czwartek, 6 października 2011



Filiżanka zielonej herbaty tuż po 5.30 ;-)
Oj, tak...
Czasami M. nie ma litości!
Słodzona miodem. Klonowym.
Chwilę potem mocna kawa.
Gorzka.
Albo z łyżeczką trzcinowego cukru.
Takie nasze rytuały...
Dużo, dużo muzyki o świcie :-)
Zamiast programów informacyjnych na dzień dobry... 
Ech, i tak wszystkiego się dowiemy... Za kwadrans, za dwa, za cztery...
Więc muzyka!
I pląsy! W miejsce gimnastyki ;-)
Porcja owsianki...
Z łyżką nasion dyni i z cynamonem!
A potem długi spacer w stronę lasu...
I sprawunki.
Bukiet astrów u staruszka tuż przy wyjściu z metra.
Chrupiące bułeczki z ulubionej piekarni.
Koszyk jabłek.
Śliwki.
Winogrona.
Urodziwy pęk włoszczyzny. Na jesienną, rozgrzewającą zupę. Na jutro.  
Leniwie na starcie...

A potem już pędem :-)
Dziecko, wózek, dokumenty, buty, klucze i telefon...
Torba na ramię, papiery pod pachę, miękki szal wokół szyi i biegiem...
W takim pośpiechu zdarza mi się gubić marynarki ;-)
Serio!
Jedną zgubiłam kilka dni temu!!!
I przeboleć straty nie mogę :-(
Na pociechę kupiłam dziś pięknie pleciony sweter...
Ciepły.
Na jesień.


Z Mokotowskiej skręcam w Koszykową...
Aleją Róż w stronę Parku Ujazdowskiego. Mam jeszcze kwadrans :-)
Kolejne kasztany upycham po kieszeniach.
Jakoś nie mogę się powstrzymać - mimo że w Domu kosze już ich pełne, wciąż zbieram następne i następne ;-)
Za każdy razem sięgam po nie, gdy turlają się do moich stóp...
I zbieram porudziałe liście.
Potem schną między tomami.
Między stronicami...

Zwalniam kroku...
A potem przyspieszam ;-) bo to jednak tylko kwadrans.

Więc kolejna kawa już na miejscu.
I duuuuużo pracy.
Do późnej nocy...
Z mała przerwą. Z chwilą oddechu tuż po zmroku... I z następną filiżanką espresso. Na Placu Trzech Krzyży :-)
Z torby wysypuję same skarby: ludzik Lego, samochodzik, sto kasztanów...
Nie sposób zapomnieć, że w Domu czeka M. ;-)



***

Spokojny sen i równy oddech Dziecka.
Najważniejsze...
A potem szczegółowe relacje Tatusia M. z ich 'męskiego popołudnia' ;-)
I na dobranoc upominek.
Dla mnie :-)

Taka moja środa w plasterkach.
Niektóre dni trwają dłużej niż inne...



***

Dzisiaj za to długie, wspólne zasypianie w hamaku.
M. na moich kolanach...
Patrzymy w okno, obserwujemy samoloty podchodzące do lądowania...

Kołysanki.
Dawno ich nie śpiewałam...
Moja ulubiona to chyba stare harcerskie 'Słoneczko już gasi złoty blask'. Znacie?
I 'Cichy zapada zmrok' jeszcze.
I 'Idzie niebo ciemną nocą' :-)
I Dymszowskie 'Ach, śpij kochanie' oczywiście...
Po długim, wyczerpującym dniu potrafią ukoić.

Najchętniej sama bym już poszła spać ;-)


Dobrych snów!

środa, 5 października 2011

Chłopiec i tęcza :-) czyli spacerujemy...


Czwartek, piątek, sobota, niedziela i dziś…

Jesienna włóczęga przez wszystkie warszawskie parki :-) No, prawie wszystkie…
Ogród Saski, Królikarnia (x2), Agrykola, Ujazdowski (x2), Park Dreszera,Wilanów (x2), Łazienki, Morskie Oko…
No i Ogród Botaniczny przy Łazienkach.
Ach, i jeszcze Ogród Botaniczny na dachu BUW-u…
I Las Kabacki.
Sporo!

Nie pamiętam kiedy ostatnio udało mi się tak nacieszyć, nasycić, wręcz zachłysnąć jesienią! Spokojem parkowych alejek, ciszą skwerów… Kasztany sypały się nam na głowy, z nieba sfruwały pojedyncze liście… Trochę już zrudziało wszystko… Robi się przepięknie… I donikąd nam się nie spieszy...

To jeszcze nie ta jesień zwiastująca zimę…
To ta, którą nie wypada się nie cieszyć… Która przypomina o wszystkich urokach minionego lata! Która łaskawie pozwala spacerować wieczorami, bo wciąż ciepłe są wieczory…
Wspaniały to czas!

Urocza ta jesień wyjątkowo…
Szczerze mówiąc nawet nie zaglądam na prognozy.. Co będzie, to będzie. Czasami ważniejsze, co jest! Prawda?

Spacery w przemiłym towarzystwie… Przez kilka dni gościliśmy moją dawną Przyjaciółkę, taką z lat najwcześniejszych… Moją imienniczkę :-) i (prawie) rówieśnicę.
- Nie ma Cioci… - ze łzami w oczach stwierdził M. w niedzielny poranek, kiedy Ciocia już wyjechała.
- Jeszcze nas odwiedzi – pocieszam Go.
Uśmiech rozjaśnia buzinkę M.
A Ciocię zapraszamy znów :-)
Niedziela za to urodzinowa. Urodzinowy spacer w Wilanowie – w towarzystwie Hani i Jej Rodziców :-) Polowanie na kasztany i inne atrakcje…
Potem urodzinowy obiad i słoneczny piknik w Królikarni – w towarzystwie świętującego 24-te urodziny Wuja Toma :-) Tego najukochańszego! Tego, za którym zawsze płacz ;-)
Przed Królikarnią rośnie okazała jabłoń – oj, stareńka… Owocuje nie tak często. W tym roku prawdziwy urodzaj… Zatrzęsienie jabłek! M. zbierał te spod drzewa, a kilka (z pomocą Taty) nawet zerwał z gałęzi! Po czym natychmiast skonsumował ;-) Ech, chyba żadne jabłko Mu nie smakowało tak bardzo jak to własnoręcznie zerwane. Pożarł ze skórką!!! 
Stara, szlachetna odmiana… Nawet na targu już takich nie ma…
Swoją droga ciekawe, ile lat ma ta jabłonka?

Wieczór z kawą, tortem i koszem muffinek (czekoladowo-bananowych – upiekłam je na specjalne Wuja Toma zamówienie!!!). No i płacz przy rozstaniu z Wujem :-( 
Znowu.

Na pocieszenie urodzinowy spacer z Filipem, naszym dobrym psem... Dziesięcioletnim już!


 
A dziś spacer z Delie. I z Chłopcem :-)
Z hulajnogą i harcami w naszym ulubionym Placu Zabaw.
Jeszcze niedawno śnieżyły tam akacje… Dziś z nieba sfruwały hurtowo liście…
- Liściowy deszcz! – wołał Chłopiec!
Znakomite red latte (na bazie rooibosu!), kilka polaroidowych migawek (by Delie), bujanie w hamaku i rysunki kredą. Kreda to najnowsze odkrycie M. I moja wielka bolączka, bo malunki kredą zdobią już całe nasze mieszkanie, hehe!

A teraz moja chwila wytchnienia…. Moi Chłopcy na rowerze :-)
Chwila wytchnienia z Susi Hyldgaard na przykład.
Albo trochę inaczej – z Particie Petibon

Albo z taką piosenką:


I jeszcze w takim wykonaniu (zaskakującym?):


Którą nuciliśmy przez cały weekend! I która z głowy wciąż nie może mi odfrunąć! I dobrze! Bo cudna jest! I w jednej, i w drugiej interpretacji!!!

No to kilka jeszcze migawek... Głównie z Ogrodu Botanicznego. Zdjęcia pstryknięte ze zwykłej 'małpki' - zatem takiej sobie jakości :-(  Ech, no wciąż czekam na mój aparat...
 
Takie zdjęcia 'obuwnicze' powinny być dedykowane Delie ;-) Zatem dedykuję!
Poniżej po prawej kasztan jadalny. Sporo ich w Ogrodzie Botanicznym... Nie sądziłam, że tak obficie owocują w naszym klimacie. Lubicie kasztany? To jeden z moich ulubionych smaków jesieni... Obiecuję oddzielny post na ten temat :-)




Widzicie tę parę poniżej? Bardzo retro :-) On i ona w moim pewnie wieku... Oboje w strojach 'z epoki' - jakby wyjęci z przedwojennego albumu. Bezbłędni! Niezręcznie mi było ich tak obfotografowywać...
A teraz żałuję :-(


I jeszcze Łazienki raz :-)
W sepii i z Pałacem na Wodzie.
Martwię się o tamtejsze wiewiórki... Albo coś ostatnio nie mam szczęścia, albo jakiś exodus... Ni widu, ni słychu :-( A ja tylko orzechy do Łazienek niepotrzebnie dźwigam.
Podobnie z pawiami. Zaniknęły czy jak?
Wiecie coś na ten temat?


I Królikarnia :-)
Jeden z naszych ulubionych zakątków na mapię Warszawy.
Ulubiony z wielu powodów!
Głównie romantycznych ;-)

Cappuccino, stara jabłoń i bukiety z liści...
No i Tata i Syn na koniec :-)
Pstryknięte telefonem!




Takie jabłka w dziuplach - ale pomysł :-)

Spokojnego wieczoru wszystkim!!!
Ach, i dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim postem! Za chwilę odpiszę :-)

czwartek, 29 września 2011

słowo/obraz (moje) terytoria :-) czyli obiecany 'stosik' i garść rozczochranych myśli na dobranoc...

Ech, no bo z tym słowem i obrazem…

Wybraliśmy się z M. na Tycjana… Zasnął zanim dotarliśmy przed Jego oblicze ;-) 
A ja patrzę, patrzę, patrzę na Tycjana i nic…
I jeśli o mnie chodzi, to wolę czytać eseje Poprzęckiej o Tycjanie ;-)
Wtedy ‘widzę’ więcej.
Czyli jednak słowa…
Co za paradoks ;-)

I gdybym miała dokonać wyboru – literatura czy obrazy – wybieram to pierwsze…
No, o ile dobra to literatura oczywiście ;-)
W pewnej takiej księgarni przy Emilii Plater godzinami nurkuję wśród wydawnictw albumowych – fotografia, malarstwo, design…
Czasem się skuszę ;-)
No i pełnią swą ambitną rolę - coffee table books ;-) I tyle. Bo zionie z nich pustką… Przekartkuję i już.
Powzdycham.
Zachwycę się.
Że piękne - zauważę…
I nic więcej.

Dlatego wolę literki.
Ale mam z nimi pewien problem…
Bo zawsze ich u mnie za dużo… Bo sama siebie nie potrafię redagować. Bo cudze teksty tnę i kroję – bez skrupułów i bez żalu ;-) Usuwam zbędne litery, odsysam z nadmiaru metafor ;-)
A te własną ręką kreślone? Oj, szkoda mi każdej ;-))) Rozrzutna jestem…

(Trochę to wszystko z przymrużeniem oka piszę oczywiście.)

I naturalnie obrazy wciąż budzą mój zachwyt…
Ale zaczynam odrobinę wątpić w sztuki wizualne.
W ich powtarzalność i dystans, jaki tworzą… Bo łatwiej wgryźć mi się ostatnio w litery niż w obraz…
Bo żaden Tycjan nigdy nie wywarł na mnie takiego wrażenie jak niejedna książka.
Choć może niewiele z fotografii czy malarstwa rozumiem. Pewnie dlatego…
Zresztą ostatnio zaczęłam czytać więcej właśnie o sztuce i przeraża mnie własna ignorancja i niewiedza w tym zakresie (mimo że do tej pory uważałam się niemal za ‘znawczynię’ sztuk pięknych, hihi).

A może dlatego, że żaden obraz, żadne zdjęcie nigdy niczego w moim życiu nie zmieniło… Nie dało się zapamiętać w taki sposób jak książka, jak słowo…
Nigdy, obejrzawszy najpiękniejsze nawet dzieło sztuki, nie wracałam do Domu ‘porażona’, nie zasypiałam, nie mogąc o nim zapomnieć…
A z książkami tak właśnie miewam.
I dlatego, że wątpię w to, co w sztuce neutralne. I dekoracyjne wyłącznie.
Bo w sztuce i pięknie szukam tego, co relatywne właśnie. Szukam przekazu. Bo wszystko inne to jedna wielka hucpa i naciągactwo. I dekoracja. Moim zdaniem przynajmniej…
A może po prostu zazdroszczę E., która opowiadała mi ostatnio o pewnym obrazie, który całkowicie odmienił Jej życie ;-) 
Naprawdę odmienił!
Chyba się raz jeszcze wybiorę na tego Tycjana…I lepiej się My przyjrzę!
Może jednak mną wstrząśnie?

A poniżej obiecany stosik :-)
Inspirujcie się!

Jarosław Iwaszkiewicz 'Ksiażka o Sycylii' (po raz kolejny, fragm.)
Jhumpa Lahiri 'Nieoswojona ziemia'
Rachel Cusk ' Ostatnia wieczerza. Lato we Włoszech'
Paweł Hueelle 'Opowieści chłodnego morza' (po raz kolejny!)
Leopold Tyrmand 'Filip' (jw.)
Adam Zagajewski 'Lekka przesada'
Agnieszka Drotkiewicz 'Jeszcze dzisiaj nie usiadłam'
Dorota Sumińska 'Autobiografia nba czterech łapach, czyli...'
Julian Barnes 'Nie ma się czego bać' (znakomite!)
Elif Safak 'Czarne mleko'
Joyce Carol Oates 'Opowieść wdowy'
Orhan Pamuk 'Czarna księga'
Marlena De Blasi 'Smaki Północnej Italii' (oraz Południowej)


 ...a wspomnę jeszcze o 'Parach' J.Updike'a oraz M. Schneidera 'Marylin. Ostatnie seanse', które to przywlokłam niedawno od Delie. 'Pary' połykam właśnie... I jeszcze o O.Tokarczuk 'Prowadź swój pług...' oraz F.Beigbedera 'Francuskiej powieści' napomknę - te akurat trafiły na mój stosik z biblioteki :-) I jeszcze dodam dwa tytuły o Astrid: pięknie zilustrowane przez Evę Eriksson 'Przygody Astrid' i podpisaną przez Vladimira Oravsky’ego, Kurta Petera Larsena oraz anonimowego autora 'Od Astrid do Lindgren'. Uff...



Jeszcze o tych dylematach ;-)
Bo z drugiej strony… 
Skoro to obraz inspiruje słowo – rachunek się zgadza!
Bardzo Wam polecam ‘Dzienniki’ Delacroix. Cztery akapity przed snem i wszystko ląduje na właściwym miejscu…
Chyba zawsze chciałam być Dziewczyną z Teczką/Tubą/Futerałem – wędruje taka ulicą i od razu widać, że uduchowiona ;-) A jak tu wędrować z fortepianem pod pachą? ;-))) No, zawsze można sypnąć plikiem nut na przejściu dla pieszych, hehehe!

Dziś biegiem przez Śródmieście i Powiśle… W towarzystwie M. i naszego miłego Gościa :-)
Wspięliśmy się na dach BUW-u między innymi… Ostatnio zaglądamy tam regularnie – a dziś dodatkową atrakcję stanowiły nisko przelatujące helikoptery (wszystko w związku ze Szczytem Partnerstwa Wschodniego). M. był zachwycony!!!
Fajny, fajny dzień :-)

***

M. śpiewa! Coraz częściej, coraz więcej :-) Dośpiewuje końcówki zwrotek i refrenów… I ja pękam z dumy wtedy. I się wzruszam ;-) Choć po sylabie tylko dośpiewuje, hihi!
A jak tańczy!!!

***
Dobranoc.

środa, 28 września 2011


Jest kilka stałych w moim życiu...

Stałą są schody prowadzące z ogrodu na taras. Te, na których przesiaduję zawsze z książką - moje ulubione chyba miejsce na lekturę... Od Kownackiej serii 'Razem ze słonkiem'... Od 'Polyanny' i 'Dzieci z Bullerbyn' :-) Przez lektury szkolne, pozaszkolne (głównie!) i akademickie...
Aż po 'Czarne mleko' jeszcze wczoraj przed podróżą.
Nie zliczę tytułów...
W popołudniowym słońcu, pod szerokim skrzydłem rozłożystej daglezji i rudziejącego modrzewia (moich równolatków!)...
Te same schody. I kubek gorącej herbaty jesienią...

Stałą jest drzewo - stary orzech, posadzony w rogu ogrodu.
Kiedy byliśmy Dziećmi, wspinaliśmy się na samiutki czubek... Z K. i T. , moim kuzynostwem.
Wysoko.
Spędzaliśmy na tym orzechu długie godziny...



Przedwczoraj zbieraliśmy orzechy z M.
Mój złotowłosy Syn z wiklinowym koszykiem... Tu orzeszek, tam orzeszek... Przybrudzony listek, dwa kamyczki, pęknięta skorupka - cała kolekcja skarbów...
Zadarłam głowę wysoko - ach, kiedyś ten wierzchołek naszego orzecha wydawał się daleki niczym Himalaje...

Schylałam się po orzechy i patrzyłam na kolejną stałą w moim życiu... Na M.

Stałą są dla nas Najbliżsi...
Ja będę stałą dla M.
Tatuś.
Babcie, Prababcie, Ciocie i Wujkowie...

Gdy taka stała okazuje się zmienną - to wtedy chyba kończy się Dzieciństwo...

Ale, póki co, ten mój orzech wciąż dzielnie trwa i owocuje, a schody wciąż prowadzą do ogrodu...
I przez te kilka chwil znów można poczuć się Dzieckiem.
Zresztą chyba nigdy nie przestałam nim się czuć  ;-)

***


Wczesna jesień w starych ogrodach...
Taka jak zawsze.
Zbieramy orzechy i jabłka...
I ostatnie maliny.
Winogrona.
I poziomki.
Są takie miejsca, w których pytania nie pozostają bez odpowiedzi...



A ja dzisiaj zastanawiam się, czy więcej jest słów w obrazie, czy obrazów w słowach...
W pięknym obrazie.
I w pięknych słowach.
Słowo może zabrzmieć i możemy je rozsupłać z literek...
Obrazów nie usłyszymy... A kiedy je opowiemy, zamieniają się w wyrazy...
Więc jednak słowa?
Ale słowa niosą obraz...
Jednak pytanie nadal mnie nurtuje...

Z cyklu: filozofia po zmierzchu ;-)

Dziś tak jakby jesień w końcu tu dotarła...
Po wczorajszej burzy sypnęło kasztanami... Rano nazbieraliśmy ich pełny koszyk!!!
Jesteśmy już z powrotem.
Jutro może coś jeszcze o książkach.
Tak jak obiecałam!
Myślałam o krótkiej przerwie, ale się rozmyśliłam jednak ;-)

Dobrej nocy...





niedziela, 25 września 2011

NY i inne miejsca przeznaczenia... Oraz ciąg dalszy ;-)


Gdzie jesteśmy?

W Nowym Jorku :-)

No, przynajmniej byliśmy tam kwadrans temu ;-)

Nie powiem, fajnie było... A M. to najbardziej podobały się taksówki!


***

Kij w mrowisko...
Bo jednak wrócę do tematu.
Bo pół nocy wtedy nie przespałam... A właściwie to oka nie zmrużyłam do rana.
W dodatku wcześniej, zamiast pakować walizkę, siedziałam do nocy odpisujac na komentarze ;-)
Co zaowocowało niepotrzebnymi zakupami wczoraj ;-) bo oczywiście czegoś tam do walizki zapomniałam wrzucić... Klasyka ;-)

Ale, ale...
Źle mnie chyba zrozumiałyście w większości :-(
A może w mniejszości?
Bo nie było to o wyborze, jakiego każda z nas dokonała... O tym, który słuszny, który nie...
Nie o tym!
Bo nie przyszło mi do glowy cudzych wyborów i decyzji oceniać czy komentować...
Więc struchlałam, czytając w komentarzach stopniowanie: no, która mama zła, lepsza, najlepsza...
Nie o tym miało być!!!

W zamierzeniu miało być o czymś zupełnie innym...
Jednak potoczyło sie w wiadomym kierunku.
Ale już chyba nawet nie zamierzam tego wyjśniać i prostować. Bo widzę, że donikąd w ten sposób nie dojdziemy...
W każdym razie przykro mi niezmiernie, że niektóre z Was poczuły się dotknięte albo nawet urażone - co wyczułam w tonie poniektórych komentarzy...
Przepraszam. Bo nie to było moim zamiarem.

W dodatku Tatuś M., odwożąc nas w czwartkowy ranek na dworzec - przejęty moim zaangażowaniem ;-) i poczuciem klęski (sic!) - zafundował mi wykład nt. społeczno-politycznego tła dyskursu, przyrostu PKB i o polityce społecznej państw na dorobku ;-)
Jakbym o tym nie wiedziała ;-)
Ale tu nie chodziło przecież o logiczne przesłanki i zdroworozsądkowe przyczyny takiego a nie innego dyskursu. Tu chodziło o emocje. Moje emocje. Wyłącznie.
Ale jednak zostałam do reszty pokonana...

Zatem muszę się pokajać ;-)
Ale wszystko to przez zmasowany atak pracujących zawodowo Mam maluchów... Z którym to atakiem mam ostatnio nader często do czynienia. Albo mam pecha, albo jednak coś jest na rzeczy...
I ponieważ media wyraźnie promują taki, a nie inny model macierzyństwa (w taki, a nie inny sposób oraz z takich, a nie innych powodów), poczułam się odrobinę zaszczuta...

I sądząc po liczbie maili, które nadeszły do mnie w wiadomej sprawie (wiele Mam nie zdecydowało się na komentarze głównie chyba z tego powodu, że cała ta dyskusja poszybowała w zgoła odmiennym kierunku, mianowicie w stronę istoty wyboru takiego lub takiego modelu rodzicielstwa), śmiem nadal sie upierać, że coś jest na rzeczy...
Ale - umówmy się - temat jest nie do pokonania...
Z wielu powodów.

Dlatego, zamiatając po tej całej, mało owocnej niestety 'awanturze' ;-) uśmiecham się do wszystkich fajnych Mam z taką samą sympatią i zrozumieniem :-)
I proponuję piosenkę...




I już wiem, o co chodzi z górami i dlaczego chyba jednak bardziej lubię morze...
Bo w górach jest cel i koniec. Szczyt i dno. Ciągła sinusoida. Ekstaza i udręka po prostu ;-)
A morze bezkresne... Mantra przypływów i odpływów. Bez końca i bez przyczyny.

I chyba znajduję się teraz w takim punkcie mojej drogi, że potrzeba mi bezkresu... Zamiast celu.
Potrzeba mi wielkiej wody... I już!

Kiedyś ktoś mi powiedział, że ta piosenka definiuje mnie jak żadna inna... I zrobiło mi sie całkiem miło wtedy!
Teraz, po latach, gdy jej słucham, to już nie jestem pewna, czy to akurat dobrze, że to ta piosenka akurat ;-)

Ale wciąż bardzo ją lubię. Śpiewać ją nawet lubię ;-)

PS I jeszcze jedno: za niecały rok wracam do pełnowymiarowej pracy zawodowej. Za niecały rok M. pójdzie do przedszkola. Wszystkim tym, którzy podtrzymywali mnie na duchu w chwilach zwątpienia, w momentach załamania i w takie dni jak tamta środa ;-) oraz wszystkim tym, którzy wytłumaczyli, dlaczego warto 'trzymać się swoich chmur', nie zerkając co i rusz na innych - z calego serca dziękuję. Dziękujemy.


PS#2 Przysięgałam sobie, że komputer otworzę dopiero po powrocie ;-) Nie wytrzymałam, hehe!
Odrobinę zaczynają już rudzieć drzewa wysoko na horyzoncie...
Kawa na tarasie z widokiem na wierchy. Wyborna. Tylko nad Bałykiem smakuje może odrobinę lepiej :-)
Ale góry to góry! Bo czasem dobrze jest ujrzeć cel i kres tej całej 'wędrówki'... Wtedy lepiej widać jej sens.

I znad tego kubka kawy Was pozdrawiam! I z Nowego Jorku ;-)


Przez pewien czas nas tu nie będzie. Ale wrócimy!
A jak wrócimy, to zaczniemy od książkowego wpisu. Od stosiku.
Z dedykacją dla Kemotki :-)

PS#3 Za lekturę 'Czarnego mleka'  Elif Safak się właśnie zabrałam. Chyba bardzo dla mnie ta książka... Zachwycająca. Choć inna niż wcześniejsze książki ES...
Lubicie Elif Safak?








środa, 21 września 2011

Ale dlaczego ja się w ogóle tłumaczę?

Spokojnie, to zeszłoroczne... 

;-)

Miało być o nadchodzącej jesieni, ale...


...zerknęłam do Ewy (inspirujesz mnie ostatnio!) i wrzucę poniżej to, co zamieściłam w komentarzu :-) 

Musiałam...

I z góry przepraszam te Mamy, które urażę... Ale to trochę w 'obronie własnej', więc powinno mi zostać wybaczone ;-) Zresztą chętnie podyskutuję, więc komentujcie!



"Zastanawiasz się czy pracuję?? Oooo tak, JESTEM MAMĄ. To sprawia, że jestem zarówno budzikiem, kucharką, sprzątaczką, kelnerką, lekarzem, nianią, pielęgniarką, stróżem, fotografem, doradcą, szoferem, studentką, organizatorką przyjęć, osobistym asystentem, księgową, bankomatem, pocieszycielką, nigdy nie mam urlopu, wolnych dni ani płacone, kiedy jestem chora. Pracuję dzień i noc. Jestem na dyżurze całą dobę do końca mojego życia. Skopiuj, jeśli jesteś DUMNĄ MAMĄ :)"

...więc co do przytoczonego przez Ewę cytatu, który też mi gdzieś mignął w sieci - zawsze powtarzam, jak istotny tu jest dyskurs... Bo dostaję szału, kiedy słyszę o którejś z Mam, że 'siedzi' w Domu z Dzieckiem... Choć inna sprawa, że są takie, które siedzą...
Ale ja ich nie znam akurat!
I ja nie siedzę!
Zresztą podoba mi się również określenie 'kura biurowa' w kontekście wiadomym ;-) Bo niby dlaczego tylko domowa?
Zerknijcie też tutaj :-) Koniecznie!
Ech, temat rzeka... Nie wchodzę głębiej, bo nie sposób tego ogarnąć w kilku słowach. Kiedyś nawet przygotowałam sobie potężny post na ten temat, ale nie odważyłam się go wrzucić ;-) Bo wg mnie są wartości, których nie powinno się relatywizować. ale te dwa lata 'siedzenia' w Domu i liczne reakcje środowiska uświadomiły mi, że inni mogą uważać inaczej... Że jednak wszystko można relatywizować...
Może tak...
Napiszę tylko jedno, bo potwornie mnie to frustruje (jednak!) - mimo że jestem mamą równolegle 'siedzącą' w Domu z Dzieckiem i pracującą (częściowo) zawodowo w Domu i poza Domem... Ale nie mam
dylematów typu żłobek/niania i to mnie miejscowi w odrębnej kategorii. I jednak - jakby nie patrzeć -'siedzę' w tym Dom już drugi roku.
W każdym razie niejednokrotnie podczas towarzyskich spotkań zadawano mi (głośno!) pytanie, czy nie tęsknię za 'normalną' pracą... Czy mi czegoś nie brakuje... Odpowiadam więc, że tęsknie... I że mi brakuje, owszem!
Ale, że skoro za czymś tęsknić muszę, wolę za pracą niż za Dzieckiem.
I za diabła nie mogę pojąć, dlaczego podobnie sformułowanego pytania nikt nie zadaje siedzącej obok Dziewczynie, która (z wyboru, naprawdę z wyboru - bo to najczęściej* jest jednak wybór, nie oszukujmy się... Wybór między Domem a rynkiem, między kupię a nie kupię, kupię teraz a kupię później, między zechcą mnie z powrotem czy nie zechcą, między myślę o Dziecku w pracy a myślę o pracy w Domu itp. - ryzyko jest po każdej stronie) wróciła do pracy zawodowej wcześniej, zostawiając Dziecko (przykładowo) z nianią lub w żłobku...
Ale nikt tego pytania Jej nie zada...
Nie zapyta (głośno), czy aby nie tęskni za Dzieckiem, 'siedząc' w pracy!!!
Nikt nie zapyta, bo wiadomo, że tęskni? Bo żal? Bo?
Dlaczego?
A czy ja tęsknię za pracą zawodową? No pewnie nie... Pewnie lubię 'siedzieć' w Domu... Jakaś nieambitna jestem. Więc zapytajmy... Głośno! A siedząca obok Dziewczyna będzie się mi przyglądać z żywym zainteresowaniem... Niedowierzaniem? Politowaniem? Bo nie ze zrozumieniem, o nie! A czasem doda od siebie coś... Że mnie 'podziwia' na przykład... I ja słyszę ten cudzysłów... Słyszę go jeszcze długo, długo...
A ja miotam się tylko, żeby odpowiedzieć w taki sposób, żeby nie urazić tej Dziewczyny obok... Dacie wiarę?
I zachodzę w głowę, dlaczego ja się w ogóle komukolwiek tłumaczę?
Dlaczego to ja się tłumaczę?

Mamy, czy Wy też słyszycie ten cudzysłów? Czy to od 'siedzenia' w Domu takie mam problemy ze słuchem... Czy też się tłumaczycie?
I jeśli któraś z Was jest tą Dziewczyną obok, błagam, niech się nie pogniewa na mnie...
Bo nie to jest moim celem.

Miało być o nadchodzącej jesieni!
To już po powrocie. Bo jutro, bladym świtem zmykamy stąd ;-)
Żeby pojutrze obudzić się już bliżej gór.
I chmur :-)

Do zobaczenia zatem!
I pozdrawiam :-)

*) ale też mam pełną świadomość, że nie zawsze jest to wybór... Że to bywa konieczność. Ale też 'konieczność' dla każdego oznacza coś innego...


wtorek, 20 września 2011

O szalchetności ;-)

 
Jeszcze jedna migawka wakacyjna…

Zapisuję, bo odfrunie :-)
Plaża. Popołudnie. Gramy z Mikołajem w wyrazowego węża – wszyscy chyba wiedzą, o co chodzi: ktoś podrzuca słówko, a każda kolejna osoba wymyśla takie, które zaczyna się na ostatnią literkę poprzedniego… Liczy się czas.
Oczywiście króluje litera A ;-)
Jest coraz bardziej pod górkę.
No wiec rzucam: AMETYST.
Ośmiolatek pyta, co to takiego…
Wiec tłumaczymy – że to kamień, że w odcieniach fioletu, że szlachetny…
Na co Mikołaj zdumiony: A ja myślałem, że tylko ‘człowieki’ mogą być szlachetne!
Cudne, prawda?

A więc, drogie ‘człowieki’, bądźmy szlachetne!
Niczym ametysty!
:-)

Pozdrawiam i życzę Wam udanego tygodnia!

Ja tam lubię poniedziałki!
I wtorki :-)
Takie jak ten dzisiejszy w szczególności…
Zaczął się od pary nowych butów :-)
Pięknych!
I ani trochę ortopedycznych ;-)))

Wahałam się jeszcze nad jedną parą…
Na wszelki wypadek poprosiłam o odłożenie ;-)
No i waham się nadal…
Mam czas do 16-tej!
Możecie obstawiać: kupi – nie kupi –kupi – nie kupi ;-)

***

M. uwielbia ciągi ;-)
Wagonik za wagonikiem, samochodzik za samochodzikiem…
Wielośladowe stonogi z pojazdów porozrzucane po całym Domu. Do tego mozaiki z kasztanów 
i wielopiętrowe konstrukcje z klocków… I sceny jak z ‘Kevina samego w domu’ ;-)))
Z czworonogiem do kompletu ;-)
Bywa wesoło!

***

Wczoraj obejrzeliśmy ‘Blue Valentine’ z Michelle Williams i Ryanem Goslingiem.
Znacie ten film?
Bardzo poruszający…
Przejmujący.
Bardzo polecam!