środa, 21 grudnia 2011

21/24

Wczoraj wieczorem spadł śnieg...
Wyczarowałam go chyba.

Przez jakiś czas będzie tu u nas cichutko.
Nasz Kalendarz Adwentowy miał w tym roku niestety tylko 20 dni.
Dziś nad ranem zmarła Prababcia M.

Życzę Wam spokojnych i dobrych Świąt.
Dużo zdrowia.
Bo jest najważniejsze.
I czasu dla Najbliższych.
Żeby móc się Nimi jak najdłużej cieszyć.
Zawsze. Nie tylko w Święta.

Do zobaczenia.
I dziękuję za wszystkie komentarze pod ostatnimi postami.
Przepraszam, ale już nie zdążę na nie odpisać.

M.


wtorek, 20 grudnia 2011

20/24 * Dreidel, Chanuka i Smutny Król

Czasami w dreidla gramy :-) Zimową porą! 
Ten jest z Kalimby :-) 
I takiego polecamy Wam na długie wieczory...


No to może dziś taka piosenka? 
Też świąteczna.
'Elohai N'tzor' - przepiękna modlitwa hebrajska.
Na pierwszy dzień Chanuki! 
Bo to dzisiaj.



Święto Świateł - jedno z najpiękniejszych i najradośniejszych! Gdyby ktoś miał ochotę, to dziś po godz. 18-tej na Placu Grzybowskim zapłonie pierwsza świeca chanukowa. Byliśmy tam w zeszłym roku i jest to przemiła uroczystość - z muzyką i łakociami ;-) I z dobrą energią :-)





A tu Smutny Król. 
Wiem, że może ciężko w to uwierzyć (nawet mnie!), ale to w 100 proc. SAMODZIELNE dzieło M. 
Tak, jestem z Niego bardzo dumna! Baaaaardzo!!!


Miłego dnia!!!
I do jutra!

Trochę jestem zła, że tego śniegu brak. Dziś o 20-tej wybieram się z A. na świąteczny koncert DeeDee Bridgewater :-) Marzyłyśmy o innej scenerii... Bo po koncercie planowałyśmy spacer zaśnieżoną i rozświetloną Starówką, a potem grzane wino na Piwnej w Gwiazdeczce. Ech, no może nas jeszcze ten śnieg zaskoczy dzisiaj? Kto to wie? Meteorolodzy tak często się mylą ;-)

Dee Dee Bridgewater to ta Pani:



W jednym z moich ulubionych w jej interpretacji kawałków :-)
Do tej pory byliśmy na jednym koncercie Dee Dee i było to niezapomniane przeżycie!!! Osobowość i fenomenalny wokal! Plus energia aktywnego wulkanu!!!

No to raz jeszcze miłego dnia!

poniedziałek, 19 grudnia 2011

19/24 * JS 19.12.1915

19.12.15
Dokładnie 96 lat ma moja obrączka...
A wygrawerowane na niej inicjały JS są inicjałami Pradziadka Tatusia M.
Jana.
Obrączkę przez 64 lata nosiła na serdecznym palcu Praprababcia M.
Weronika Janina.
Razem z Janem tworzyli szczęśliwe małżeństwo przez 61 lat.
To chyba dobra wróżba...
Dostałam tę obrączkę w prezencie od Mamy Tatusia M.
Pasowała idealnie!
Zachowała się tylko ta, w związku z czym Tatuś M. nosi podobną, ale współczesną. Choć podobną tylko kształtem ;-) bo ta Jego jest z białego złota.
Do obrączek i do złota stosunek miałam wcześniej hmm... ambiwalentny.
Jeszcze przed ślubem uważałam, że obrączkują się tylko gołębie ;-) i razem z Tatusiem M. byliśmy zdania, że zaraz po ceremonii obrączki ściągniemy, hahaha!
Ale zdanie zmieniliśmy ;-)

Uważam, że moja obrączka jest piękna.
I mam nadzieję, że kiedyś tam przekażę ją w spadku swoim Prawnukom :-)
Albo ktoś to zrobi za mnie.

Rocznicę ślubu obchodzimy więc podwójnie :-)
W grudniu i w sierpniu.
A ja lubię sobie wyobrazić ten grudniowy, mroźny ranek, 1915 roku.
Może sypał gęsty śnieg, a może niebo było bezchmurne jak dziś?
Panna Młoda i Pan Młody, stremowany drużba i obrączki, które przechowywał pewnie w którejś kieszeni...
Pewnie byli równie przejęci jak my przeszło 90 lat później :-)
Tylko czasem zapominam, że trwała wojenna zawierucha wtedy. W o ileż szczęśliwszych czasach przyszło nam żyć!

Poproszę jutro Babcię M. o ślubne ich zdjęcie. Prapradziadków M. Chyba powinnam, oprawione, postawić w naszym Domu.
Jak myślicie?

Teraz dopiero zauważyłam, że na zdjęciu obrączkę położyłam 'do góry nogami' ;-)
Więc 'do góry nogami' prezentuje się zarówno wygrawerowana data ślubu Prapradziadków M., jak i inicjały!
Ale niech już tak zostanie ;-)

Miłego dnia!

Ach, no i piosenka świąteczna nr 19 :-)
W dniu ślubu Prapradziadków M., dokładnie 19 grudnia 1915 roku urodziła się Edith Piaf. Może więc coś takiego? Niczego gwiazdkowego w jej repertuarze nie znalazłam ;-) ale utwór jest bardzo a'propos :-)



Dużo dobrego na dziś!

A właściwie co mi szkodzi wrzucić jeszcze jedną piosenkę ;-) Skoro i tak mam ich nadmiar i każdego dnia muszę dokonywać selekcji... Wiec niech będzie standard - we wspaniałym wykonaniu Shirley Horn. Tak śpiewać... Tak niespiesznie, leniwie i pięknie...


Raz jeszcze : miłego dnia!


niedziela, 18 grudnia 2011

18/24

Dziś już tylko piosenka... 
Na zakończenie baaardzo intensywnego weekendu :-) 
Śniadanie u Delie było wyśmienite, a oświadczyny zostały przyjęte ;-) 
To tak w największym skrócie. 
Ale proszę nie łączyć tych dwóch wątków, hahaha!
Przewracam się ze zmęczenia, a to jeszcze nie koniec atrakcji na dziś...

Piosenka taka...


Z przepięknej świątecznej płyty Al Di Meoli 'Winter Nights'.


Dobranoc...

sobota, 17 grudnia 2011

17/24 * Zaręczyny i noc mandarynkowych lampionów :-)


Dziś u Ewy i u Delie NOC MANDARYNKOWYCH LAMPIONÓW :-)
Pamiętacie?
Punkt dwudziesta!
Ach, sama się nie mogę już doczekać :-)

Na ten wieczór zatem specjalna piosenka świąteczna.
Stara, piękna, ukraińska kolęda...
Którą naprawdę uwielbiam!
Tu w wykonaniu pewnej świetnej grupy z Oregonu :-)



A co u nas?
Od rana bieg z przeszkodami, hahaha!
Za chwilę kolejne przedświąteczne spotkanie :-) Którego M. już się nie może doczekać!
A ja przed południem brałam udział w zagadkowej grze ulicznej ;-) czyli najbardziej odjazdowej imprezie urodzinowo-zaręczynowej ;-)
Zaręczyny miały być niespodzianką, haha, przewidzianą na sam koniec rajdu...
A czy zainteresowany usłyszał TAK ;-) dowiemy się jutro, kiedy zjawią się u nas na gwiazdkowym obiedzie ;-)
O ile się zjawią, hahaha!
Ale wcześniej wybieramy się na naleśnikową ucztę śniadaniową. Dosłownie za miedzę ;-) W odwiedziny do pewnego Chłopca!

OK, to do jutra!





piątek, 16 grudnia 2011

16/24 * Bez śniegu...

OK, widziałam prognozy. Szanse na śnieg zerowe. Do końca roku. Na deszcz za to spore. Super.
Więc już wiem, czego będzie mi brakować...

Otrzepywania i omiatania zasypanych śniegiem ubrań i butów.
Tego tupania przed drzwiami ;-)
Wielkich brudnych kałuży pośniegowych w przedpokoju może nieco mniej ;-)
Zaróżowionych od mrozu policzków...
I apetytu na gorącą herbatę z cytryną.
Wron za oknem - jakoś lepiej je widzę, kiedy wokół biało, haha!
Ciężkich i miękkich śnieżynek na rękawach płaszcza.
I na języku, który zawsze wystawiam, gdy sypie ;-)
I tych drobinek wirujących mi będzie brakowało - tych, które tak pięknie tańczą wokół latarni na Starej Ochocie i Żoliborzu.
A za naszymi oknami roześmianych dzieciaków na sankach.
Bo mamy tu saneczkową górkę w naszym starym sadzie.
I lodowisko - nieduże, ale za to oświetlone! Kiedy robi się chłodniej gospodarze budynków wylewają wodę na małe, ogrodzone niską rampą, boisko.
Ktoś nawet w zeszłym roku rozwiesił girlandy światełek na drzewach wokół lodowiska!
Więc będzie mi brakowało tych roześmianych i rozszczebiotanych dzieciaków na łyżwach.
Na sanki też się raczej nie wybierzemy w najbliższych dniach :-(
Mimo wszystko jednak, mimo braku śniegu,  i tak jest fajniej niż w LA na przykład ;-) Bardziej świąteczny mamy krajobraz, mimo wszystko!
A sprzedawcy choinek powoli rozkładają swoje stoiska na okolicznych skwerach...

Ale żeby tak bez grama śniegu? Nie no, nie da się!

Ludzie, zróbmy coś z tym!
Został już tylko tydzień!

Wybieramy się dzisiaj na Hożą. Do Galerii Grafiki i Plakatu. Fajna wystawa!
A potem jeszcze jakieś drobne zakupy.
Wysłaliśmy kartki świąteczne. Prawie wszystkie hand made ;-) Oj, sypnęło się brokatem, sypnęło ;-)
A na oknie balkonowym przykleiłam wycinanki. Takie :-)
No i czarujemy jak się da, ale bez śniegu nam łatwo nie idzie...
Tyle, że chociaż piękne słońce od rana!

A jutro będzie o zabawkach :-)
Moich i Tatusia M.
Za to dziś jeszcze piosenka. Nr 16 ;-)
No, w takim wykonaniu to jest coś! Nie mogło przecież zabraknąć tego kawałka, hahaha!



W wersji Wham! to już sobie zaaplikujcie sami ;-)

Miłego dnia!

PS A mój Syn w tej chwili tańczy właśnie na stole do jakiegoś radiowego kawałka T.Love ;-) Dobrze nam się dzień zapowiada, haha!

czwartek, 15 grudnia 2011

15/24 * Różności :-)

No to zwalniamy trochę...
Wyciszamy...
Ja czytam nową Munro.
M. czyta Słoniątko. Piękna jest ta książeczka. Bardzo ją lubimy.
Słuchamy sobie Hilliardów i robimy wycinanki :-)
Tatuś dzisiaj na galowo, więc jesteśmy do wieczora sami...
Właściwie do jutra.
A ja zamierzam upiec szarlotkę.
Strudla z cynamonem.
Albo murzynka.
Sama jeszcze nie wiem.
Bo po południu nadciągną 'posiłki' ;-) czyli Ciocia A.
Już za chwilę Pani Doktor :-)
Zerkam w terminarz.
Gęsto.
Jeszcze kilka spotkań przedświątecznych.
Uwielbiam je.
Te z Przyjaciółmi.
Przy różnych stołach, w różnych kombinacjach towarzyskich.
Z drobnymi upominkami, które sobie wręczamy :-)
Z gwiazdkową oprawą muzyczną.
Z przedświątecznym menu!
I z naleśnikami w niedzielę ;-)
Dziewięć dni, siedem spotkań.
I jeszcze koncert świąteczny we wtorek :-)
I może teatr.
A w sobotę niespodzianka-party!
Fajnie :-)

W te Święta wszystko będzie inaczej.
I po raz pierwszy :-)
A może tylko tak mi si e wydaje?
I trochę się cieszę, a trochę obawiam...
Będzie dobrze!
Będzie dobrze!
Muszę sobie tak powtarzać ;-)

Spałam dzisiaj trzy godziny...
O dużo za mało.
Późno wróciłam. I zamiast się położyć, obejrzałam po raz enty 'Lost in Translation', czyli 'Między słowami'. Scena po scenie. Na wyrywki. Bardzo lubię ten film. Tak a'propos kłopotów ze snem ;-)
Ach, i byłam w końcu na 'Drive'! Zupełnie nie rozumiem, o co chodzi z tym Goslingiem - ale tak, też się na to robię ;-) Obłędny jest! A w dodatku mam wielkie poczucie krzywdy ;-) bo teraz wszyscy kochają Goslinga, a to ja byłam pierwsza!!! Dawno, dawno temu... Był fenomenalny w 'Fanatyku' i w 'Stay' (z Ewanem McGregorem), ale ja go pokochałam dopiero od filmu 'Half Nelson' :-)
A jeśli mowa o pięknych i zdolnych ;-) to widział już ktoś może 'Wstyd' ('Shame') z Fassbenderem? Ponoć rewelacyjny! W PL premiera dopiero pod koniec lutego :-(
Tyle o kinie.
Muzyka teraz!

Dzisiaj zagramy po polsku :-) Komeda/Młynarski. Szara kolęda.



Znacie? My śpiewamy już od kilku dni :-)

A'propos kolędy. I tekstu do niej...
Zawsze mi się wydawało, że szare oczy to nic pięknego...
Teraz zdają mi się najpiękniejsze.
I u kobiet, i u mężczyzn.
No, zaraz po bursztynowych oczach mojego M.
Odcień whiskey ;-)
A może ma już bardziej piwne? Każdego dnia zdają mi się inne...
Kiedyś były nawet błękitne.
Dziś czasami zielenieją.
Kiedyś sądziłam, że będzie miał jasne po mnie ;-)
Ciemne włosy i jasne oczy.
A teraz jest blondynem o bursztynowym spojrzeniu, haha!
Chociaż włosy Mu lekko ciemnieją!

Zapamiętujecie kolor oczu rozmówcy? Ja bardzo rzadko...

Dobrego dnia!
Spokojnego.




środa, 14 grudnia 2011

14/24 * O ubieraniu między innymi ;-)

Ach, nie pochwaliliśmy się jeszcze chyba naszym adwentowym kalendarzem! 
Handmade by Babcia :-) 
Piękny, prawda?
Kalendarz wisi nad łóżeczkiem M. i oprócz karteczek z zadaniami (dla mnie i Tatusia M. głównie, haha!), w każdym 'okienku' znajduje się mały pierniczek :-)  Domowej roboty oczywiście!
Żeby chociaż troszkę osłodzić poranki :-)



Wczoraj w końcu nie udało mi się dotrzeć wszędzie tam, gdzie planowałam ;-) Ale i tak  fajnie było! Przedreptałyśmy z Małgosią i naszymi Chłopakami kawał Warszawy, utwierdzając się tylko w przekonaniu, że mieszkamy w naprawdę ładnym mieście! A tak!
Nie zdążyłyśmy tylko już tej kawy łyknąć w Piątej Ćwiartce :-( To już w Nowym Roku! Poza tym ile tych kaw dziennie można wypijać? ;-)
Za to pokręciłyśmy się trochę po Ogrodzie Krasińskich, zagrzały na Nowym Mieście w jednym z najfajniejszych miejsc dla Mam /Tatusiów i Dzieci, pomarudziły pod Parkiem Fontann, że fajniej by było, gdyby fontanny teraz zamrozić i urządzić lodowisko ;-) a potem pognały Powiślem aż pod Most Poniatowskiego. Ot, taka mała wycieczka z dwoma wózkami...
No i jeszcze zebrałyśmy całe garści rajskich jabłuszek u stóp Starego Miasta - będą w sam raz na choinkę!
I trochę po drodze wygrzałyśmy buzie w słoneczku! Fajnie, naprawdę fajnie!

Dziś taka piosenka :-) Ze świata! Na słoneczne dzień dobry! Bo słońce za oknem niesłychane :-) Połowa grudnia, a my wciąż w jesiennych płaszczach. Nieźle!





Lubicie Angélique Kidjo? Ja bardzo!
Angélique Kidjo pochodzi z Beninu. Od lat mieszka w Nowym Jorku, ale gdyby ktoś zatęsknił za duchem Afryki, to bardzo zachęcam do płyt tej wokalistki! Dodają energii. A ja jej dzisiaj potrzebuję bardzo!

***

Ech, jeszcze tyle godzin dnia przede mną... A tak bardzo chciałabym się już położyć ;-) Naprawdę! Spałam dzisiaj chyba trzy godziny ledwie...
W dodatku na myśl o spacerze wcale się nie uśmiecham, choć pogoda zachwycająca.
Wydłużają się minuty przed każdym naszym wyjściem - M. przez 2,5 roku nigdy nie zaprotestował podczas ubierania. Po kolei, koszulka, sweterek, rajstopki, spodenki... Zero złości, maksiumum cierpliwości. Nawet jako niemowlę! Bardzo nam to ułatwiało sprawę ;-) Mierzenie ubranek w sklepie było czystą rozkoszą- dwunasty kombinezon do założenia - proszę bardzo! Wszystkie matki mi zazdrościły, a panie sprzedawczynie patrzyły z uznaniem ;-) A ja, na widok dzieci wijących się podczas mierzenia ubranek niczym w przykrych konwulsjach, uśmiechałam się z wyższością ;-)))
No i proszę, oto nadeszła zasłużona kara!
M. kaprysi już od świtu! Ta bluzeczka tak, ta nie! Właściwie na tak są tylko cztery: z tunią (zielona z patchworkowym motocyklem), z kła (pomarańczowa z dinozaurem), jedna w paseczki i jedna z ciuchcią. No jeszcze ta, którą udało Mu się wcisnąć dzisiaj - z niedźwiadkiem ;-)
Spodnie jako tako, natomiast rajstopy tylko w kropki, gładkie albo z ijo-ijo ;-) W paski nie! A takich mamy oczywiście najwięcej.
Majtki też tylko niektóre ;-)
Kurtka, szalik, czapka - karczemna awantura podczas zakładania!
Buty - to zależy od humoru...
Nie muszę chyba dodawać, że sama podczas ubierania M. rozbieram się niemal do bielizny ;-) bo po kwadransie użerania się z tym moim najrozkoszniejszym stworzonkiem sama spływam potem ;-)))
W dodatku gdzieś ostatnio przeczytałam tekst o dziecięcych traumach i o tym jakim potwornym pogwałceniem dziecięcej cielesności jest przymus podczas ubierania... Że to straszliwa forma przemocy. Więc proszę, uspokajam, staram się przeobrazić ubieranie w zabawę, zawody...
Ech, żeby tak było teraz lato - w samych skarpetkach bym Go wypuściła ;-)

No dobra, zmykam już ;-)
Do Domu wrócę pewnie koło północy dopiero...

Miłego dnia Wam życzę!



wtorek, 13 grudnia 2011

13/24 * Święta Łucja

Świętej Łucji...

Niech światło rozjaśnia wszystkie nadchodzące dni :-)
A ta trudna data zamiast dzielić, niech łączy.
Tyle dziś ode mnie.
Od nas.

Życzę Wam pięknego wieczoru w blasku świec...
I może przy takim na przykład akompaniamencie :-) To chyba po norwesku, nie po szwedzku, no ale załóżmy, że Dzień Świętej Łucji to ogólnoskandynawskie święto ;-)
Dzisiaj więc świątecznie!
Torun Eriksen - jeden z piękniejszych głosów, taki ciepły i spokojny... Ach, jakbym chciała umieć tak śpiewać. Właśnie tak!


Dobrego dnia!

My uciekamy na Stare Miasto zaraz :-) A potem jedziemy odwiedzić dwa przedszkola, o których marzymy dla naszego M. :-)
Zostawiam Wam jeszcze coś w prezencie. W podziękowaniu za wszystkie wczorajsze miłe komentarze i maile :-)
Theo Bleckmann raz jeszcze! W jednym z moich ulubionych utworów Kate Bush.




poniedziałek, 12 grudnia 2011

12/24 * Dla ucha :-)




Płyty kupujemy z tych samych powodów, z których wolimy czytać pięknie wydane książki zamiast kserówek ;-)
Wiem, wiem, wiem... Z płytami jest trochę inaczej.
Rynek muzyczny przeobraził się kompletnie i ponoć nawet już zamknięto słynny Virgin Store na nowojorskim Times Square... To chyba nie plotki, prawda?
Prawie nikt już płyt nie kupuje...
Młodszy (dużo młodszy) brat mojego Męża patrzy na nas jak na przybyszów z kosmosu, kiedy chwalimy się jakaś nową płytą i zachwycamy dołączonym do niej bookletem ;-)
Dla M. płyta kompaktowa z muzyką będzie tym samym, czym dla mnie były taśmy szpulowe moich Rodziców.
No trudno... Czasem nie przystaję ;-)
Smutny to będzie dzień, w którym zostanie wyprodukowana ostatnia płyta CD z muzyką...
Bo podobnie jak w przypadku książki, oprawa graficzna, wizualna, może mieć niemałe znaczenie dla odbiorcy.
Póki co, cieszymy się jak dzieci każdą nowością pochodzącą z legendarnej już, mocno niszowej, wytwórni Winter&Winter. Chyba mojej ulubionej.
Ciężko mi wytłumaczyć, na czym polega jej fenomen...
Każda z płyt pochodzących z Winter&Winter to muzyczne cacko. Muzyczne i edytorskie. Mamy osobną półkę z nagraniami W&W. Ogromną przyjemność sprawia już samo wzięcie do ręki tych charakterystycznych digipacków - karbowana faktura okładki, naklejane zdjęcia, piękny booklet, fotografie, krój czcionki, papier... Ach!

Najwięcej płyt z  naszej kolekcji W&W pochodzi z Odeonu - kiedyś przy Hożej, oprócz części z książkami, było też stoisko z muzyką... Bardzo lubiłam dostawać w prezencie od Tatusia M. płyty z tej wytwórni :-) Wciąż lubię!
Czasami sama sobie kupowałam jakąś. Największa część naszej kolekcji pochodzi z lat studenckich - ech, pamiętam, że na te płyty miałam specjalny fundusz ;-) Nie były tanie! Tak, trochę dziwną byłam studentką, haha! Ale na używki też trochę pieniędzy wydawałam, dont worry ;-)
O samej muzyce W&W ciężko mi tu skreślić parę słów, bo jest tak różna - liczne style i gatunki: trochę jazzu, muzyki autorskiej, tzw. new music, teatr, kabaret, muzyka poważna, transkrypcje i zupełnie 'odjechane' aranżacje, jak np. te Uri Caine'a.
Wszystko na najwyższym poziomie, dopieszczone artystycznie, brzmieniowo, edytorsko. No majstersztyk!
Gdyby ktoś był zainteresowany - odsyłam tu! Zachęcam! Fragmentów płyt można posłuchać zazwyczaj tu czy tu. Trochę kłopotu może być z kupnem poszczególnych tytułów - nie wszystkie są rozprowadzane w Polsce, niestety...

OK, już nie zanudzam ;-)

W każdym razie - ta właśnie wytwórnia wydaje płyty niezwykłego wokalisty: Theo Bleckmanna.
Tu możecie poczytać więcej o tym artyście.
Fenomenalny jest!
I piekielnie interesujący ;-)
Najnowszy jego album znalazłam pod poduszką :-)
To płyta z utworami... Kate Bush. Ale jak zaśpiewanymi! Jak zaaranżowanymi!
Przyznam szczerze, że po początkowych taktach pierwszego utworu z tej płyty poczułam na plecach ciarki... I stan ten utrzymywał się aż do utworu ostatniego...
Ciekawa jestem Waszych wrażeń?
Posłuchajcie w spokoju...



Jak już mówiłam, nie jest to klasyczna piosenka okołoświąteczna... No ale nie mogłam się powstrzymać...
Jak ta piosenka brzmi, jak się rozwija, jaki ma aranż, jakie brzmienie ma głos Bleckmanna... I jak cudownie się rozpędza po czwartej minucie. Posłuchajcie!
Poza tym jakoś tak pięknie współbrzmi ta muzyka z ostatnim albumem samej Kate :-)
Od którego też się nie możemy uwolnić.
Utworem z niego rozpoczęłam mój tegoroczny kalendarz adwentowy!

***

Ech, zupełnie zwariowany tydzień przede mną. Muszę do Świąt pozamykać mnóstwo spraw pozadomowych. Mnóstwo! Więc obawiam się, że mało nas tu będzie w najbliższych dniach... Ale o muzycznym kalendarzu nie zapomnę :-)

 A zdjęcie sprzed roku...

Miłego wieczoru!



niedziela, 11 grudnia 2011

11/24 * Dla oka :-)

- Narysujesz mi Świętego Mikołaja? - pytam M.
- Tak, mamo!
Oto więc i Święty :-)

I Jego sanie :-)

Choć być może przybędzie do nas koleją... Kto to wie?


Więc o torach nie można zapomnieć :-)

A być może Święty Mikołaj ma własny samochód? Taki ja ten powyżej, na przykład ;-) Bo co przedstawia rysunek poniżej to nie mam pojęcia...
 I jeszcze seria portretów.
Ja rysuję głowę i korpus z kończynami - M. wszystko inne!!!
Proszę zwrócić uwagę na uzębienie :-)
I owłosienie ;-)


 Ten po lewej to Tatuś M. ;-)
Trzy razy się upewniałam, czy na pewno, haha! 
A Mamusia podobno to ta po prawej... Bez uszu i nosa :-(

 A rysunek powyżej (po prawej) przedstawia KŁA, czyli smoka/dinozaura :-)
No a ten fajerwerki! Ale to było łatwe ;-)

  A tak kończą bardzo ważne dokumenty Taty ;-)))


Dziś uczta da oka ;-)
Jutro dla ucha!
Nie, nie będziemy Wam śpiewać kolęd ;-) Takie atrakcje to może za rok?

Ale jutro wieczorem zapraszam naprawdę na muzyczną ucztę.
Zaśpiewa pewien niezwykły mężczyzna...
Piosenkę nie do końca świąteczną co prawda, ale co tam... 
Za to bardzo nastrojową.
Piosenkę z płyty, którą znalazłam parę dni temu pod poduszką :-)
I płyta ta stała się moim największym chyba w tym roku muzycznym olśnieniem...
I może dlatego, że spod poduszki, to teraz mi się śni... Ta muzyka i ten głos... 
Wyobrażacie sobie? 
A wcale nie tak często śnią mi się dźwięki...
Ale ten głos elektryzuje. I po prostu zniewala...
Do tego nieziemskie aranże...
I utwory, które tak bardzo dobrze znam... Ale które właśnie zaczynam czytać na nowo...
Ale to wszystko jutro!

Na razie posłucham tej płyty jeszcze w samotności :-)
Tym bardziej, że moi Chłopcy na trochę zniknęli...
Chwila wytchnienia po intensywnym przedpołudniu.
Trochę dźwięków, trochę ciszy i... sporo pracy niestety.
Ale czasami praca bywa wytchnieniem. Naprawdę...

Tyle napisałam o tym, co zabrzmi jutro, ale nie zapomniałam o dzisiejszej piosence.
Niech będzie lekko i uroczo :-)
Niech będzie Holly Cole!
Którą uwielbiamy! I której koncert z bodaj 2005 roku wspominamy jako jeden z najznakomitszych, na jakich mieliśmy szczęście być :-) 
I na której koncert w maju 2009 nie dotarliśmy, bo dokładnie w dniu koncertu zechciał na świat przyjść nasz M.
Na cztery dni przed wyznaczonym terminem ;-)
A liczyliśmy na Jego punktualność, kupując bilety na koncert, hahaha!
No trudno... Może jeszcze zobaczymy ją live!

Tu w żartobliwej wersji jednej z moich ulubionych piosenek świątecznych.

Trochę mi niewygodnie z tym, ze głównie (choć nie tylko) promuję muzykę spoza Polski. Już tłumaczyłam się w zeszłym roku - po pierwsze ciężko bardzo wyszperać coś w sieci, po drugie te muzyczne tradycje okołoświąteczne są w PL dużo skromniejsze (kolędy i pastorałki to jednak coś innego niż anglosaskie piosenki o śniegu i zimowej atmosferze gwiazdkowej), a po trzecie - od lat szukam czegoś, co naprawdę mnie zachwyci i... niestety. Kilka nieśmiertelnych, ulubionych staroci, które wszyscy znamy (a ja tu jednak chcę przybliżyć Wam coś nowego/innego/mniej popularnego), a jeśli chodzi o bardziej współczesne brzmienia - nic! Ale może się mylę? Może znacie coś godnego polecenia? Jestem szczerze zainteresowana... Również z wydawnictw muzycznych dla dzieci! Bo z tym to prawdziwy dramat - poza sympatyczną świąteczna Arką Noego nie znalazłam niczego, co by mi odpowiadało również w warstwie muzycznej. A w krajach anglosaskich to prawdziwy przemysł taka muzyka świąteczna!!!

OK, to miłego wieczoru!
I do jutra!

Ach! Piosenka ;-)















sobota, 10 grudnia 2011

10/24 * W biegu :-)


W biegu :-)
Naprawdę w biegu...

Ale nie zapomniałam o piosence świątecznej!
To już dziesiąta odsłona mojego Adwentowego Kalendarza Muzycznego :-)
Czas leci...
Dziś wyszło słońce. Wybraliśmy się we trójkę na długi, długi spacer :-) I po drodze na świąteczną kawę!
Gwiazdka już za dwa tygodnie!

Nie pamiętam, czy w zeszłorocznym kalendarzu znalazł się ten jig. Jeśli tak, posłuchajcie go raz jeszcze ;-)
Jest fenomenalny! Jeśli dziś macie w planach - tak jak my - pieczenie pierników, to jest to idealny podkład muzyczny!
Do tańca przy grzanym winie również ;-)
Przy okazji polecam tę płytę. Na Święta i nie tylko!



To do jutra!


piątek, 9 grudnia 2011

9/24 * Lirycznie

No to może jeszcze tak...

Śniegu,
Baranku Boży!
Gładzisz grzechy świata
I białymi lokami brzydotę rozmiatasz…

(fragm. wiersza Do śniegu M. Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej)


Śniegu, przybądź!!!
Odrobinkę chociaż naprósz... Dla urody miast...

Zaklinajcie ten śnieg, zaklinajcie!
Bo ten deszcz za oknem to jakieś nieporozumienie...
Żeby 9 grudnia paradować w kaloszach? No dajcie spokój...

Zapowiedziałam, ze będzie lirycznie, więc słowa dotrzymam.
Bożonarodzeniowa Kołysanka Arvo Pärta.
We wspaniałej aranżacji i wykonaniu zespołu Jordiego Savalla.
Parę tygodni temu zmarła przepiękna Montserrat Figueras - jego ukochana żona, muza i wybitna katalońska sopranistka. Najważniejszy głos niezwykłej (częściowo rodzinnej) formacji Hesperion XXI. Zerknijcie tutaj, jeśli interesuje Was muzyka dawna. Zerknijcie też, jeśli do tej pory muzykę dawną omijaliście szerokim łukiem. Bo warto to zmienić! Są fenomenalni! A sama muzyka dawna ma w sobie niesłychaną moc i urodę. I wydaje mi się wprost idealna na Święta... Mamy sporą kolekcję płyt Savalla - znakomite są te z muzyką Orientu, z muzyką celtycką, z muzyką z Nowego Świata, z pieśniami katalońskimi... Jedną z pierwszych w naszej kolekcji była ta z kołysankami. Często słuchałam tej płyty kiedy byłam w ciąży, pamiętam :-)
I jakoś tak przykro ogromnie mi się zrobiło, kiedy usłyszałam o śmierci Figueras...

Posłuchajcie zatem dziś kolędy...
Najlepiej na słuchawkach!



Ten wspaniały głos to oczywiście nieodżałowana Montserrat Figueras.
Gdyby ktoś chciał poczytać więcej na Jej temat - odsyłam tu i tu.

Do jutra!
Co robicie w weekend? Pieczecie pierniki? Malujecie bombki? Szukacie prezentów? My pewnie wszystko po kolei i jeszcze dużo więcej...  I musimy sanki kupić! Dla M. :-) Bo z poprzednich wyrósł! Polecacie jakieś? Dla 2,5-latka: metalowe czy drewniane?

czwartek, 8 grudnia 2011

8/24 * Taki dzień...

Jak ładnie z moich okien potrafi zima czasami wyglądać...
No nie dzisiaj, niestety.
Dzisiaj obraz makabryczny. Bury i deszczowy...
Mimo to wybraliśmy się na długi spacer.
I zmokliśmy.
Same takie wspaniałości dziś ;-) Od świtu...

Przed chwilą zawiesiliśmy z M. kolejne światełka - tym razem na naszym mocno obeschłym fikusie ;-)
Lichy ten fikus, aż patrzeć przykro - od lat wydobrzeć nie może... Miejsce chyba mu nie służy, sama nie wiem...
M. ozdobił go girlandą i kilkoma szyszkami...
I tak marne to drzewko, nic mu chyba nie pomoże :-(

O nowych wyrazach miałam coś napisać...
Nawet prowadzę specjalny zeszycik, w którym zapisuję wszystkie te zabawne słówka :-)
Teraz absolutnym hitem jest 'fo' (czyli foka), 'klauna' (czyli klaun oraz... krasnoludek!), oraz piknik (czyli piknik) ;-)
No i 'pimpin', czyli pingwin :-)
Wydłużają się też zdania. 
To jest moja Mama. To jest mója Tata. To jest mója haua. I moja Babcia/Ciocia/itp.
Generalnie wszystko jest 'móje' ostatnio. Albo moje. Tzn. Jego ;-) I wkurza się niemiłosiernie, kiedy próbuję Mu tłumaczyć (i zaprezentować), na czym polega współwłasność ;-)

Z tym mówieniem to jest tak, że czasem wprost zalewam się łzami, bo wciąż tego niewiele... Tzn. M. wszystko rozumie, komunikuje się z nami (i nie tylko z nami) bezbłędnie, ale...
Ale...

OK, wiem, wiem, wiem... Więc już nie marudzę ;-)

No dobra, taki dzień.
Mętny pod każdym niemal względem.
Od rana jak w slapsticku ;-)
No bo kiedy M. pociągnął za sznur ze światełkami, to lampa wylądowała na podłodze... Kiedy ją podnosiłam, M. zabrał się za przesuwanie doniczki. Z której oczywiście wysypała się ziemia. Na naszą sofę, naturalnie ;-) A kiedy zabrałam się za usuwanie (czyt.: rozmazywanie) plam, M.wybrał się z wizytą do kuchni. Niby szczytny był cel tej wizyty, bo chciał odnieść swój kubeczek i (na to wygląda) dolać sobie wody... No więc powódź ;-)
I tak dalej, i tak dalej...

W tej chwili udaje niewiniątko i układa swoje pluszowe zabawki w szeregu - do snu je szykuje najwyraźniej... Mam wielką nadzieję, że niedługo sam zamarzy o spoczynku ;-)
A wtedy ja będę mogła... nie, nie odpocząć. Niestety nie :-(
Ale OK, miałam nie marudzić.
Może jutro będzie lepiej?
Na razie życie mi ratują lampiony, które W NAGRODĘ zapalam (i pozwalam M. zdmuchiwać!) - tylko dla lampionów M. jest w stanie bez awantur posprzątać z podłogi zabawki, założyć rajstopy albo dokończyć zupę jarzynową...
Och, jakie ja mam ciężkie życie...

;-) 

PS 'Szpiega' jeszcze nie widziałam, za to obejrzeliśmy 'Dług' z Helen Mirren i z Jessicą Chastain (grała główną żeńską rolę w 'Drzewie życia' Terrence'a Malicka). Może nie jest to film wybitny, ale kawał porządnego kina. Więc w sumie polecam.

Ach, i jeszcze piosenka świąteczna. Ech, no aura kompletnie temu mojemu Kalendarzowi Adwentowemu nie sprzyja :-(  No ale próbujmy. Takie coś znacie?


Idealna płyta na ten okres tuż po Świętach :-) Kiedy mocno rozluźnieni przyjmujemy miłych gości. Do słuchania pod makowczyk. I pod koniak ;-) Albo sherry, jak kto woli!

Miłego wieczoru! I do jutra!
Będzie odrobinę lirycznie :-)

środa, 7 grudnia 2011

7/24 * I trochę o imionach :-)

No i co z tą zimą?
Tu i ówcie poprószyło, a tutaj wciąż jesień...
Taka właśnie jak na zdjęciach - słoneczna i stosunkowo ciepła :-)

A mnie właśnie siadł humor...
Zresztą, że siadł to mało powiedziane.
Wściekła jestem i częściowo zrozpaczona...
Z przyczyn fotograficznych :-(
I nie tylko...


Miałam napisać o nowych ulubionych słówkach M., ale to może jutro, OK?

Za to dzisiaj piosenka niezwykła...
Nie do końca świąteczna, nie do końca zimowa nawet ;-) ale co tam - nastraja adwentowo! A o to chodzi z tym moim kalendarzem, prawda?

Jeden z najpiękniejszych utworów Niny Simone.
Posłuchajcie, proszę...
Może Was ukoi.
Może mnie ukoi?





Nina.
Piękne imię, prawda?
Może bym tak nawet dała na imię córce... Gdybym Ją miała ;-)
A może kiedyś?
Kto to wie?
Nina była jednym z imion, które braliśmy pod uwagę jeszcze przed narodzinami M.
Tzn. które Tatuś M. brał pod uwagę ;-) bo ja od początku wiedziałam, że to będzie Chłopiec :-)
Naprawdę!
I jeśli chodzi o imiona, to z męskich była jeszcze jedna propozycja, choć M. było naszym typem już wiele lat wcześniej...
Za to z imieniem dla ewentualnej Dziewczynki mieliśmy nie lada problem...
Tatuś M. chyba się w pewnej chwili zaczął modlić o Syna ;-) - kiedy w którymś momencie zaczęły mi się podobać różne imiona 'ogrodnicze' i 'spożywcze' ;-)
Ale z niespożywczych to jeszcze w grę wchodziła Julia chyba :-) I Lidia. I Klara :-)
To ostatnie kojarzy mi się z zadziorną, uroczą dziewczynką z warkoczami! Taką, co po drzewach się wspina! Odrobinę pyskatą ;-) Taką córeczkę mogłabym mieć ;-)
Teraz piękne wydaje mi się imię Anna. Takie niepretensjonalne, a jednocześnie wdzięczne. I eleganckie.
Tak sobie o tych imionach myślę w kontekście burzy mózgów w domu K. Bo jeszcze nie zapadła ostateczna decyzja dotycząca imienia dla trzeciej kuzyneczki M., która w kwietniu ma przyjść na świat :-)

A jak Wy? Lubicie swoje imiona? Ja własnego kiedyś nie znosiłam ;-) a teraz uwielbiam je! Choć i tak dla wielu, nie tylko dla Was, jestem Maggie ;-)
Tak się do mnie zwraca Tatuś M. oraz całe moje kuzynostwo!
I niektórzy znajomi.
Lubię moje imię, bo ma wiele fajnych zdrobnień, a w wersji pełnej też brzmi OK :-)

No to jak z tymi imionami? Waszymi, Waszych Dzieci...

Dobra, zmykam...
Bo w sumie to w pracy jestem ;-)

A Wy przed snem posłuchajcie Niny Simone!
A jak w końcu spadnie śnieg, to zaśpiewają renifery ;-)
Dopiero wtedy.

Do jutra!


wtorek, 6 grudnia 2011

6/24 * Mikołajki

To dziś może coś lżejszego ;-)
Wszak to Mikołajki!
Mam nadzieję, że każdy znalazł pod poduszką jakąś miłą niespodziankę. O ile na taką zasłużył, jasna sprawa ;-)

Nasz M. rano tak się rozpędził w poszukiwaniach (może poczuł niedosyt po tym, co znalazł w skarpecie, hehe!), że wyciągnął spod łóżka swój prezent... gwiazdkowy ;-) Tak głęboko zanurkował!
Cóż było robić?
Odpakować, hahaha!

Dwa zdjęcia zaledwie z niedzielnych Piernikaliów...
Pstryknęłam niewiele więcej.
Za to nakręciłam kilka filmów :-)

A dziś przed południem arcymiłe spotkanie z Enchocolatte :-)
Do powtórzenia! I to chyba jeszcze przed Świętami!
W większym składzie, bo ten jakiś mocno okrojony był, hehe!

No nic, biegniemy teraz z wizytą do pewnego pana z długą, siwą brodą ;-) który dziś wieczorem ma urzędować po sąsiedzku, w naszej ulubionej księgarence :-)
Rok temu pojechaliśmy tam na sankach!!!

Piosenka Świąteczna nr 6 :-)
Troszkę z przymrużeniem oka, ale tak w ogóle to uwielbiam ten utwór!



Miłego wieczoru!

PS Widzieliście 'Debiutantów'? My niedawno. Przepiękny film... Choć mocno mnie rozkleił... I trochę chyba przygnębił. A może tylko trafiło na taki mój nastrój jakiś? W każdym razie bardzo polecam!


poniedziałek, 5 grudnia 2011

5/24 * O przegapieniach...


Zadanie nr 5 z mojego kalendarza adwentowego - napisać list do... dawno niewidzianego Przyjaciela/Przyjaciółki.
Zamiast listu do Świętego Mikołaja ;-)
List do Kogoś, kto jakoś tak nam umknął po drodze...
I Kogo nam jednak brak...


Uwielbiam pewną scenę z mojego ukochanego, jednego z najważniejszych dla mnie filmów... Mam na myśli 'Before Sunset' R.Linklatera... Z wielu, wielu powodów tak mi bliski jest ten film... Znacie w ogóle? To film o przegapieniu. O stracie... Przynajmniej tak zawsze go 'czytałam'. Dziś coraz częściej myślę, że to wspaniała historia złudzenia. Jednak. Oraz spełnionej - właśnie poprzez niespełnienie - miłości...
Ta jedna scena na Sekwanie - kiedy Celine mówi J. o własnej obsesji na punkcie szczegółów. O tym, że nie sposób zapomnieć o kimś, kto był nam bliski choćby przez moment... O tym, że nie da się, po prostu nie da, zastąpić jednej osoby żadną inną. What is lost - is lost... Że czasem przez długie lata nie można się pozbierać po urwaniu się (o urwanie mi właśnie chodzi, nie o zerwanie czy zakończenie) jakiejś bliższej relacji.  Nawet gdyby ta nasza znajomość trwała przysłowiowy kwadrans wieki temu... Bo to o bliskość tu chodzi i porozumienie... Za takimi osobami się tęskni. Już zawsze... Chyba z tego właśnie powodu, z lęku przed stratą i ze świadomości bólu, jaki ona niesie, niektórzy nie potrafią się potem mocno angażować... Są ostrożniejsi... Czy mówię też o sobie? Hmmm... Może trochę tak... Czasem tyle emocji, tyle nadziei, tyle siebie Komuś się podaruje, ze potem nie starcza dla innych... Może nawet dla tych, którzy zasługują na więcej. Sama nie wiem...

Ten fragment, w którym C. mówi, że tak bardzo jej brakuje nawet tych najbardziej przyziemnych detali i drobiazgów typowych dla Kogoś, z kim nam już nie po drodze... Przecież każda taka osoba składa się z miliona szczegółów właśnie... Które zapamiętujemy, które nas wzruszają i do których tak bardzo się potem tęskni... Już zawsze.
Kiedyś nie miałam o tym pojęcia...

Ech, zawsze chciałam tu napisać o TYM właśnie filmie... Dla mnie szczególnym. Podobnie jak jego pierwsza część - kręcona w Wiedniu (tym większa więc moja słabość do tego filmu, bo Wiedeń to po trosze moje miasto). Każdą z części oglądałam w jakimś ważnym, może nawet przełomowym, momencie swojego życia i za każdym razem angażowałam się w życiowe (i sercowe) rozterki bohaterów ;-) Zawsze ich tak bardzo rozumiałam :-)
I - co tu dużo mówić - każdą część obejrzałam po kilka razy... W w wielu kwestiach słysząc samą siebie oraz własne myśli.
Ech, no nie jest to oczywiście 'Obywatel Kane', ale co mi tam ;-) Jako że zadanie domowe z Wellesa i Bergmana mam solidnie odrobione, hahaha, więc nie będę się tutaj szczególnie krygować ;-)

No nic, to tyle psychoterapii na dziś  ;-)

W każdym razie list wysłałam...
I poczułam niesłychaną ulgę.

Porzucone wątki i przegapienia... Trochę ich było w moim życiu. I każdego w jakiś sposób żałuję. I jak się okazuje - nawet po latach żadnego z tych 'braków' nie potrafię niczym zastąpić. Więc sobie czasem myślę, że póki braki odwracalne - warto napisać list. Zadzwonić. Spróbować.
Jedną taka Przyjaźń, największą z możliwych, odzyskałam. I to nie ja ten list wysłałam... Ja go otrzymałam. Bo to A. do mnie napisała... Parę dobrych lat temu. W tym roku Jej obiecałam, że zrobię tak samo... Że teraz ja napiszę do Kogoś, kto kiedyś był mi bardzo bliski. I tak też zrobiłam.

'Przegapienia' Luisa Sepúlvedy - tak a'propos - znacie tę książkę? Bardzo polecam... O przegapieniach właśnie. I jeszcze jeden tytuł - 'Pocieszenie' Anny Gavaldy. Trochę lżejszy. Można czytać pod choinką! To tak w kontynuacji poprzedniego, książkowego wpisu :-)
Btw, bardzo lubię AG - sposób, w jaki pisze. Taki niepretensjonalny. We Francji jest bardzo popularna, z tego, co wiem...

Jeśli w Waszym tegorocznym kalendarzu nie znajdzie się już wolna szufladka na takie zadanie - na taki list czy telefon - to może spróbujecie za rok? Bo to dobry termin ten Adwent...

PS Ostatnio powiedziałam Komuś w któryś z moich gorszych dni, że jeśliby życie przyrównać do notesu, to w moim brakuje chyba tej gumki z moleskina ;-) Bo wciąż mi się coś z tego notesu wysypuje - stare notatki, wizytówki, karteluszki... I sama nie wiem, czy to dobrze, czy to źle...

PS#2 Kiedy skończyłam pisać ten tekst, zajrzałam do Olgi... I oniemiałam! Znowu nam po drodze, znowu zbieżnie :-) Czysty przypadek albo to od tego deszczu ;-)

No i piosenka oczywiście! Odrobinę nieświąteczna ;-) ale za to bardzo adekwatna! Bo za moim oknem jakieś kompletne nieporozumienie...



Zresztą czy ja wiem, czy ona taka nieświąteczna? Jak sądzicie? Zdecydowałam się na nią tak trochę w związku z updatem do poprzedniego wpisu :-)
Powiem Wam szczerze, że przy takiej aurze ciężko mi wybierać repertuar ostatnio...

PS#3 Zdjęcia słabiutkie, bo pstryknięte 'małpką' wczoraj. Ale musiały być. Obiecałam Dzieciom ;-) To recyklingowe lampiony z niedzieli. Ze słoików. I jeden mój, autorski :-) Lampionów będzie więcej, na lepszych zdjęciach :-)

A jutro napiszę coś o filmie, który wczoraj obejrzałam...

niedziela, 4 grudnia 2011

4/24 * I coś o książkach! [update]


Uff... Już się obawiałam, że nie zdążę przed północą... Ale jednak chyba się uda :-)
Długi to był dzień - przedpołudnie jeszcze z Babcią, potem krótka wizyta u drugiej, chwilę później w naszym Domu odbył się niemalże bal sylwestrowy :-) Z pieczeniem pierników, malowaniem lampionów i kolędami na pianinie w wykonaniu pewnego pięciolatka! Były i tańce, i śpiewy, i szalone gonitwy po mieszkaniu oraz rozsypywanie mąki po całej kuchni ;-) A potem gaszenie wszystkich świateł i zbiorowe achy i ochy na widok zapalonych lampionów :-) I z nimi wyścigi! Szczęśliwie obyło się bez wizyty straży pożarnej ;-)

No nic, to teraz może w końcu na temat ;-)

Zwlekałam z tym książkowym wpisem... Nie miałam najwyraźniej pomysłu.*  
I - co tu dużo mówić - jakoś mniej ostatnio czytam...
Więc będzie odrobinę inaczej. Coś zamiast stosika literackich olśnień i nowości.
Inaczej, bo o literaturze na zimę. I o zimie (oraz Świętach Bożego Narodzenia) w literaturze.
Podobnie jak z muzyką - bo w naszym Domu słucha się zupełnie innych płyt latem, innych zimą - tak samo z książkami - w grudniu szukamy w nich czegoś innego niż w połowie lipca. Przynajmniej ja ;-)
Tak jak w upalne popołudnia dobrze smakuje mi na przykład Omara Portuondo albo Nadżib Mahfuz, tak zimą sięgamy po całkiem inne nutki i literki...

Zatem o książkach na zimę :-)
Na jedną z tych najważniejszych trafiłam przypadkiem... Wydaje mi się, że kupiłam ją w moim ulubionym Odeonie przy Hożej, bo pierwsze rozdziały nieodmiennie kojarzą mi się z tramwajami i zaśnieżoną Marszałkowską ;-) Tam rozpoczęłam lekturę... Często wracam do tej książki. Do fragmentów... 'Oratorium na Boże Narodzenie' Görana Tunströma. To chyba mój najważniejszy ze wszystkich zimowych tytułów... Długo by opowiadać o tej książce... Niezwykła jest, bo tak pięknie się w niej plotą wątki literackie i muzyczne. Czyli coś bardzo dla mnie :-)
Ale pójdźmy dalej.

Muminki :-)
I Karen Blixen 'Zimowe opowieści'. Wspaniałości. Bardzo lubię Blixen, tak w ogóle...
David Guterson 'Cedry pod śniegiem' - czytałam już jakiś czas temu. Pamiętam, że zrobiła na mnie duże wrażenie.
Kilka tytułów Agathy Ch. :-) W Święta zawsze po którąś Agathę sięgam - to taki mój rytuał okołochoinkowy :-)
Co jeszcze...
'Dzieci z Bullerbyn' oczywiście! Opis zimy i świątecznej atmosfery w Bullerbyn ukształtował moje wyobrażenie Świąt idealnych (ex aequo z teledyskiem Last Christmas, hahaha!).
Czechow, Puszkin, Dostojewski... Że nie wspomnę o Sołżenicynie...
'Czarodziejska góra' Manna. Naturalnie... Ech, nasz pies, szczenięciem będąc, pożarł nam pierwsze polskie wydanie CzG :-((( Z Prababcinej biblioteczki... Na szczęście tylko pierwszy tom!
Brodskiego 'Wiersze Bożonarodzeniowe' - och, jak bardzo przygnębiająca to lektura. Choć jednocześnie piękna...
Któryś Murakami. Teraz nie mogę sobie przypomnieć który... 'Koniec świata...' chyba?
I 'Chatka Puchatka' ofkors :-) Właśnie 'przerabiamy' ;-)

Niezła mieszanka, co?

Małgorzaty Musierowicz 'Opium w rosole'. I 'Noelka'. Lubicie MM? Ja uwielbiałam... I chyba wciąż uwielbiam! Lektura idealna na BN :-) Zresztą niedawno ukazał się nawet taki specjalny świąteczny tomik 'Musierowicz na Gwiazdkę' - pełen świątecznych fragmentów z książek MM.
No i nie oddalając się zbytnio - Barańczaka 'Podróż zimowa'. Wspaniały jest ten tomik...
I jeszcze 'Kot Prot' w jego (St.B.) genialnym przekładzie! Ta część o odśnieżaniu ;-) Czciła Dr. Seussa moja pani profesor z angielskiego w LO - stąd też mój sentyment.
No dobra, to jeszcze 'Śnieg' Orhana Pamuka :-) Pamiętam, że po lekturze zamarzył mi się Stambuł zimową porą właśnie... Bo taki w wersji +45 st. C poznałam i trochę dziękuję ;-)
I taki jeszcze japoński drobiazg - 'Płatek śniegu' - Maxence Fermine. Ktoś mi tę książkę pożyczył, pamiętam... Przyjemna... I kolejny japoński tytuł - bardzo mnie zawsze intrygowała okładka tej książki - 'Kraina śniegu' Kawabata Yasunari. Czytałam ją bodaj w liceum i dziwna dosyć to była lektura ;-)
I dużo jest śniegu w tomie 'Haiku' - w cudownym przekładzie Czesława Miłosza.
Ach, no i Dickens oczywiście! Z 'Wigilijną opowieścią' na czele!
I Andersen!
Szalałam w dzieciństwie za 'Królową śniegu' - jej lekturze towarzyszyły potężne emocje, pamiętam. I czytano mi ją z tego wydania 'Baśni' z ilustracją Szancera na okładce - z Królową Śniegu właśnie.
A przy 'Dziewczynce z zapałkami' płaczę do dziś...

Josteina Gaardera 'Tajemnica Bożego Narodzenia' - w zeszłe Święta podczytywałam egzemplarz pożyczony od Delie :-) No i potem wyszperałam w sieci jeden na własność.
Co jeszcze? 'Nigella for Christmas' :-) Do poczytania, niekoniecznie nawet celem inspiracji kulinarnych... Choć ja akurat z paru przepisów skorzystałam :-)

Poza tym Jamesa Saltera 'Lata świetlne' - z jedną zaledwie sceną okołoświąteczną... Mam potężny sentyment do tej książki - kiedyś tu nawet o niej pisałam.
I Agnety Pleijel (tej od 'Lorda Nevermore') 'Zima w Sztokholmie'.  Nie pamiętam jej zbyt dobrze, ale tytuł nie pozostawia wątpliwości, że o śniegu będzie mowa ;-)
I jeszcze cudowne, cudowne opowiadanie Pawła Huelle z tomu 'Opowieści chłodnego morza' - opowiadanie nosi tytuł 'Franz Carl Weber'. Wspaniałe jest! Długo jeszcze żyło we mnie po lekturze!
Tytuły dla dzieci pominę - wszystkie godne polecenia książeczki znajdziecie np. tutaj, tutaj lub na kilku zaprzyjaźnionych blogach. Ja tylko wspomnę o kilku dla mnie (i dla M.) najważniejszych... Dlaczego najważniejszych - napiszę za jakiś czas... To Zimowe popołudnie oraz Aksamitny Królik.

Ach, i jeszcze może polecę Wam takie coś: z dużym rozdziałem poświęconym celebrowaniu BN. Zresztą cała seria godna jest uwagi! W dodatku przepięknie wydana... Mamy wiele z niej tytułów! Uwielbiam :oraz . Obydwie są zachwycające!!!

 Uff, to może na dziś wystarczy już o tych książkach, co?


A na zdjęciu pozycja wysoce obowiązkowa - wydana pięknie przez Dwie Siostry i zilustrowana przez Mistrza Wilkonia. Kto się pospieszy z zakupem, może zdąży jeszcze zamówić przed Gwiazdką!


A zaraz po Gwiazdce obiecuję tradycyjny stosik z aktualnościami. Pewnie trochę tytułów po Świętach przybędzie! Taką mam przynajmniej nadzieję, Święty Mikołaju :-) Tylko nie zapomnij też o tych innych, nieksiążkowych prezentach ;-)


Uff, napracowałam się...

A może Wam przychodzą do głowy jakieś jeszcze inne zimowe tytuły? Co lubicie w ogóle czytać w Święta? Do czego wracacie? Ja się jeszcze tylko przyznam, że kocham, ubóstwiam wręcz, wszystkie te świąteczne, podwójne wydania tygodników :-) Kubek kawy z kardamonem, kawałek sernika, wełniane skarpety, koc...
Komu, Dziecko, komu? Odstąpię na dwa popołudnia ;-) i poczytam sobie z przyjemnością (i w spokoju, hehe!)

*) A pomysł trochę zaczerpnięty z zeszłorocznego wpisu Kemotki... Tego o filmach pod choinkę :-)



Bym z tego wszystkiego zapomniała!
Mojego kalendarza adwentowego odsłona czwarta! Ze specjalną, urodzinową dedykacją :-)


Ech, no ten śnieg to musicie sobie jakoś wyobrazić... Za moim oknem deszczowo, niestety...

Update: Zapomniałam o mistrzu Jeremim Przyborze!!! Jak mogłam? Kiedyś pod choinką mnie ucieszył zbiorek 'Piosenki prawie wszystkie'. Kocham zimę Pana Jeremiego! Jego 'Na całej połaci śnieg' albo 'W zimowym parku' na przykład. No, mistrzostwo! Więc nie sposób pominąć!

sobota, 3 grudnia 2011

3/24

No to mamy juz światełka :-) Kule i całe girlandy! I lampiony! Za chwilę będą kolejne... Fajnie, od razu zapachniało piernikami ;-) Od samych światełek... Bo pieczemy dopiero w niedzielę!



Zeszłoroczne zdjęcia... M. taki maleńki jeszcze. Okrąglejszy jakiś ;-) Teraz dopiero widzę, jak Go wyciągnęło, jaki z Niego chłopak już... Jak te pulchne łapięta zamieniają się powoli w smukłe dłonie. Smukłe, ale mocne. Takie męskie :-)

Wybieramy się w weekend na świąteczny kiermasz :-)
A wieczorem wypijemy grzańca! I duży dzban zimowej herbaty - z plastrem pomarańczy i z goździkami...
Za to rano wybiorę się na długi, długi spacer do lasu. Zupełnie sama! No, może z psem... Task #3 z naszego adwentowego kalendarza :-) Dlatego teraz szykuję sobie playlistę i słuchawki... Niedawno je odkryłam na nowo. Spacerując z M. ze słuchawek naturalnie nie korzystam ;-) Ale teraz... Ach, już prawie całkiem zapomniałam, jaka to przyjemność! Ten filtr w uszach... I niemy ruch na ulicach.

A M. od świtu w objęciach Babci :-) Właściwe to mogłabym zniknąć, hahaha! Tak się czasem zastanawiam, czy zauważyłby tę moją nieobecność... Ech, no bo Babcia oznacza totalne zapomnienie o wszystkim innym :-) I prezenty, ofkors ;-)

Nie macie pojęcia, jak bardzo mnie wzruszyły Wasze komentarze oraz maile... Te odnośnie mojego Muzycznego Kalendarza :-) Naprawdę zakładacie specjalną playlistę? No ładnie... To teraz muszę się porządnie przyłożyć do tematu! Nie chciałabym powtarzać utworów z zeszłego roku, ale - jak zauważyła Małgosia - niektóre z nich już wyparowały z sieci - zatem coś tam musi się powtórzyć! Ten jeden utwór w szczególności! Bo to chyba moja najukochańsza piosenka okołoświąteczna. Zresztą słucham jej przez cały rok :-)
Chyba już wszyscy wiedzą o mojej słabości do Joni M.
Ale może tym razem posłuchajmy tego utworu w zupełnie innym aranżu i wykonaniu, OK? Dianne Reeves - też lubię :-)


A z drugiej strony co mi tam? Niech będzie i w wykonaniu Joni... Do której mam wielki sentyment - i z której muzyką spędziłam kiedyś taki jeden, bardzo trudny wieczór sylwestrowy... Gdzieś tam wszyscy witali Nowy Rok, a ja muzyką Joni zagłuszałam fajerwerki i filtrowałam sylwestrową rzeczywistość przez jedną z moich ulubionych jej płyt, czyli 'Misses' :-)
Jaki piękny po tamtej nocy sylwestrowej nadszedł Nowy Rok :-) Jeden z najpiękniejszych...
Zatem Joni. Live '70 z Royal Albert Hall :-) Bardzo lubię te właśnie wersję.



PS Czy i Wam czasami Joni przypomina trochę Mię Farrow?

PS#2 Wiecie co? Moja Mama przywiozła mi bukiety z ostrokrzewu i mahoni z ogrodu! I gałązki cisu! I szyszki z mojego modrzewia!!! Oraz miliony pakunków pełnych darów i łakoci ;-) Bardzo mnie tym wzruszyła... Zawsze mnie ogromnie wzrusza tym, że Jej się tak bardzo chce!!! Chciałabym, żeby i mnie się tak zawsze chciało... Teraz i za iks lat...
W każdym razie to strasznie fajne, kiedy Dom pachnie tak samo jak ten z Dzieciństwa... Dziś leśną żywicą - dzięki zimowym bukietom, które chwilę temu skończyłam układać... Dobranoc.

PS#3 O książkach będzie jutro! Na tysiąc procent!!!

czwartek, 1 grudnia 2011

2/24



Kiedy zacznie sypać?
Pewnie przed Świętami dopiero...
Oby w ogóle!

Niech zabłysną płozy nowych sanek!
I oczy M. na ich widok :-)
Tylko jak te sanki schować pod poduszkę? ;-)

Spacerowaliśmy wczoraj po lesie...
W pierwszy dzień grudnia. Zupełnie bezśnieżny*.
A cicho w lesie było tak, jak gdyby śniegu nasypało...
Zbieraliśmy wytargane wiatrem gałązki modrzewia - do naszych stroików świątecznych!

Biegaliśmy po leśnych alejkach :-)
Ścigaliśmy się!
Kto pierwszy do ławki?
- Mimi! Mimi jest! Mimi!
Jasna sprawa ;-)

Potem zasnął i spał jeszcze długo, w  wózeczku, po drodze...
Jaki mały już ten nasz wózeczek.
A jaki M. duży ;-)
Jaki długi!!!

No i jak tu wyczarować śnieg?
Literkami może...
Kubuś Puchatek u nas przed snem ostatnio. Zima w Stumilowym Lesie :-)
I wierszyki. Też Milnego :-)

Im głośniej tam, na zewnątrz, tym ciszej tu, u nas...
Im tam więcej światła, tym u nas go mniej...
Równowaga...
Którą ciężko złapać, wracając z Śródmieścia...
Boże Narodzenie w wersji full-stereo-non stop-kolor...
Choć niektórzy tak lubią ;-)

Tylko śniegu - im mniej sypie, tym go prószy mniej.
I na odwrót :-)
Bim-bom!

Moi drodzy, mojego adwentowego kalendarza odsłona druga :-)
Może i dla Waszych Dzieci?
Bim-bom!





Z tej płyty. Której słuchamy od samego M. początku :-) I którą uwielbiamy! Również za inne piosenki. Wszystkie znamy na pamięć!!!

Może komuś pod choinkę? ;-)


*) Zdjęcie po lewej równiutko sprzed roku - zupełnie biało na trasie WAW-KRK :-) Ten Kraków tak
    a'propos dzisiejszej piosenki :-)
    I mój Kraków na ścianie. A miał być za oknem... Ech, życie...

Właśnie przyjechała do nas Babcia :-) Już widzę, że po drodze minęła się ze Świętym Mikołajem, hehe! Pół wora mu chyba zwinęła ;-)

1/24

Ostatnie tegoroczne antonówki...
Dziś kilka ich jeszcze w wiklinowym koszu pod kuchennym stołem.

A w ogrodzie moich wspomnień liście już zgrabione...

Za oknem mgła.
Przez którą widzę tylko to, czego jestem pewna...
Jest zupełnie biało, chociaż to nie śnieg.
Zamiast światła - biały mat... I zimna wilgoć w powietrzu.

Trochę szkoda, że to nie śnieg ta biel...
Inaczej zabrzmiałby ten utwór.
Mojego kalendarza adwentowego odsłona pierwsza.




Dwadzieścia cztery stopnie grudnia.
Czasami tylko nie wiem, czy w górę, czy w dół...
The world is so loud. Keep falling. I'll find you...

Dziś prowadzą raczej w dół...
Ale może to się zmieni... Kto wie?

Zwolnicie na chwilę? 
Może wieczorem?
Posłuchajcie Kate Bush...
Ja nie mogę się oderwać od tej muzyki już od paru dni...

Samych dobrych myśli na dziś...
I niech mi ktoś życzy tego samego.

M.

PS Zawiesiliśmy przed chwilą nasz kalendarz adwentowy. Handmade by Babcia :-)W każdej kieszonce  jedno słowo. Klucz do wieczornej opowieści... I zadanie. Dla nas ;-)