czwartek, 27 października 2011

***


Wyjeżdżamy na kilka dni.
Destynacja oczywista.
I okazja również. Święto Zmarłych.
Może to herezja, co powiem - i być może nawet o tym tu kiedyś wspominałam - ale dla mnie osobiście to żadna przygnębiająca data te pierwsze dni listopada.
Choć zmierzając w stronę cmentarza, aż uginam się pod ciężarem kwiatów i zniczy – tylu moich bliskich już TAM… Coraz więcej.
Jako dziecko odwiedzałam na cmentarzach bliskich nieznajomych – znanych mi jedynie z opowieści i rodzinnych albumów. Choć były to najbliższe przecież mi osoby... Nie łączyły mnie jednak z nimi żadne wspomnienia.
Dopiero w wieku 22 lat, kiedy pożegnałam moją kochaną Babcię, i niewiele później jedną z Cioć, poczułam to, co było przez ten cały czas udziałem tych moich bliskich, dla których zmarli byli kiedyś żywymi…
I okazało się to dla mnie niewyobrażalnie bolesne.
I wtedy dopiero sobie uświadomiłam, że przez te 22 lata byłam prawdziwą szczęściarą…
W moim Domu Święto Zmarłych jest dniem wyjątkowym. I, tak jak mówię, wcale nie przygnębiającym. Jest niemal tak uroczyste jak Wigilia.
Spotykamy się w Domu rodzinnym i po prostu jesteśmy razem. Wokół stołu.
Z pogodą, wiadomo, bywa różnie.Wracamy z cmentarzy nieraz przemoknięci, przemarznięci, głodni ;-) szorujemy ubłocone buty, przeklinając niefortunnie wymyśloną datę tego Święta..
Ale pamiętam jeden z takich najbardziej deszczowych Dni Zmarłych – późnym popołudniem nagle się rozpogodziło i na niebie pojawiła się niesłychanie piękna, podwójna (sic!) tęcza… Tak, w listopadzie!
Wyszliśmy wszyscy na próg i patrzyli w to niebo jak zaczarowani…
I nie tylko ja miałam łzy w oczach.
Pomyślałam wtedy, a potem powiedziałam to głośno, że jest naprawdę dobrze, póki tak wszyscy jeszcze potrafimy okazać zachwyt tęczy. Zwykłej tęczy…
W każde Święto Zmarłych tę tęczę wspominamy.
Była niczym łagodny, spokojny uśmiech i pozdrowienie od tych, o których nie potrafimy zapomnieć.
I których tak bardzo, bardzo brak.
Za którymi tęsknimy.
I o których nie zapomnimy przenigdy.
Mając nadzieję, że inni nie pozwolą zapomnieć o nas.
Naszym Dzieciom.
Bratankom.
Siostrzeńcom.
Wnukom.
Prawnukom.
Kiedyś tam.

Najbardziej lubię cmentarze tego dnia wieczorem… Chyba każdy, prawda?
I ten odurzający zapach wosku, dymu i stearyny.
Przywiędłych chryzantem i naftaliną pachnących futer starych dam ;-)
W ogrodzie zapalamy też zawsze tego dnia (mam nadzieję, że nie zabrzmi to jak świętokradztwo jakieś!) wspólną lampkę naszym czworonożnym Przyjaciołom. Tym, którzy hasają już w ‘Krainie Wiecznych Łowów’ i którzy wnosili w nasze Domy dużo szczęścia kiedyś :-)
A potem siedzimy przy tym stole, siedzimy, śmiejemy się, wspominamy, zajadamy się pysznościami, czasem ktoś usiądzie do pianina, a ktoś innym powie, że najpiękniej na świecie to grał jednak M., czyli mój Tato :-)

W tym roku zapalę lampkę Komuś, kogo TAM wcale nie powinno być…
Kto jest kolejną znaną mi za życia (krótkiego, niestety) twarzą. Znaną bardzo dobrze.
Kogo powinnam spotkać, jak co roku, nad grobem Jego Dziadków albo Pradziadków, naszych wspólnych.
Komu świeczkę zapali też mała Córeczka...
I tego jakoś nie potrafię przeboleć.

Więc będę życzyć mojemu M., żeby spotkało Go w życiu takie szczęście jak mnie… Żeby te wszystkie piękne nekropolie kojarzyły Mu się jak najdłużej tylko z twarzami z albumów i naszych opowiesci. Wyłącznie.

Zadumy Wam życzę.
Tej potrzebnej.
Choć raz do roku.
A Waszym Dzieciom tego życzę, co mojemu M.

A tym, którzy będą w tych dniach w drodze, życzę szczęśliwego powrotu do Domu i pięknych spotkań.
Z tymi, co TU i z tymi, co TAM.
Do zobaczenia.

I piosenka. A jakże ;-)
Trochę może zbyt dosłowna. I ta tęcza, i w ogóle. Ale co tam!

Lubię jej słuchać. 
W te pierwsze dni listopada szczególnie.
Ze specjalną dedykacją. Dla paru osób. Niekoniecznie TU obecnych...




I jeszcze ten sam temat solo piano. Keith Jarrett oczywiście... Z dedykacją najszczególniejszą... Dla mojego najdroższego pianisty ever :-) Po którym, niestety, talentu nie odziedziczyłam, za to odziedziczyłam wiele innych cech, hehe! Na przykład robię identyczne miny przed lustrem co On, hihihi! Podobno!

PS To zdjęcie tęczy zrobił kiedyś dla mnie z okien naszego Domu Tatuś M. Na pamiątkę tamtej tęczy.
      Której wtedy nie sfotografowałam...

środa, 26 października 2011

Czekolada i piosenki :-)


 


Na kuchennej półce, tej najwyższej ;-) trzymamy dużą, ciemnoniebieską puszkę. A w niej czarodziejski proszek ;-) Nie, nie, żadne tam wielkie używki, hehe!
Czekolada.
Najprawdziwsza!
Do długiego, powolnego gotowania… Aksamitna i głęboka w smaku. Gęsta… Po prostu obłędna.
Pamiętam, że pierwszą puszkę tej włoskiej czekolady dostałam od Mamy tuż przed pierwszą sesją ;-) Na osłodę ewentualnych trudów, hehe!
No, nie żałowałyśmy jej sobie, pamiętasz Aśku?

Taka kilogramowa puszka starcza naprawdę na długo… Na dwa, trzy sezony! No, chyba że zima jest naprawdę długa, a jesień dotkliwa ;-)
Takiej Wam oczywiście nie życzę!

W każdym razie sezon na gorącą czekoladę uważa się w naszym Domu za otwarty ;-)
I sezon na kojące w jesiennym bólu ;-) piosenki.
I na rozczulające filmy. Polecacie jakieś? Mogą być starocie! Swoją drogą, lubicie kino kulinarne?
Wiecie, filmy jak ‘Czekolada’, ‘Uczta Babette’ (ach, jeden z moich ulubionych tytułów w tej tematyce), ‘Bella Martha’ czy ‘Julia&Julie’ oczywiście... I ‘Ratatouille’ ;-) Co dodacie?




Piosenki.
No dwie, bo się na żadną nie mogłam zdecydować.
Tę lubię także w wersji Joe Cockera. Ale w tej jeszcze bardziej! Samego JC lubiłam czasem posłuchać w czasach LO – została mi nawet po jakiejś imprezie jego płyta (cudza) – hmm, chętnie zwrócę, jeśli zgłosi się do mnie prawowity właściciel!
Ale wersja Solveig (cóż za imię?) nie ma, moim zdaniem, sobie równych!
A sama Solveig wydaje mi się prześliczna!


A kto pamięta ten właśnie utwór z takiego odrobinę głupawego filmu, ale za to z cudowną rolą młodziutkiego Johnny’ego Deppa i uroczej Mary Stuart Masterson (oraz boską Julianna Moore!) – Benny i Joon :-)
Pamiętacie te tosty, które przyrządzał Benny? Jak je podpiekał żelazkiem? :-)

W każdym razie piosenkę lubię.

Druga to Time.
Toma Waitsa.
Ale też w interpretacji Solveig Slettahjell (no, nazwisko jeszcze lepsze!)


Na jesienny wieczór w sam raz :-)
I pod kubek gorącej czekolady!
Z cynamonem…

Przytulnego wieczoru wszystkim!

PS A po weekendzie, a raczej dopiero w połowie przyszłego tygodnia, napiszę tu coś o najwspanialszym cyrku na świecie! Choć słowo 'cyrk' nie do końca jest tutaj adekwatne - bo Cirque du Soleil to coś więcej i coś innego niż cyrk! To teatr! I to nieporównywalny do żadnego innego :-) Miałam wielką przyjemność obejrzeć występy CdS na żywo - i było to niezapomniane przeżycie! - a teraz się dowiedziałam, że w styczniu 2012 Cirque du Soleil po raz pierwszy wystąpi w Polsce! Tym, którzy nie wiedzą, o czym mowa, polecam chociaż kilka trailerów na YT (moim najukochańszym spektaklem jest Quidam!), a tym, którzy się wahają, czy bilet kupić - zabraniam się wahać ;-) Kupujcie! Warci są każdych pieniędzy i podróży nawet przez całą Polskę (wystąpią w Gdańsku), a każdy ich spektakl to nieprawdopobne emocje!!! Ale więcej na ten temat napiszę już po naszym powrocie! I od razu uspokajam: w tym cyrku-nie cyrku nie ma żadnych zwierząt! No mówię Wam, to teatr nie cyrk!

wtorek, 25 października 2011

Żonglerka ;-) I dwa słowa o biedronce...

Wczoraj przyfrunęła do nas biedronka.
Gaston*, znaczy się ;-)

M. wspólnie z Tatusiem zadecydowali, że zamieszka biedronka w małym drewnianym domku parkingowego stróża ;-)
Ledwie co zaczęła się wygodnie mościć na drewnianym foteliku, Chłopcy zafundowali jej przejażdżkę.
Najpierw stylowym chevroletem cabrio, potem hippisowskim volkswagenem ;-)
A na końcu nawet i karetką!
Wielce wyrozumiały owad...
Nawet szalona podróż zdalnie sterowanym autem nie zrobiła na biedronce większego wrażenia ;-)
A ja umierałam ze śmiechu na kanapie, przysłuchując się Tatusinej narracji do wszystkich tych przygód lokomocyjnych Gastona, hehehe!
Czy ja już mówiłam, że Tatuś M. mógłby zostać zawodowym komikiem? Ale skąpi nam i szczędzi podobnych atrakcji, niestety. W każdym razie nieczęsto mogę go uprosić o podobny stand-up. Bo generalnie to ukrywa się za maską człowieka bardzo serio ;-) a o niekwestionowanym talencie komediowym wiedzą tylko nieliczni i najbardziej zaufani, hehe!
No i w ogóle czasem Mu zazdroszczę, że jakiś taki kreatywny bardziej jest ode mnie w temacie zabaw z Dzieckiem...

M. bardzo był wizytą biedronki przejęty :-)
Przyglądał jej się uważnie i zachęcał do szczekania (miłośnicy wspomnianej* kreskówki dobrze wiedzą, o co chodzi!) - wielce go swoim milczeniem zawiodła...

Jakiś czas temu kupiłam bardzo sprytny wynalazek - duży plastikowy słoik zamykany wieczkiem z powiększającego szkła. Byłam przekonana, że posłuży nam dopiero za jakiś czas. Dobrze, że sobie o tym słoju przypomniałam :-) Ileż radości z oglądania biedronki było!!!
I chichotów, kiedy biedny Gaston wylądował na grzbiecie, nieporadnie przebierając łapeczkami... Ech, mam nadzieję, że obrońcy praw zwierząt wybaczą mi, że nie od razu pospieszyłam biedronce z pomocą ;-)

Gastonowi - z wdzięczności za dostarczenie tylu atrakcji - zwróciliśmy oczywiście wolność.Choć nie jestem teraz przekonana, czy postąpiliśmy słusznie... Wszak zimno już trochę za oknem ;-(

Teraz M. z naszym zaczarowanym słoikiem wytrwale spaceruje - trafiają do niego różne skarby i znaleziska: kamyk, szyszka, zwiędły liść klonowy, kawałek brzozowej kory - siadamy potem na ławce i podziwiamy mikroświaty w powiększeniu. Dziś w ten sposób poznęcaliśmy się nad rodziną mrówek! Ale zrozumcie, wszystko w szczytnym, naukowym celu!!!

***

M. przechodzi fazę: Mamy nigdy dość! Mama towarzyszyć musi we wszystkich grach i zabawach, we wszystkich wygłupach, spacerach, przy zasypianiu obowiązkowo, śniadania tylko z Mamą, podobnie kolacja... Taki etap wzmożonej miłości i zapotrzebowania na bliskość. Mimo nieustannej właściwie mojej obecności...
 'Ciem Mama', 'Mama odź', 'Mama nie pa pa', 'Mama tu tu tu' - od rana do wieczora... Oj, bywa ciężko, bywa...  Bo jak tu pogodzić jakiekolwiek sprawy i terminy zawodowe z absorbującym 2,5-latkiem wspinającym się po oparciu fotela, podczas gdy próbuję wysłać maila czy zamknąć jakiś tekst... A zabawy i układanki, z którymi znakomicie sobie radził w pojedynkę, nagle okazują się nieatrakcyjne ;-) i mój w nich udział wydaje się konieczny!
Ach, muszę psa wyszkolić w trudnej sztuce animacji chyba ;-) Mógłby się ten nasz kudłaty darmozjad przydać na coś, hehehe!
Bo fantazja mojego M. nie zna granic - około 25 sekund zajęło Mu wymyślenie i zrealizowanie pomysłu wrzucenia cytryny do czajnika!!! Gotowała się i gotowała w nim woda, a kiedy się wreszcie zagotowała, ze zdziwieniem odkryłam, że w środku pływa cała cytryna! Zdradziecki uśmieszek na twarzy M. nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości, kto się kryje za niecnym występkiem ;-)
Z zamiłowania mój Syn  jest również alpinista, niestety... Pod choinką znajdzie profesjonalną uprząż chyba... I nie wiem, kto by się najbardziej z niej ucieszy! Bo M. udało się wdrapać już na wszystkie nasze meble!!! Łącznie z pianinem!!!

Takie dni, kiedy wszystko wypada z rąk, klucze odnajdują się w skrzyni z klockami, a telefon dzwoni pomiędzy kołdrą a poduszką - coraz ich więcej...
Sterty papierów i zaległości rosną na każdej płaskiej powierzchni, a M. nie każdego dnia ma ochotę na poobiednią drzemkę. Mimo że jej bardzo potrzebujemy - i On, i ja... Moja TO-DO LIST pęka w szwach, a punktów odfajkowanych nie ubywa... Jak to się robi z dwójką, trójką dzieci? Zakładając, że niektóre Mamy muszą się obyć bez wynajętego sztabu pracowników najemnych ;-) No, ja właśnie do takich należę...

Nasz niezawodny babysitter ma grypę... Na grypę choruje i Babcia :-( Tatuś w żadnym razie nie może wziąć jutro dnia wolnego, a i ja MUSZĘ pracować...
Cierpliwość moich kolegów przetestowałam już wczoraj ;-) Było nieźle, bo M. w odpowiednim czasie zasnął, a potem spał w wózku przy otwartym oknie przeszło dwie godziny, podczas gdy my - omotani w płaszcze oraz szale ;-) - próbowaliśmy coś sklecić z literek naprędce, hehehe! Przy mojej ostatniej kropce M. się obudził.
- Na pilota masz tego Syna, czy jak? - zapytał mnie kolega ;-)
Może uda się z tym pilotem i jutro? Jeśli nie, skaczę z otwartego okna prosto na jesienny klomb ;-)

Żonglerka.
W tym się teraz specjalizuję ;-)
I ostatnio całkiem nieźle mi idzie! A piłeczek coraz więcej!!! Więcej i więcej. Za to ręce wciąż tylko dwie... I nie chce być inaczej...

A marzy mi się długi, leniwy weekend... I smażenie konfitur w miłym (i dorosłym) towarzystwie na przykład :-)

Marzenie ściętej głowy zdaje się!

Ale Wam takiego weekendu życzę!
A z moją Przyjaciółką zastanawiamy się, jaka jest idealna różnica wieku pomiędzy rodzeństwem...
I wychodzi na to, że zarówno M., jak i H. jeszcze długo pozostaną jedynakami ;-))))))))))))

Pozdrawiam!

PS A na dokładkę M. od rana zakatarzony. W czwartek mamy w planach podróż... Oby katar minął. Oby... Wyjmuję właśnie z pieca jabłka :-) Pieczone z cynamonem, wypełnione konfiturą z pigwy i posypane odrobiną cukru z prawdziwą wanilią. Ananasowe w smaku koksy i pierwsze szare renety. Podwieczorek... Cóż za miłe słowo...

Macie ochotę na jakąś piosenkę? Myślałam o jakimś ciepłym, męskim głosie na chłodny wieczór ;-) Myślałam o męskim głosie i pomyślałam o Suzanne Vega ;-)




Ten kawałek (tu w odrobinę innej od klasycznej wersji ) potrafi otulić niczym najcieplejszy pled...

Miłego wieczoru!

*) Kto zna i tak jak my uwielbia tę znakomitą kreskówkę pt. Małe Królestwo Bena i Holly? Moim zdaniem to jedna z najznakomitszych i najdowcipniejszych brytyjskich animacji dla najmłodszych - dzieło zresztą twórców słynnej Świnki Peppy :-)


niedziela, 23 października 2011

Z minionej niedzieli... I z wczoraj :-)


Jeszcze z jesiennego spaceru z Olą kilka zdjęć...
Z zeszłej niedzieli.
Chwilę potem ścigaliśmy już Modrzejewską ;-) 

Pociąg relacji Warszawa-Kraków znaczy się!



Ten weekend miał za to należeć do nieudanych.
Mieliśmy zresztą spędzać go gdzie indziej...
I się nie udało.
OK, było dużo pracy. Bardzo dużo :-(
Ale piątkowy wieczór spędziłam z Dziewczynami. I znowu było nadzwyczajnie! Nadzwyczajnie!!! I jakoś tak szczerze i NAJPRAWDZIWIEJ - jak z mało kim... Dzięki, A&B :-)

I po raz pierwszy spotkałam się z Truflą* :-) Tzn. z Patrycją. Kulinarnym guru dla wielu :-)
A potem, całkiem spontaniczne umówiłyśmy się z A. i Jej Synkiem - prawie sześcioletnim już M.
Jeszcze tak niedawno z A. dzieliłyśmy pokój na pół w czasie studiów i o Dzieciach wtedy to za wiele nie rozmawiałyśmy (ani nawet nie myślały), hehe! A teraz proszę bardzo ;-)
Więc popołudniowy spacer po parku i krótki wypad na plac zabaw. Krótki, bo zimno. A ja bez rękawiczek :-(
Parę chwil przy kominku...
A potem spontanicznie złapałyśmy za drewniane łopatki, fartuszki i smakowite ingrediencje ;-) i po dwóch kwadransach na wielkim kremowym talerzu piętrzyły się czekoladowo-bananowe ciasteczka.
Idealne z dzbankiem herbaty korzennej :-)
Za oknami październikowy wieczór, a w naszym Domu dużo śmiechu i muzyki... I dwóch pochłoniętych zabawą Panów M. :-)
Właściwie mógłby się ten wieczór wcale nie kończyć... M&M również nie mieliby nic przeciwko ;-) Ogłoszony przez nas w którymś momencie time out został przyjęty z wybitną dezaprobatą...

Teraz zerkam nerwowo na stos papierów na biurku i z niepokojem zaglądam do coraz bardziej mnogich na pulpicie folderów pt. PRACA M.
Do czwartku istny sajgon.
I brak czasu na cokolwiek.
A potem krótka chwila przerwy.
Bo później to już maksymalne zagęszczenie spraw pilnych i terminów zdaje się... I to bez daty finalnej, niestety...

Próbuję się pocieszyć, że przynajmniej dwa najbliższe przedpołudnia zapowiadają się OK :-)
A nawet bardzo OK!
I dla M., i dla mnie :-)
I mam nadzieję, że uda mi się coś tu o nich opowiedzieć...
Że zdążę jeszcze zanim ruszymy moją ulubioną drogą na południe...

No to jeszcze na koniec moja ulubiona  Jesienna Dziewczyna :-)
Po lewej.
I aleja. 
Jesienna.
Moja ulubiona :-)
Po prawej.


***

Ach, miała być jeszcze piosenka fenomenalna...
Coś z tą moją pamięcią nie bardzo ;-) bo zapomniałam, co to miało być, hehe!
To może coś takiego? 

M. za tą piosenką przepada!



 

Tańczy i podskakuje ilekroć ją włączam. A potem rozkładamy szeroko ramiona i krążymy po całym Domu niczym dwa aeroplany, wprawiając najpierw w osłupienie, potem w poczucie zagrożenia, naszego poczciwego psa ;-) który dla pewności woli przeczekać te kilka minut w łazience, hehe!
Teraz M. u Babci, więc Filip niczym nieskrępowany wyleguje się do góry brzuchem na kanapie :-)



Życzę Wam udanego startu!
Jutro rano!
I miękkiego lądowania ;-)
W piątek!
Choć może zajrzymy tu jeszcze jakoś pomiędzy :-)


PS A dziś randka z Woodym Allenem ;-) W Paryżu, ma się rozumieć!
Jak dobrze, że jeszcze graja ten film... Bo zbieraliśmy się na niego i zbierali...



*) o którym koniecznie muszę coś więcej, ale to za chwilkę dopiero. Bo zresztą jeszcze w środę się z Truflą zobaczymy :-)

piątek, 21 października 2011

Z O. (cd.)

Trochę mam ten tydzień ‘wyjęty z życiorysu’.
Jakoś tak.
Niestety…

Powspominajmy zatem miniony weekend :-)
Który spędziliśmy  Olą. Moją piętnastoletnią Chrześnicą.
Było wspaniale!

Była wyprawa do zoo :-)
I ‘Mewa’ Czechowa w TN. Moja ulubiona.
Miał być jeszcze ‘Nosferatu’ coś dla O. - ale pechowo odwołano akurat premierę! Diable sztuczki jakieś w tym Narodowym ;-)
Za to był film.
I dużo spacerów – w towarzystwie M. i tylko we dwie.
W sobotę to trochę kilometrów przedeptałyśmy ;-)
Był nawet spacer przez Ogród Saski po zmroku. I ulubiona kawa na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej…
Ach, trzeba pomyśleć o cieplejszych rękawiczkach ;-) Może jakichś wysokich, wełnianych mitenkach?
Zajrzałyśmy do kilku księgarni. Odwiedziły kota Rudolfa w Bagateli :-)
Pogawędziły trochę o literaturze (sic!)
I o szkole. Ja powspominałam ;-)
O życiu, o sztuce, o ważnych i mniej ważnych sprawach… A nawet o tych kompletnie nieważkich ;-)
I dużo muzyki było. Bo moja O. pięknie śpiewa. Cudny, głębokim altem. Szukaliśmy dla Niej repertuaru… Może to, co wyszperaliśmy z naszej kolekcji płyt okaże się pomocne podczas najbliższych warsztatów?


M. za Olą szaleje! Nic dziwnego :-)
Płakał jeszcze długo po Jej wyjeździe. A i teraz każdego ranka stwierdza z żalem, że ‘Oli nie ma’ :-(
A jak my tęsknimy!

I w dalszym ciągu zachodzimy w głowę, jak to możliwe, ze przy tak zniewalającej urodzie, przy tylu talentach i takim uroku, można pozostać skromną, mądrą, uśmiechniętą i niezblazowaną Dziewczyną. Przy tym tak spontaniczna i pozbawioną cienia pretensji! Najfajniejszą nastolatką, jaką znam! Kapelusze z głów, naprawdę! I wielki szacunek dla Oli mądrych Rodziców… Przede wszystkim dla nich :-)



Niebo nad BUW-em pręgowane…


  A w tych wysokich trawach O. załapała się na fajną sesję ;-)
Spacer Bednarską prosto na Skwer Hoovera… Lubię to miejsce też dlatego, że ostatnie chyba zdjęcia z M. po drugiej stronie brzucha ;-) pstryknęliśmy właśnie tam. Tamtejsze ławki są bardzo fotogeniczne ;-)
I Oli samochod marzenie!
I jeszcze jedno moje ulubione miejsce… Kto poznaje ten taras?
Trochę fajnych wspomnień z nim się wiąże…
A i ta tajemnicza willa o niezwykłej historii (i legendzie). To ta z inskrypcja (powyzej). Teraz często tamtędy przechodzę – za każdym razem mijając ją, czuję dreszcze na plecach ;-)





No i jeszcze coś z zoo. Do którego tak naprawdę wcale nie lubię zaglądać… Ale tym razem trzeba było oswoić M. z krokodylami ;-)
W chłodny, październikowy dzień zwiedzających bylo niewielu, za to zwierzęta czuły się jakby swobodniej (sic!) – więc lwy głośno ryczały (ku wielkiemu zachwytowi M.), a słonie miały wyjątkowo raźne miny :-)
W końcu udało nam się spędzić tez więcej czasu w ptaszarniach – nawet sporo tam przepięknych okazów! Polecam :-) Zwłaszcza w chłodne dni!



Kwiatek okazał się być przeznaczony dla O. Ja się załapałam na… kamień ;-) No, każdemu najwyraźniej według zasług, hehehe!


Pozdrawiam :-)
Serdecznie!
Dużo wypoczynku w weekend Wam życzę…

Mój będzie bardzo pracowity i obawiam się, że nie uda nam się go spędzić tak, jak zaplanowaliśmy :-(
Cóż, trudno…
Może chociaż pogoda dopisze? Oby!

PS A po weekendzie genialna piosenka i jeden taki słoneczny październikowy spacer :-) Miedzy innymi! 
Do zobaczenia zatem!

poniedziałek, 17 października 2011

Z Olą :-)



Powiem Wam tylko, że mam świetnego Syna i wspaniałą Chrześnicę!!!
Dziś tylko tyle ;-)

A o tym, jak fajnie minęły nam te trzy dni z Olą opowiem za chwilkę...

To zdjęcie z wczorajszego, przedpołudniowego spaceru...
Zimno już, prawda?
Ale pięknie :-)

Miłego poniedziałku

PS Trzymajcie dziś za mnie kciuki :-) Przede mną ważne spotkanie!

czwartek, 13 października 2011

Mummy :-)


Uwielbiam, kiedy M., tuż przed zaśnięciem, symuluje cichuteńkie pochrapywanie... Podpatrzył, jak pochrapują bohaterowie Jego ulubionej bajeczki i chyba to stąd :-) Zerka na mnie wtedy ukradkiem
i zaczyna chichotać. Sama słodycz.  W takich chwilach się rozpływam...

Uwielbiam, kiedy po przebudzeniu wtula się we mnie niczym mały lemurek :-) I jak po popołudniowej drzemce 'odprawia boruszki' (to chyba z J.U.Niemcewicza zaczerpnięte określenie - popularne w moim Domu).

Uwielbiam, kiedy biegnie rozpędzony, roześmiany prosto w moje otwarte ramiona!!! Przy powitaniu albo na spacerze. Po prostu uwielbiam!

Uwielbiam te wszystkie spontaniczne pocałunki M. :-) Jego nieme 'Kocham Cię, Mamo!'

I uwielbiam, kiedy tańczy.
I śpiewa. Podśpiewuje :-) Pod nosem nuci podczas malowania na przykład...
I kiedy zakłada buciki samodzielnie. Jaką ma wtedy minę poważną!
I kiedy wyjada długaśne spaghetti blanco z mojego talerza - uwielbiam ;-)
Albo kiedy liczy na paluszkach: ci, ci, ci! Trzy, trzy, trzy - znaczy się ;-)
Do pięciu już liczy!

I uwielbiam się czasem stęsknić za M.
:-)

Ach, już jakiś czas temu chciałam podzielić się Wami tą piosenką, ale znaleźć jej nigdzie w sieci nie mogłam. Z pomocą nadszedł Tatuś M., który skompresował mi ją z płyty do formatu mp3, wrzucil na Wrzutę i oto jest!



Z dedykacją dla wszystkich Mam, które czasem 'really need to go out' ;-)
Uwielbiam tę piosenkę!
Uwielbiam taki plumkający bas w tle...
Ma świetny puls i rytm!
I bardzo lubię Susi Hyldggard tak w ogóle.
Dunki fajnie śpiewają :-)

***

Kiedy Mama 'siedzi' w Domu z Dzieckiem, z czystym sumieniem może spędzać popołudnia i wieczory 'na mieście' ;-)
Dla higieny umysłowej między innymi!
Zerkam czasem w swój terminarz spotkań towarzyskich i gęściej on teraz jest wypełniony niż w czasach sprzed M. Choć i wtedy dosyć często 'bywaliśmy' ;-)
Po narodzinach M. najbardziej ucierpiał teatr :-( Ta godzina 19-ta była dla nas wybitnie nieodpowiednia... Ale teraz M. coraz starszy, chętnie zostaje z Babcią albo z Wujkiem Tomkiem (oj, trafił nam się najlepszy babysitter pod słońcem!); czasami czuję się własnemu Dziecku wręcz niekonieczna ;-) Zatem w tym sezonie zamierzam kilka premier zaliczyć!Bo w następnym może już być słabo w tym temacie :-(

A dziś przyjeżdża do nas O., moja 15-letnia Chrześnica.
Hurra! Zapowiada się cudny weekend w związku z tym :-)
W sobotę wybieramy się do Łazienek na promocję pewnej książki, której publikacji od kilku już miesięcy nie mogę się wprost doczekać!
Poza tym moc innych atrakcji.
Wspólnie z M., ale też tylko we dwie :-)
Cieszę się na przyjazd O., choć już mi smutno, bo wiem, że te trzy dni zlecą jak z bicza strzelił :-(

Za to w przyszłym tygodniu spotkanie za spotkaniem... Z Dziewczynami między innymi :-) A potem krótki wypad do Kazimierza :-) Taka październikowa tradycja...
Ach, no i marzy mi się jeszcze w październiku ta wystawa Turnera.

***

U nas od rana - głośno, oj głośno - 'Hymn wieczorów miejskich' - w sumie byłby to może nawet bardziej adekwatny temat do dzisiejszego posta ;-) Ale posłuchajcie Susi Hyldgaard, a 'Hymn wieczorów miejskich' kiedy indziej!

Wszystkiego miłego!!!






środa, 12 października 2011

Opowiastki... I trochę o garderobie :-)


Miękki, ciepły golf w kolorze mysim, ciemnopopielata peleryna z wełny, brązowe oficerki, czarna przepastna torba...
- Dziecko, czy Ty nie masz już innych kolorów w szafie? - załamuje ręce Mama mojego Męża ;-)
Mam!
Dwanaście białych koszul ;-)
Golf w odcieniu fuksji.
I jeden czerwony.
Kremowy kardigan.
Tyle.

Wszystko inne w czerni, brązie i szarościach. Lub białe. Uwielbiam beże - ale tylko na kobietach Hitchcocka ;-)
No dobra, mam jeszcze kilka pastelowych koszulek polo.
Nie noszę też niczego we wzorki.
Szczytem ekstrawagancji są marynarskie paseczki ;-)
Nuda, co?
I zero polotu.
Wiem.

- I Dziecko też na szaro-buro? Zlituj się! - dodaje błagalnym tonem Babcia B.
No więc kupuję dla M. oranże i turkusy! I dużo czerwieni!
I granatowy płaszczyk, hihi!
Za to klocki kolorowe :-)
I żelaźniaki.
No i kredki ;-)))
Może być?



***



Słucham nowej Tori Amos. 'Night of Hunters' wydana przez Deutsche Grammophon (sic!).
I jest OK.
Choć wolę 'Little Earthquakes'.
Już zawsze będzie mi się kojarzyć z początkiem studiów.
Z akademikiem.
Z wieczorami nad tomami opasłymi i przy szklaneczkach Cheneta ;-)
To był nasz dyżurny trunek tamtych lat! A kształtne butelki służyły nam później za wazony na bez i jarzębinę... Fajne czasy!

Tamta płyta Tori Amos.
'Blue Valentine' Toma Waitsa.
'The Boatman's Call' Nicka Cave i Bad Seeds.
Koncert Paryski Keitha Jarreta i jeszcze ta płyta - jedna z najważniejszych.
No i Erykah Badu. Bez końca :-) Aśku, pamiętasz?
Trochę Turnaua i K. Groniec. I Miles Davis. Tab Two i Branford Marsalis.
No i Cassandra Wilson - ta płyta.
Moja TopLista z pierwszego roku :-)

***

Wczoraj zaszalałam w księgarni. Trochę tytułów dla siebie, kilka dla M.
Lubię jesień pod tym względem.
Powoli szykuje się już przedświąteczny wysyp znakomitych książek!
Kupuję na zapas. Hurtowo. Dla nas. Dla M. Dla zaprzyjaźnionych Dzieci. 
Pamiętacie taki rysunek Raczkowskiego? Że książka najlepszym prezentem? Zawsze śmiać mi się z siebie chce, kiedy wychodzę obładowana z księgarni. Z życiu w żadnym sklepie z ubraniami tak nie zaszalałam ;-)


***


M. nie znosi gruszek.
Pojęcia nie mam dlaczego...
Jeszcze w formie musu pół biedy. Sprytnie ukrytych w owsiance czy budyniu.
Ale gruszka na surowo? Bleeee... Przygląda się jej podejrzliwie. Wyciera z niesmakiem dłonie, gdy przypadkiem dotknie gruszki, zręcznie wyławiając kawałki jabłka z półmiska owoców ;-)
Bo jabłka tak! Pod każdą postacią i w każdej ilości!!!


***


Żelaźniaki.
Wypierają każdy inny pojazd.
Mamy w końcu sporą kolekcję drewnianych samochodzików.
No way!
Tylko ja się nimi bawię ;-)
Żelaźniaki najlepsze z napędem i otwieranymi drzwiczkami :-)
W dzieciństwie miałam dwa: żółtego fiata i biało-zielonego nissana.
Mój dwuletni syn już ma autek pełen kosz!!!
A zdaje się, ze to dopiero początek kolekcji!!!
No, w lokomotywy jeszcze idziemy ;-) Babcia R. to się nawet rozszalała w tym temacie, haha!
A ja sobie zawsze powtarzałam: nie dam się wkręcić w tę spiralę zabawek... Ale jak tu odmówić? Jak tu Babciom, Wujkom zabronić? Jak samemu się powstrzymać? Ech...

Śni mi się często, że rozmawiam z M.
Że mówi całymi zdaniami. Pełnymi, wielokrotnie złożonymi ;-)
Póki co - zdanie pojedyncze.
Bardzo pojedyncze.
Dwu-, trzywyrazowe ledwie.
Ale coraz więcej ich!
Choć wciąż mało...

Oczywiście upatruję to w kategorii klęski wychowawczej ;-(
A z drugiej strony niewiele mam sobie do zarzucenia w tym temacie: dużo do M. mówię, zadaję pytania otwarte, staram się nie powtarzać tych Jego wymyślnych neologizmów i nazywam rzeczy po imieniu, nie używając wielu zdrobnień. Czytam Mu miliony wierszy, rymowanek. Gryzie dużo, poza owsianką lub inną zdrową kaszą nie jada żadnych papek, znakomicie radzi sobie nawet z bardzo twardymi owocami czy sucharami - żuchwa rozwinięta prawidłowo ;-)
I mówi mnóstwo.
Po swojemu!
Staram się udawać, ze nie rozumiem. Ale - uwierzcie - bardzo to trudne! Bo rozumiem ;-) Niemal wszystko! I bawi mnie ta jego słowotwórczość ;-)
M. po swojemu nawet śpiewa!
I gawędzi tak z Babcią przez telefon!
Ale coraz częściej dośpiewuje 'po polsku' końcówki rymów w piosenkach! Na razie te nieskomplikowane.
Ach, nie wyobrażacie sobie, jak bardzo chciałabym, żeby 'przemówił'!!!
Czasem czuję, że doszliśmy do ściany.
Że tyle przed nami zabaw i nauki, ale żeby pójść dalej, niezbędna jest obustronna komunikacja  - inaczej ciężko ruszyć naprzód. Bo M. rozumie wszystko, ale z mówieniem wciąż jeszcze kłopot...
Ech...
Cierpliwości, cierpliwości!
Za to jeśli chodzi o rozwój ruchowy, to jest (jak nic) na poziomie cztero-, pięciolatka!
Czy mówiłam Wam, że Tatuś M. szuka dla Niego przedszkola z rozszerzonym programem kaskaderskim? ;-))))
 Żartuję, oczywiście!
Ale z premedytacją pomijam tu opisy wyczynów mojego Syna na placach zabaw i okolicznych parkanach ;-) a także na parapetach w przychodni oraz stojakach na rowery w pociągu ;-)))
Zmroziłyby Wam krew w żyłach!!! Poważnie mówię!

Pozdrawiam!
I dobrego dnia Wam życzę!
Ja dziś w biegu :-)

PS Ewo, dopiero teraz włącz PLAY :-)  I jeszcze raz! Voila!

poniedziałek, 10 października 2011

Czas rozpalić piec...


Za oknem*... Za niedługą chwilę pewnie...
Cóż, czas chyba rozpalić piec...

'Mój blog jest moim własnym, osobnym pokojem.' - mignęło mi gdzieś takie zdanie.
Ja chyba również z tego powodu tu jestem :-)
Bo czasami bardzo mi takiego własnego pokoju brakuje. Czasami.

Zmieniamy muzyczną garderobę na jesień.
Ciekawe, są takie płyty, których słuchamy tylko latem, są takie, które wrzucamy do odtwarzacza dopiero, kiedy dzień robi się krótszy... Chciałam o tym napisać w dni upalne, kiedy królowały bossa novy, Nina Simone i 'Siesta' Milesa Davisa - moje absolutne 'must-to-listen to' latem! Nie zdążyłam ;-)
Dziś na regał podręczny wracają chmurni Skandynawowie ;-) i ciepłe, imbrykowe ;-) głosy... I dużo wiecej klasyki.
I ta jedna płyta AMJ, której to (płyty) słuchamy nieprzerwanie od parunastu już lat. Ta piosenka jest jedną z moich naulubieńszych...



I tekst do niej Jana Wołka:

Mrok, jak kosmaty pies.
Patrz wrzesień już,
czas rozpalić piec.
Posmutniało w ogrodzie i nagle postarzało się.
(...)
Wróć w lampy ciepły krąg.
Do szafy płaszcz.
Jabłkami pachnie dom.
Przemoczony poeto siądź,
skończ ten swój niezwykły wiersz.
Pusta kartka i tylko znów ogarek świecy.
Dla ciebie dziś kupiłam ten zielony szal.
Ostatnie jabłka z drzew postrącał wiatr,
a miałeś zerwać.
Zbyt mało ciebie mam.
Kilka mądrych zdań,
to wszystko...

Bardzo za takie teksty ich twórców podziwiam :-) Za takie obrazy jesieni. I uczuć... I za takie sformułowania jak 'wróć w lampy ciepły krąg' albo 'posmutniało w ogrodzie i nagle postarzało się'...
Jak ja zazdroszczę poetom! Wyobraźni i precyzji!

***

W naszej ulubionej Kawiarni już bardzo przytulnie...
W kominku zapłonął ogień :-)
Dzieci jeszcze trochę biegają po ogrodzie - rumiane policzki i zziębnięte dłonie - jednak coraz więcej zabawy we wnętrzu...
A herbata z plastrem pomarańczy smakuje wprost wybornie :-)
W fotelu, pod kocykiem... Podczas gdy M. w najlepsze bryka z rówieśnikami.

***

A w Domu często rysujemy...
Ostatnio narysowałam M. krokodyla.
Bardzo go ten krokodyl wystraszył ;-)
Serio!
Miłość do krokodyl wzięła się od Pana Kłapa A potem jeden taki duży i zielony zamieszkał w piaskownicy w Placu Zabaw właśnie ;-) Często go odwiedzaliśmy latem! Niedawno M. dostał pięknego krokodyla z drewna... Z grzbietem z filcu.
No a teraz rysujemy. Zielona kredka w użyciu ;-)
Skąd ty jesteś, krokodylu?
Ja? Znad Nilu. 

:-)

A Bajki Grajki znacie?
Ostatnio 'Noc u Wedla' często u nas :-)
Takie retro pioseneczki M. uwielbia.
'Jakem baton z nadziewanką owocową, stokroć lepszy od rodzynka i od knedla (...)" ;-)
Choć i tak absolutnym numerem 1 jest piosenka z angielskiej bajki o lokomotywach. Mamy miłośników 'Tomka i Przyjaciół' pewnie dobrze wiedzą, o którą piosenkę chodzi ;-)
No i 'Cztery Łapy' - często śpiewamy! Pamiętacie? Artur Barciś śpiewa!
W dzieciństwie uwielbiałam Pankracego! Miałam tylko mały problem z koniugacją ;-) Odmieniałam imię bohatera mniej więcej tak: Pana Kracego, Panem Kracym, Panu Kracemu ;-)))

***

Jak dużym zmianom ulega w ostatnim czasie nasza aktywność w ciągu dnia...
Więcej książek, ciastoliny, kulinariów, przeturlanek na podłodze :-)
Spacery już powoli nieco krótsze.
Przywieźliśmy z Radziejowic trochę starych książeczek po Tatusiu M. (wywiezionych tam - zupełnie niepotrzebnie, jak się okazuje - kilka lat temu, hehe). Wśród Wróbleków Elemelków, Plastusiowych Pamiętników i książeczek z serii Poczytaj mi, Mamo, znalazłam prawdziwe cacka. Między innymi
'Wiosenne obrazki' Stanisław Młodożeńca - wraz ze szkolną dedykacją z roku 1959 :-) 'Za pilność i bardzo dobre postępy w nauce' - dla (ośmioletniej wówczas) Babci B. ;-)
Obiecuję parę podobnych perełek tu zaprezentować!

***


A w sypialni nowa lampa.
Poprzednią poważnie uszkodził M. ;-) Podczas zabawy, ma się rozumieć!
Bardzo lubiłam miękkie, blade światło tamtej, jednak nowa jeszcze bardziej ociepliła wnętrze...
I jak przyjemnie wieczorem poczytać w jej kręgu!
Niewielkie mieszkania mają swoje plusy. Żyjemy bliżej siebie. A własny pokój potrafię sobie zorganizować w inny sposób, jak widać ;-)
Czasami klnę pod niebiosa, mocując na szafach kartony z letnią garderobą - o ileż wygodniej byłoby je przechowywać w jakiejś przestronnej garderobie ;-) ale z drugiej strony - jak czasami dobrze słyszeć oddech tych najbliższych...
Ale ze trzy dodatkowe pokoje by nam się przydały, hehe!
Ech, wszystko w swoim czasie ;-)
Może nawet kominek...
Kiedyś.

Pozdrawiam!
I biegnę smażyć racuchy z jabłkami! Moi Chłopcy już się uporali z obieraniem i krojeniem antonówek :-)
A jutro idę do teatru :-)


*) Sobota. Powiśle. Z samochodu. Telefonem.
















niedziela, 9 października 2011

Weekendowo :-)


Jedenaste. Noś przy sobie zawsze aparat fotograficzny ;-)
Telefon NIE służy (jak widać) do robienia zdjęć. Po prostu!

Mea culpa!
Spodziewałam się, że tylko przemkniemy w deszczu przez Powiśle, w drodze do Czułego Barbarzyńcy, tymczasem wylądowaliśmy znów na dachu BUW-u :-)
Z kubkiem kawy i z widokiem na rozchmurzone niebo.
I z młodą parą pozującą do zdjęć :-)
Deszcz nas złapał w drodze powrotnej...


Niedziela nie gorsza :-) Przedpołudniowy spacer po Łazienkach z K. i Dziewczynkami :-) 
I Ogród Botaniczny... Kolekcja liści i listeczków do Zosinego zielnika-nie zielnika... A ja zbieram liście miłorzębu. Bo to drzewo naszego M. Takie też zresztą Mu zasadziliśmy, kiedy się urodził! 
Wiewiórki - o dziwno - dopisały! Ale pawia wciąż ani jednego... 
M. i Zosia, kaczuchy, gondole, tłumy na alejkach, parę zdjęć... No i Tosia śpiąca w wózku.
No a po spacerze znakomitości dla podniebienia :-) w pewnym fajnym, starym-nowym miejscu... 
W którym M. miał sporo uciech,, a ja chwilę wytchnienia przy najlepszym na świecie tiramisu... Które z prawdziwym tiramisu właściwie nie miało wiele wspólnego, ale stąd chyba właśnie mój zachwyt ;-) 
W każdym razie po piątkowym poczuciu niemocy wychowawczej ślad nie pozostał... Choć mam świadomość, że to stan przejściowy jedynie ;-) 
Póki co, wybieramy się za małą chwilkę na koncert. Ach, no teatr, koncert, kino - dzieje się ostatnio i dziać się będzie... W dodatku w czwartek czeka nas wizyta gościa najmilszego z najmilszych ;-) a w tygodniu kilka jeszcze spotkań... I spacerów pewnie! I może jakieś ze dwa seanse w ramach WFF :-)

Sesja foto niczym z bergmanowskiej 'Siódmej pieczęci', prawda? ;-) 
No, prawie...
A prawie, jak ogólnie wiadomo, robi różnicę, hahaha!


***


Popełniłam wczoraj znakomity barszcz grzybowy. Odrobinę wigilijny :-)
Pochwalę się, bo bardzo z siebie dumna jestem!
Z pasztecikami barszczyk smakuje wyśmienicie - mniam, mniam...


***


Chciałam jeszcze dwa słowa o Tadeuszu Różewiczu.
No bo dziś świętuje 90-te urodziny!
Bo jest jednym z moich ulubionych, współczesnych poetów.
No ale jak tę poezję z barszczem grzybowym skomponować? ;-) 
Choć może w tym przypadku nie byłoby to aż tak niestosowne...

W każdym razie o Różewczu może kidyś indziej.
Napiszę tylko, że dawno, dawno temu, za górami, za morzami, za lasami ;-) chadzałam czasami na spotkania autorskie i to z Tadeuszem Różewiczem było jednym z najważniejszych. Inspirujących i niezapomnianych. 
W spotkaniu tym brał udział jeszcze inny znakomity poeta, Hans Magnus Enzensberger i w ciągu tych paru kwadransów dowiedziałam się więcej o życiu, o świecie, o sobie niż podczas niejednego cyklu wykładów akademickich! Więc chociaż tyle o Różewczu dzisiaj.
Może jeszcze to, że uwielbiam Jego poczucie humoru :-) 


***


A jutro wieczorem piosenka.
Jedna z moich ulubionych :-)
Jesiennych.


Wiecie co? Gdybym mogła sobie wymyślić nowy zawód, taki wyłącznie dla przyjemności, chciałabym prowadzić jakąś audycję muzyczną w radiu ;-)
Chyba sprawiałoby mi to wiele frajdy!

Do jutra!















piątek, 7 października 2011



Ach, jeśli ktoś spędza ten weekend nad Bałtykiem, to baaardzo mu zazdroszczę... Bardzo! Niezależnie od pogody, naprawdę :-) Kilka migawek z sierpnia jeszcze... Chyba najbardziej lubię taką właśnie pogodę nad Bałtykiem! I wiele bym dała za taki spacer brzegiem morza dzisiaj. Choćby miał mi wiatr głowę urywać!!!
Dwaj moi ulubieńcy :-) Dwaj panowie M. I zestaw marynarskich pasków :-)

Och, przydałaby się nam jeszcze trzecia Babcia ;-) Taka nad Bałtykiem! Jedną mamy na miejscu, drugą w górach, więc ta nad morzem byłaby jak znalazł!


Za mną arcytrudny piątek... Prawdziwy spektakl porażek wychowawczych :-(
Za które siebie wyłącznie winię.
Czasami myślę, że nie najlepiej sobie radzę w tej roli. Staram się jak diabli, staram się... Ale czasami... Po prostu wychodzę ze skóry... Z siebie wychodzę!
I marzę wtedy, żeby nadszedł w końcu wieczór... Żebym mogła wykrztusić jakoś z siebie te wszystkie nagromadzone emocje i skumulowaną złość. Żebym mogła zabrać psa na długi spacer - nieważne, może być i w deszczu... Żebym mogła usiąść do pianina i zmęczyć jakąś porządną etiudę... Albo po prostu zwinąć się w hamaku ze słuchawkami na uszach ;-) Byle odgonić niektóre myśli. Z którymi mi źle...
Nigdy nie podnoszę głosu na M.
Choć zupełnie to niezgodne z moim temperamentem. Bo w złości bywam przecież bardzo wybuchowa.
No ale jak tu krzyczeć na dwulatka?
Więc duszę w sobie i upycham to wszystko, czym powinnam zionąć ;-)
I tłumaczę, tłumaczę, tłumaczę.
Powtarzam w nieskończoność...
Bardzo to trudne czasami.
I czasem wątpię w skuteczność 'siły spokoju' ;-)

Dobrze, że już jutro sobota. Bardzo dobrze... Mam nadzieję, że pogoda nie pokrzyżuje nam planów weekendowych. Po sezonie sałat i lekkich makaronów, przyszła pora na węgierską zupę gulaszową... Na ciepły sweter i na oficerki :-)
Oj, jak nam tu brakuje takiego Starszego Braciszka...Nie wyobrażacie sobie, jak oni wspaniale potrafili spędzać razem czas! Tyle kilometrów nas dzieli, niestety... O jakieś 700 za dużo :-(  Szkoda... Tak by mi się marzyło, żeby Mikołaj wpadł do nas czasem na budyń :-) 
No cóż... Pozostają nam wspólne wyjazdy wakacyjne i spotkania świąteczne... Dobre i to :-)

W weekend planujemy zabrać M. do kina!
Po raz pierwszy!!!
I w parę jeszcze innych miejsc :-)

A dzisiaj przed zaśnięciem wyliczanka.
Z cyklu: kto już śpi ;-)
Koty śpią, myszki śpią, Wujo śpi, Ciocia śpi, Hania śpi, Miki śpi, słonie śpią, osły, kozy, nosorożce...
Śpią koparki i wagony, śpią zegary (?) i zabawki...
Nagle dobiegł nas zza okien dźwięk rozpędzonego motocyklu!
- Tunia (motor) nie śpi! Mimi (o sobie) też nie śpi!
No i klops.
Kolejne pół godziny żmudnego usypiania przed nami ;-)))

Dobrej nocy!
I samych wspaniałości w weekend :-)




czwartek, 6 października 2011



Filiżanka zielonej herbaty tuż po 5.30 ;-)
Oj, tak...
Czasami M. nie ma litości!
Słodzona miodem. Klonowym.
Chwilę potem mocna kawa.
Gorzka.
Albo z łyżeczką trzcinowego cukru.
Takie nasze rytuały...
Dużo, dużo muzyki o świcie :-)
Zamiast programów informacyjnych na dzień dobry... 
Ech, i tak wszystkiego się dowiemy... Za kwadrans, za dwa, za cztery...
Więc muzyka!
I pląsy! W miejsce gimnastyki ;-)
Porcja owsianki...
Z łyżką nasion dyni i z cynamonem!
A potem długi spacer w stronę lasu...
I sprawunki.
Bukiet astrów u staruszka tuż przy wyjściu z metra.
Chrupiące bułeczki z ulubionej piekarni.
Koszyk jabłek.
Śliwki.
Winogrona.
Urodziwy pęk włoszczyzny. Na jesienną, rozgrzewającą zupę. Na jutro.  
Leniwie na starcie...

A potem już pędem :-)
Dziecko, wózek, dokumenty, buty, klucze i telefon...
Torba na ramię, papiery pod pachę, miękki szal wokół szyi i biegiem...
W takim pośpiechu zdarza mi się gubić marynarki ;-)
Serio!
Jedną zgubiłam kilka dni temu!!!
I przeboleć straty nie mogę :-(
Na pociechę kupiłam dziś pięknie pleciony sweter...
Ciepły.
Na jesień.


Z Mokotowskiej skręcam w Koszykową...
Aleją Róż w stronę Parku Ujazdowskiego. Mam jeszcze kwadrans :-)
Kolejne kasztany upycham po kieszeniach.
Jakoś nie mogę się powstrzymać - mimo że w Domu kosze już ich pełne, wciąż zbieram następne i następne ;-)
Za każdy razem sięgam po nie, gdy turlają się do moich stóp...
I zbieram porudziałe liście.
Potem schną między tomami.
Między stronicami...

Zwalniam kroku...
A potem przyspieszam ;-) bo to jednak tylko kwadrans.

Więc kolejna kawa już na miejscu.
I duuuuużo pracy.
Do późnej nocy...
Z mała przerwą. Z chwilą oddechu tuż po zmroku... I z następną filiżanką espresso. Na Placu Trzech Krzyży :-)
Z torby wysypuję same skarby: ludzik Lego, samochodzik, sto kasztanów...
Nie sposób zapomnieć, że w Domu czeka M. ;-)



***

Spokojny sen i równy oddech Dziecka.
Najważniejsze...
A potem szczegółowe relacje Tatusia M. z ich 'męskiego popołudnia' ;-)
I na dobranoc upominek.
Dla mnie :-)

Taka moja środa w plasterkach.
Niektóre dni trwają dłużej niż inne...



***

Dzisiaj za to długie, wspólne zasypianie w hamaku.
M. na moich kolanach...
Patrzymy w okno, obserwujemy samoloty podchodzące do lądowania...

Kołysanki.
Dawno ich nie śpiewałam...
Moja ulubiona to chyba stare harcerskie 'Słoneczko już gasi złoty blask'. Znacie?
I 'Cichy zapada zmrok' jeszcze.
I 'Idzie niebo ciemną nocą' :-)
I Dymszowskie 'Ach, śpij kochanie' oczywiście...
Po długim, wyczerpującym dniu potrafią ukoić.

Najchętniej sama bym już poszła spać ;-)


Dobrych snów!

środa, 5 października 2011

Chłopiec i tęcza :-) czyli spacerujemy...


Czwartek, piątek, sobota, niedziela i dziś…

Jesienna włóczęga przez wszystkie warszawskie parki :-) No, prawie wszystkie…
Ogród Saski, Królikarnia (x2), Agrykola, Ujazdowski (x2), Park Dreszera,Wilanów (x2), Łazienki, Morskie Oko…
No i Ogród Botaniczny przy Łazienkach.
Ach, i jeszcze Ogród Botaniczny na dachu BUW-u…
I Las Kabacki.
Sporo!

Nie pamiętam kiedy ostatnio udało mi się tak nacieszyć, nasycić, wręcz zachłysnąć jesienią! Spokojem parkowych alejek, ciszą skwerów… Kasztany sypały się nam na głowy, z nieba sfruwały pojedyncze liście… Trochę już zrudziało wszystko… Robi się przepięknie… I donikąd nam się nie spieszy...

To jeszcze nie ta jesień zwiastująca zimę…
To ta, którą nie wypada się nie cieszyć… Która przypomina o wszystkich urokach minionego lata! Która łaskawie pozwala spacerować wieczorami, bo wciąż ciepłe są wieczory…
Wspaniały to czas!

Urocza ta jesień wyjątkowo…
Szczerze mówiąc nawet nie zaglądam na prognozy.. Co będzie, to będzie. Czasami ważniejsze, co jest! Prawda?

Spacery w przemiłym towarzystwie… Przez kilka dni gościliśmy moją dawną Przyjaciółkę, taką z lat najwcześniejszych… Moją imienniczkę :-) i (prawie) rówieśnicę.
- Nie ma Cioci… - ze łzami w oczach stwierdził M. w niedzielny poranek, kiedy Ciocia już wyjechała.
- Jeszcze nas odwiedzi – pocieszam Go.
Uśmiech rozjaśnia buzinkę M.
A Ciocię zapraszamy znów :-)
Niedziela za to urodzinowa. Urodzinowy spacer w Wilanowie – w towarzystwie Hani i Jej Rodziców :-) Polowanie na kasztany i inne atrakcje…
Potem urodzinowy obiad i słoneczny piknik w Królikarni – w towarzystwie świętującego 24-te urodziny Wuja Toma :-) Tego najukochańszego! Tego, za którym zawsze płacz ;-)
Przed Królikarnią rośnie okazała jabłoń – oj, stareńka… Owocuje nie tak często. W tym roku prawdziwy urodzaj… Zatrzęsienie jabłek! M. zbierał te spod drzewa, a kilka (z pomocą Taty) nawet zerwał z gałęzi! Po czym natychmiast skonsumował ;-) Ech, chyba żadne jabłko Mu nie smakowało tak bardzo jak to własnoręcznie zerwane. Pożarł ze skórką!!! 
Stara, szlachetna odmiana… Nawet na targu już takich nie ma…
Swoją droga ciekawe, ile lat ma ta jabłonka?

Wieczór z kawą, tortem i koszem muffinek (czekoladowo-bananowych – upiekłam je na specjalne Wuja Toma zamówienie!!!). No i płacz przy rozstaniu z Wujem :-( 
Znowu.

Na pocieszenie urodzinowy spacer z Filipem, naszym dobrym psem... Dziesięcioletnim już!


 
A dziś spacer z Delie. I z Chłopcem :-)
Z hulajnogą i harcami w naszym ulubionym Placu Zabaw.
Jeszcze niedawno śnieżyły tam akacje… Dziś z nieba sfruwały hurtowo liście…
- Liściowy deszcz! – wołał Chłopiec!
Znakomite red latte (na bazie rooibosu!), kilka polaroidowych migawek (by Delie), bujanie w hamaku i rysunki kredą. Kreda to najnowsze odkrycie M. I moja wielka bolączka, bo malunki kredą zdobią już całe nasze mieszkanie, hehe!

A teraz moja chwila wytchnienia…. Moi Chłopcy na rowerze :-)
Chwila wytchnienia z Susi Hyldgaard na przykład.
Albo trochę inaczej – z Particie Petibon

Albo z taką piosenką:


I jeszcze w takim wykonaniu (zaskakującym?):


Którą nuciliśmy przez cały weekend! I która z głowy wciąż nie może mi odfrunąć! I dobrze! Bo cudna jest! I w jednej, i w drugiej interpretacji!!!

No to kilka jeszcze migawek... Głównie z Ogrodu Botanicznego. Zdjęcia pstryknięte ze zwykłej 'małpki' - zatem takiej sobie jakości :-(  Ech, no wciąż czekam na mój aparat...
 
Takie zdjęcia 'obuwnicze' powinny być dedykowane Delie ;-) Zatem dedykuję!
Poniżej po prawej kasztan jadalny. Sporo ich w Ogrodzie Botanicznym... Nie sądziłam, że tak obficie owocują w naszym klimacie. Lubicie kasztany? To jeden z moich ulubionych smaków jesieni... Obiecuję oddzielny post na ten temat :-)




Widzicie tę parę poniżej? Bardzo retro :-) On i ona w moim pewnie wieku... Oboje w strojach 'z epoki' - jakby wyjęci z przedwojennego albumu. Bezbłędni! Niezręcznie mi było ich tak obfotografowywać...
A teraz żałuję :-(


I jeszcze Łazienki raz :-)
W sepii i z Pałacem na Wodzie.
Martwię się o tamtejsze wiewiórki... Albo coś ostatnio nie mam szczęścia, albo jakiś exodus... Ni widu, ni słychu :-( A ja tylko orzechy do Łazienek niepotrzebnie dźwigam.
Podobnie z pawiami. Zaniknęły czy jak?
Wiecie coś na ten temat?


I Królikarnia :-)
Jeden z naszych ulubionych zakątków na mapię Warszawy.
Ulubiony z wielu powodów!
Głównie romantycznych ;-)

Cappuccino, stara jabłoń i bukiety z liści...
No i Tata i Syn na koniec :-)
Pstryknięte telefonem!




Takie jabłka w dziuplach - ale pomysł :-)

Spokojnego wieczoru wszystkim!!!
Ach, i dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim postem! Za chwilę odpiszę :-)