aż dwie! No tak, Filip również ma jedną na wodę, drugą na pokarm… Ech, nic nie umknie uwadze mojego Syna…

Teraz się zastanawiam, czy ja miałam w dzieciństwie pieska - przytulankę... Ten to chyba jakiś pasterski pies, prawda? Coś jakby berneński ;-)